„Pushing Ice” to kolejna chronologicznie powieść tego brytyjskiego pisarza. I kolejna (po „Century Rain”), która nie ukazała się w Polsce. I pewnie długo nie zostanie wydana, zatem niecierpliwym musi wystarczyć tylko wydanie oryginalne.

W odróżnieniu od „Century Rain”, ta powieść osadzona jest w całości w kosmosie. Akcja ma swój punkt wyjścia w nieodległej przyszłości. Ludzkość ruszyła w przestrzeń kosmiczną, ale niezbyt daleko. Nie wykroczyła bowiem jeszcze poza Układ Słoneczny. Jednak eksploracja innych planet i księżyców trwa w najlepsze. Intratną działalnością jest dostarczanie surowców z takich zimnych kosmicznych skał. W trakcie jednej z takich misji pewnego statku dowodzonego przez główną bohaterkę Bellę Lind w Układzie Słonecznym dochodzi do dziwnego incydentu. Jeden z lodowych księżyców Saturna – Janus, nagle zaczyna się nietypowo „zachowywać”. Mówiąc wprost, odlatuje ze swojej orbity i rusza w kierunku oddalonej o kilkadziesiąt lat świetlnych planety, na którą do tej pory ludzkość nie zwracała uwagi. Najbliżej tego obiektu znajduje się statek dowodzony przez główną bohaterkę i to on przejmuje na siebie misję dogonienia księżyca, który najwyraźniej nigdy nie był księżycem – i zbadania tego zjawiska. Załoga składa się z górników i naukowców, inżynierów – eksploratorów. Czytelnik od początku wie, że ta misja nie jest zwykła. To oczywiste zważywszy na jej powód, ale nie tylko. Prolog powieści rozgrywa się bowiem w przyszłości bardzo odległej, kiedy ludzkość zasiedliła już setki planet i układów. Jak się okazuje Bella Lind jest w tej przyszłości postacią mityczną, a jej misja dała ludzkości impuls do wzmożenia wysiłków, aby wyruszyć w kosmos. Jednak same losy głównej bohaterki i jej załogi okrywa mgła tajemnicy. Nikt nie wie, co się z nimi stało. W nieoczekiwany sposób te dwie rzeczywistości: relatywnego teraz i relatywnego jutro – przetną się w pewnym momencie.

Po opisanym punkcie wyjścia dla fabuły spodziewałem się – pomny poprzednich powieści – dosyć przewidywalnego, choć interesującego rozwoju akcji (typu: polecą, coś odkryją, z czymś się zmierzą, o coś zawalczą). Jednak szybko doszło do bardzo miłych zaskoczeń, które sprawiały, że nie potrafiłem tak łatwo odłożyć książki, a lektura często przeciągała się do późna w nocy. Choć nie była łatwa. Czytanie po angielsku science fiction nie należy do zajęć łatwych (dla mnie). W odróżnieniu od „Century Rain” w tej powieści czytelnik zetknie się z trudną terminologią i specjalistycznym słownictwem, które akurat mnie skutecznie spowolniało. Autor bowiem do pewnego momentu twardo trzyma się naukowego podejścia i operuje trudnymi z powodu bariery językowej pojęciami.

Idąc na łatwiznę (czyli podążając za blurbem), porównam „Pushing Ice” do twórczości Arthura C. Clarke’a. Od siebie tylko dodam, że najbliższym tytułem zdatnym do porównania jest „Spotkanie z Ramą” tego pisarza. Choć istnieje wiele stycznych punktów (nieznany dotychczas, tajemniczy obiekt, jego eksploracja i związane z nią zagadki, niezrozumiały cel kosmicznej wędrówki), to jednak Reynolds jest na tyle kreatywnym pisarzem, że nie popada w łatwe naśladowanie mistrza. Zatem misja odpowiednio się komplikuje, zawodzi technika, istotne znaczenie odgrywa relatywizm czasowy wiążący się z upływem czasu podróży kosmicznej. Podoba mi się brak przesady w „uzbrajaniu” ludzkości w niesamowicie szybkie pojazdy kosmiczne. Podobnie jak w poprzednich powieściach („Przestrzeń Objawienia”, „Arka Odkupienia”, „Otchłań Rozgrzeszenia”), ludzkość mimo rozwoju i postępu nie jest wszechmocna. Podróże kosmiczne trwają latami. Wystarczy napisać, że statek dowodzony przez Bellę rozwija co najwyżej trzy procent prędkości światła.

