Powieść ta nie ukazała się w Polsce. I, prawdopodobnie, nie ma szansy, aby ukazała się w dającej się przewidzieć przyszłości. Autor nie jest popularny na naszym rynku, nawet mimo wydania kilku jego znakomitych powieści osadzonych w wykreowanym w „Przestrzeni objawienia” wszechświecie. W tym roku wydawnictwo MAG planuje wydanie ostatniej, jak dotąd, powieści osadzonej w tym uniwersum, pod tytułem „Prefekt” (luźno związanej z cyklem „Przestrzeń objawienia”, „Arka odkupienia” i „Otchłań rozgrzeszenia”). Jeśli ktoś ma ochotę poznać resztę twórczości tego poczytnego na Zachodzie brytyjskiego pisarza – „skazany” jest na lekturę angielskich wydań.

Ciekawy byłem, sięgając po tę powieść, jak daleko Alastair Reynolds będzie chciał odejść od wcześniejszych kreacji w pierwszej powieści nie związanej z powyższym cyklem i nie będącej początkiem cyklu kolejnego. Akcja osadzona jest na dwóch planach. Pierwszy rozgrywa się w przyszłości. Ziemię dotknął nanotechnologiczny holokaust. Ci, którzy przeżyli, schronili się poza planetą. Katastrofa wykreowała nowy podział ludzkości. Na Tresherów – odłam pragnący nie dopuścić do powtórki z przeszłości i odrzucający modyfikacje nanotechnologiczne oraz na Slasherów – którzy pragną wyeliminować przyczyny katastrofy i również do niej nie dopuścić ponownie, ale nie rezygnują z nanotechnologicznych ulepszeń. Tak wygląda to ogólnie, bo zmieniła się także struktura ludzkości, jej wewnętrzna hierarchia, system władzy itp. Verity Auger jest Tresherką, zajmuje się nowym rodzajem archeologii – odzyskiwaniem wartościowych resztek po ludzkiej cywilizacji na pogrążonej w nanotechnologicznym chaosie Ziemi. Nieoczekiwanie jednak wpada w kłopoty, z których ratunkiem wydaje się być udział w niebezpiecznej i nietypowej misji. Drugi plan powieści to Ziemia, konkretnie Paryż w 1959 r. Prywatny detektyw (z zawodu: muzyk) Wendell Floyd i jego partner prowadzą ostatnie, jak się okazuje, swoje śledztwo, tym razem dotyczące tajemniczej śmierci równie tajemniczej kobiety. Nie będzie zaskoczeniem stwierdzenie, że drogi Verity i Floyda przetną się z nieoczekiwanym dla obojga skutkiem. Okazuje się także, że Paryż w 1959 r. nie przypomina prawdziwego (historycznie) Paryża. W tej rzeczywistości II wojna światowa skończyła się w 1940 r. To zaś doprowadzi do pewnych istotnych implikacji natury naukowej, które zaważą na dalszym rozwoju ludzkości. Jednak czytelnik szybko zostanie zaskoczony, jeśli chodzi o istotę tej alternatywnej rzeczywistości. I tu zaczęłyby się już psujące zabawę spoilery. Zatem ten rys wprowadzający w fabułę musi wystarczyć jako ewentualna zachęta.

„Century Rain” to miłe zaskoczenie dla fanów Alastaira Reynoldsa. Oderwał się on bowiem całkowicie od poprzedniego uniwersum, proponując czytelnikowi nadal doskonałą mieszankę kilku gatunków, którą praktykował już w powieściach znanych w Polsce. Mamy zatem i coś w rodzaju technologicznego thrillera rozgrywającego się w przyszłości, z elementami grozy znanymi z poprzednich powieści autora, a także criminal noir rozgrywający się we właściwej dla klasycznej odmiany tego gatunku scenografii. Tym razem Paryża – i tu, jak wynika z posłowia autora, nawiązał on do tradycji francuskiego kryminału noir reprezentowanego przez George’a Simenona. Ale nie tylko. W dużej mierze bowiem można odkryć tropy prowadzące do anglosaskich klasyków (głównie Chandlera) – bo i sam główny bohater jest Amerykaninem – a także do „Casablanki” (nawiązanie to będzie oczywiste dla każdego, dlatego autor nawet nie próbował o tym pisać w posłowiu). Wiąże to wszystko klimat jazzowych klubów i muzyki jazzowej z epoki, w której osadzona jest powieść w tej warstwie fabularnej. Przyznam szczerze, że gdybym miał wybierać między fantastyką a kryminałem noir, to wybrałbym właśnie czarny kryminał, który wielbię. I dlatego właśnie to nieoczekiwane splatanie elementów kryminału noir z fantastyką, wymieszane z niewielkimi, ale znaczącymi elementami space opery, uważam za najmocniejszą stronę tej powieści. Przy czym zwrócić także należy uwagę na to, iż autor próbował zaskoczyć czytelnika w tak oczywistej warstwie, jak próba odpowiedzi na pytanie, co może łączyć Ziemię za kilkaset lat z Paryżem 1959, ale alternatywnego, roku. Nasuwa się jedna odpowiedź podrzucana już w blurbie – podróże w czasie. Nic bardziej mylnego. Kwantowe „sztuczki”? Nie. Rzeczywistość wirtualna? Nie ma mowy. Zatem, co? W odkrywaniu tego sporo jest czytelniczej frajdy (u mnie wzmacnianej entouragem czarnego kryminału). Bo Alastair Reynolds udziela czytelnikowi mnóstwa odpowiedzi, ale i pozostawia równie sporo miejsca nie odpowiadając na wszystkie postawione pytania.

