Europejski thriller katastroficzny – to brzmi dumnie. I zobowiązująco. Jednak szybko moje nadzieje rozbudzone blurbem, rozstały rozwiane. Europejskość fabuły sprowadza się w zasadzie tylko do tego, że jej autorem jest Niemiec. Cała reszta – akcja, bohaterowie, scenografia, to głównie Ameryka. Autor chyba doszedł do wniosku, że łatwiej kupi czytelnika pisząc z gruntu amerykańską pod każdym względem powieść popularną, bo na „europejską” (cokolwiek pod tym pojęciem rozumieć, bo ja, na marginesie, nie rozumiem nic) nikt się nie skusi.

Powieść jest napisana z rozmachem. Gigantyczne tornada i huragany powodują spustoszenie na całym świecie. Pogoda zaczyna wariować, staje się nieprzewidywalna, licznik ofiar bije, mnożą się pytania. O co chodzi? Autor nie brnie jednak w zbyt łatwe (chyba) odpowiedzi w postaci zmian klimatycznych, ocieplania się klimatu itp. Nie ma tu żadnej chwytliwej ekologicznej ideologii wprzęgniętej w fabułę. A szkoda, bo chętnie bym taki ekologiczny thriller katastroficzny przeczytał. Niezależnie od tego, kto byłby w nim czarnym charakterem. Może to dobry pomysł na powieść? Samotny naukowiec odkrywa szokujący spisek międzynarodowego lobby przemysłowego, próbującego utrącić jakąś ważną anty-ociepleniową inicjatywę klimatyczną, np. zmanipulować jakiś szczyt dotyczący zmian klimatu? Po którejkolwiek ze stron rozpalającego niedawno wyobraźnię sporu dotyczącego ocieplania klimatu i potrzeby walki z tym zjawiskiem nie ustawiłbym się – perspektywa przeczytania takiej powieści na pewno byłaby nęcąca. A gdyby jeszcze takiemu pomysłowi towarzyszyło wykonanie á la Tom Clancy z lat swej świetności… O rety, rety…

Jednak Ulrich Hefner poszedł, moim zdaniem, w oldskulową łatwiznę i uproszczenie. Bowiem okazuje się rychło, że za tymi anomaliami przyrody ktoś stoi. Nie – ekologicznie rzecz ujmując – człowiek jako gatunek ze swą niszczącą równowagę ekologiczną działalnością przemysłową. Raczej: człowiek jako jednostka. Ktoś w rodzaju szalonego naukowca, taki czarny charakter jak sir August de Wynter („Zły” z filmu „Rewolwer i melonik” zagrany przez Seana Connery’ego, a sam film był adaptacją brytyjskiego serialu sprzed kilkudziesięciu lat). Wystarczy zatem pokonać złego a pogoda wróci do normy i świat ocaleje. Oczywiście czepiam się, oczekując od rozrywkowej powieści jakiegoś fabularyzowanego manifestu pro lub anty ekologicznego. Ale, dlaczego nie? Może byłby ciekawszy, niż „Trzeci poziom”?

Sam rozmach tej powieści (wielu bohaterów, częstokroć epizodycznych, wiele lokacji, pomysłów) to zbyt mało, kiedy zawodzi wykonanie. Trochę, mimo wszystko, raziły mnie, jako czytelnika, schematyczne uproszczenia w rysunku postaci, sztuczne, mało realistyczne dialogi i zwroty akcji. Jeśli jednak przymknąć na to oko (bo przecież to nie jest powieść aspirująca do czegokolwiek poza zarobieniem pieniędzy), to lektura jest dosyć znośna. Po części za sprawą tego, że autor postanowił wzorować się na mistrzach gatunku. Choć osobiście z thrillerem katastroficznym nie zetknąłem się nigdzie indziej poza ekranem kinowym, to łatwo mi porównać Ulricha Hefnera do Toma Clancy’ego. Zapisał się on w mojej pamięci jako autor bardzo poczytnych i doskonale skonstruowanych technothrillerów pełnych political fiction i niesamowitej dbałości o przygniecenie zafascynowanego czytelnika wojskowymi i politycznymi strategiami, opisami taktyki, uzbrojenia, manewrów. Dla chłopaka w wieku licealno-studenckim powieści Toma Clancy’ego były tym, czym słoiki pełne miodu dla Kubusia Puchatka. Ulrich Hefner ma z Tomem Clancy’m wiele wspólnego. I w warstwie opisującej technologie wojskowe i naukowe (głównie związane z przewidywaniem zmian klimatycznych), polityczne gry, czy policyjne śledztwa. W tym ostatnim chyba Hefner wypadł najlepiej, ale to nie dziwi, bo był w swym życiu nie tylko dziennikarzem, ale i policjantem.

Może przez sentyment do przeszłości łatwiej mi zatem tej powieści więcej wybaczyć? Choć, nie popadając w zbytni sentyment, daleko jeszcze autorowi do najlepszych dokonań mistrza. Irytujące wciskanie wątku romantycznego do powieści jest tego przykładem. Zostało to zrobione chyba tylko według zasady: dla każdego coś miłego. A nieporadność takich elementów razi i obniża ocenę całości. Podobnie jak zakończenie w epilogu, którym autor chciał tak jakby zabawić się w wieszcza przestrzegającego przed przyszłością. Przez całą powieść czytelnik nie ma wątpliwości, że chodzi o rozrywkę, aby na koniec otrzymać zakamuflowane ostrzeżenie, które w moim przypadku skwasiło minę. Nie wątpię, że istnieją i mogą być rozwijane technologie bezpośredniego wpływania przez człowieka na klimat. Ale czy stanowią aż takie zagrożenie uzasadniające mącenie tanimi chwytami w epilogu? Czy może większym zagrożeniem jest raczej wspominana przeze mnie działalność całej ludzkości zasmradzającej atmosferę? Bo to „ostrzeżenie” Hefnera budzić może tylko uśmiech politowania jako całkowicie zbyteczne, nietrafione i – przede wszystkim – oldskulowe i trącące myszką.

U Toma Clancy był Jack Ryan. Amerykański swój chłopak, który potrafił pogonić kota przypadkowo spotkanym irlandzkim terrorystom, dać do wiwatu kartelom narkotykowym, rozładować konflikt amerykańsko-rosyjski, zneutralizować Japonię, a nawet polityczny sojusz, na którego czele stały Indie. Wreszcie – dał sobie nawet radę z Chinami i postawił na nogi amerykańską giełdę (i chyba, gdzieś u zarania swej działalności, uratował także papieża). U Hefnera brak takiego swojskiego supermena, który po powrocie do domu, tak jak Ryan, zamieniałby się w bezradnego pantoflarza albo skoczyłby z kumplami na piwo i pogadał o przedszkolu swojej córeczki. Jest mnóstwo innych bohaterów – sztampowych i nijakich, dobrych albo złych. Jest też wspomniany przeze mnie rozmach, dbałość o prezentowanie technologicznych (militarnych i naukowych) detali który wszystko ratuje. A na koniec jest kiks w postaci epilogu. Ale trzymam kciuki. I powieść także polecam. Jej czytanie nie boli, poza wywołaniem kilku grymasów na twarzy. Choć wypadła (ostatecznie) poniżej oczekiwań.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Albatros – Andrzej Kuryłowicz
Tytuł oryginału: Die dritte Ebene
Tłumaczenie: Paweł Wieczorek
Data wydania: 20 sierpnia 2010
ISBN: 978-83-7659-236-7
Oprawa: miękka
Format: 140 x 205
Rok wydania oryginału:
Liczba stron: 584

This entry was posted on piątek, Październik 22nd, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.