Komplikacje techniczne mają wpływ na bohaterów i kształtowanie się ich postaw. Nie są to żadni herosi, ale ludzie, którzy zmuszeni zostali nadzwyczajnymi okolicznościami do zmiany swoich planów życiowych i podjęcia być może niebezpiecznej misji, do której nie byli przygotowani. Dodatkowo, część z nich uczyniła to wbrew swej woli: po prostu zostali przegłosowani. Będzie to miało swoje konsekwencje właśnie w obliczu problemów, kiedy trzeba będzie podjąć decyzję co dalej. Tu spotka czytelnika kolejne miłe zaskoczenie. Wobec takiego konfliktu i trudnych decyzji opisana sytuacja aż prosi się o jakieś wartościowanie bohaterów na „dobrych” i „złych”. Lecz Alastair Reynolds nie ucieka w takie łatwe klisze i pokazuje dwie równorzędne postawy w obliczu konieczności podjęcia trudnej decyzji. Pierwszą z nich reprezentuje Bella, a drugą, przeciwną – przyjaciółka Svetlana. Żaden wybór nie jest łatwy i każdy niesie ze sobą oczywiste konsekwencje, które nie będą nikomu oszczędzone i będą wracać nawet po dziesięcioleciach (relatywnych).

Uważam, że najsilniejszą stroną tej powieści są właśnie doskonale nakreślone postaci głównych oponentek, historia ich wzajemnych zmagań – konfliktów rozgrywanych przez (relatywne) dziesięciolecia w gruncie rzeczy na drodze pokojowej. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że są one kobietami – silnymi liderkami, które spychają mężczyzn (bez oporów z ich strony) do roli drugoplanowej, wprawdzie tonujących nastroje i będących niejednokrotnie głosem rozwagi, ale jednak podrzędnej.

Powieść robi się przystępna (dla osoby nie władającej specjalistycznym słownictwem) pod koniec, kiedy autor popuścił trochę wodzy wyobraźni i wprowadził do gry obcych, którzy ujawniając swoją obecność i… hmm… złożoność, zdeterminują finał powieści. I na tym polu kreacji również udało się Reynoldsowi podejść do kwestii kontaktu z obcymi w sposób uciekający od szablonu. Nie mamy zatem do czynienia z ograniczonymi, zapóźnionymi ludźmi postawionymi naprzeciwko wysoko zaawansowanych przedstawicieli innych cywilizacji. Relacje te mają charakter głównie partnerski, handlowy, pozbawione są konfrontacyjnego charakteru przy jednoczesnym nie odkrywaniu wszystkich tajemnic, co nie pomaga w zbudowaniu zbyt łatwego zaufania. Na marginesie, pokusić się można o hipotezę, iż nazwa jednego z „gatunków” obcych, Fountainheads, nawiązuje do nazwiska jednego z naukowców, Johna W. Fountaina, którego obserwacje orbity Janusa dostarczyły wiele istotnej wiedzy na temat tego księżyca oraz „bliźniaczego” w stosunku do niego Epimethusa.

Po „Pushing Ice” nie oczekiwałem upewnienia mnie, że Reynolds jest doskonałym, rozwijającym się, kreatywnym pisarzem. To już wiem. Teraz satysfakcję sprawia mi po prostu obserwowanie jego rozwoju, który przecież przekłada się na inteligentne, zajmujące fabuły, czy zbiory opowiadań, co wzmaga z każdą kolejną jego książką czytelniczą satysfakcję. Jest ona tym większa, że przede mną jeszcze dwie nowelki „Diamond Dogs, Turquoise Days”, zbiory opowiadań „Galactic North” i „Zima Blue” (a zatem powrót do wszechświata „Przestrzeni Objawienia”) oraz powieści „House of Suns” i „Terminal World”. Zima będzie zajmująca i nie straszny mi brak lektur. Nawet jeśli z konieczności jestem skazany na lekturę w języku angielskim.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Gollancz
Data wydania: 2005
ISBN: 0-575-07438-8
Oprawa: hardback
Liczba stron: 460

This entry was posted on środa, Październik 27th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.