„Century Rain” stanowi zamkniętą całość, choć zakończenie dotyczące przyszłości Verity mogłoby zwiastować potencjał na pisanie ciągów dalszych, które chyba nie powstaną. Bo „otwartość” tego wątku nie służy zarzuceniu przynęty na czytelnika, ale jest dla niego właśnie impulsem podnoszącym nieco ciśnienie krwi, wskazującym na to, że istnieje jakiś większy plan nieznanego konstruktora. A może i podważającym całą rzeczywistość ludzkości Ziemi 1. Jeśli zaś chodzi o Floyda, tu zakończenie jest bardzo typowe dla przyjętej konwencji czarnego kryminału. Jej wariacja w postaci połączenia z odległą, pseudo-alternatywną przyszłością, jej artefaktami obecnymi na Ziemi 2 w „alternatywnym” 1959 r., dodatkowo dodaje bohaterowi (nawiązującemu przecież i tak do archetypicznych cech prywatnego detektywa) oczywistego tragizmu, pogłębiającej samotność świadomości, czym jest jego rzeczywistość. A samotność ta ma przecież i charakter wyobcowujący bohatera z tej rzeczywistości, na którą sam się skazał, mając wybór uniknięcia „powrotu do domu”. Czytelnik zostawia znikającego w paryskiej mgle Floyda ze świadomością, że jego świat może zmierzać ku końcowi, a to dodatkowo pogłębia w gruncie rzeczy posępność finału historii tej postaci.

Z tego planowanego pomieszania gatunków zwycięską ręką wychodzi chyba criminal noir, który został ubarwiony przez autora wątkami, elementami fantastycznymi, nie tracąc niczego ze swej istoty opowieści o świecie, w którym jedyny sprawiedliwy depozytariusz honoru i sprawiedliwości, musi wyjaśnić sprawę, na której inni postawili krzyżyk. Także postać Verity, zjawiającej się w Paryżu, jest taką lekką, przyjemną grą z konwencją, z postacią femme fatale, która odmienia życie głównego bohatera w nieoczekiwany sposób (na ogół zmuszając go do, tylko pozornie, trudnych wyborów). Nie można już tego powiedzieć o Floydzie „wchodzącym” w rzeczywistość Verity. W dalszym ciągu bowiem nie traci nic ze swego lekko zabarwionego cynizmem dystansu obserwatora i komentatora rzeczywistości. Przestaje jedynie być jej kreatorem. Wątek fantastyczny jest również istotny, ponieważ w entouragu czarnego kryminału stanowi on o tajemniczości fabuły, napędza wyobraźnię i wprowadza czytelnika w pełne głodu wyczekiwanie na finał. Ale nie przeważa nad całością. Nie on decyduje o atrakcyjności, czy o klimacie powieści. Nie determinuje jej.

„Century Rain” to znakomita powieść i żałuję, że czytelnicy w Polsce nie będą mieli okazji jej rychło poznać, o ile sami nie sięgną po wydanie angielskie. Jednak, zważywszy na niewielką popularność autora w Polsce, nie należy się przecież spodziewać masowego zainteresowania. Tak czy siak, ja żałuję, że zwlekałem tak długo. Dlatego, bez wątpienia przeczytam w oryginale pozostałe powieści i zbiory opowiadań Reynoldsa. „Century Rain” zaś odkładałem na półkę z żalem, który zawsze towarzyszy czytelniczemu spełnieniu.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Gollancz
Data wydania: 2004
ISBN: 0-575-07436-1
Oprawa: paperback
Format:  174 x 124 mm
Liczba stron:  544

This entry was posted on poniedziałek, Październik 18th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.