Hasło „literatura turecka” budzi u mnie bardzo pozytywne skojarzenia. Od razu na myśl przychodzi piękna proza nagrodzonego Noblem Orhana Pamuka czy powieści zdobywającej ostatnio serca czytelników Elif Şafak. Nic więc dziwnego, że z zaciekawieniem sięgnęłam po „Ostatni pociąg do Stambułu” Ayşe Kulin, tym bardziej, że Albatros reklamuje ją jako „jedną z czołowych pisarek tureckich”. Niestety, jak to z reklamą bywa, hasło wyolbrzymia trochę talent autorki – jeśli miałabym szukać analogii, przypomina to stwierdzenie, że do najlepszych pisarek amerykańskich możemy zaliczyć Norę Roberts czy Danielle Steel, a czołówkę polską stanowią Katarzyna Grochola i Małgorzata Kalicińska.
Starczył jeden wieczór, by widok z okna uległ zmianie. Zima, którą straszono nas już we wrześniu, nadeszła jednak dopiero pod koniec listopada i teraz prawdopodobnie cała Polska jest przykryta białym puchem. Lubię zimę, lubię ją jednak tylko wtedy, gdy kaloryfery grzeją, a ja jestem odgrodzony od niej murem. Lubię zimę, gdy mogę ją obserwować przez okno z kubkiem gorącej kawy/herbaty. Ta miłość kończy się jednak w momencie, gdy muszę wyjść na zewnątrz, ale że dziś jest niedziela, to pozostajemy w przyjaznych stosunkach. Niedziela to też oczywiście czas na kolejną już odsłonę naszego podsumowania. Read the rest of this entry »
Narrator to oczywiście immanentny element każdego dzieła literackiego. Zwykle jest trzecioosobowy, osadzony gdzieś poza światem, a czasem pierwszoosobowy, przebywający w świecie przedstawionym. Ten ostatni po prostu przedstawia swoją opowieść albo opowiada ją komuś z zewnątrz, jakimś „czytelnikom”, nadając swej historii bardziej gawędziarski ton, przeplatany różnymi przemyśleniami. Nic nadzwyczajnego, czyż nie? Co jednak z sytuacją, gdy narrator nie tylko jest bohaterem powieści, nie tylko opowiada swoją historię, nie tylko dodaje własny komentarz, ale też znakomicie zdaje sobie sprawę z tego, że jest zamknięty w książce i prowadzi coś w rodzaju rozmowy z czytelnikiem? Na przemian usilnie prosząc o spalenie powieści, opowiadając skąd właściwie wziął się w książce i grożąc, że zabije czytelnika jeśli ten nie spełni pokornie jego prośby?
„Każda magia jest dobra”, kolejna część przygód zaradnej czarownicy – prywatnej detektyw Rachel Morgan utwierdziła mnie w przekonaniu, że cykl ten nie spełni moich oczekiwań i nie rozwinie się w kierunku, w którym miałem nadzieję, że się rozwinie. Ale nie skreślę przez to tej powieści. Przede wszystkim dlatego, że – mimo wad – oferuje ona czytelnikowi sporo świetnej, rozluźniającej rozrywki.
Akcja skupia się w zasadzie na kolejnym epizodzie z życia i pracy Rachel Morgan, jej wspólniczki, wampirzycy Ivy, wszędobylskiego Pixy oraz całego kręgu przyjaciół i wrogów głównej bohaterki. Zastajemy ją niedługo po zakończeniu przygód z tomu drugiego. Wiemy zatem, że wpakowała się w niezłe tarapaty związane z pewnym wrednym demonem. Nadal ma kłopoty wynikające z rozprawienia się z przeciwnikiem z części drugiej (wampirem Piscarym). Wciąż także nieustalona jest relacja głównej bohaterki z Trentem Kalamackiem, któremu nie ufa, ale ją fascynuje (być może z racji swego pochodzenia, jak i pewnych zamiarów deklarowanych w stosunku do Rachel). Aby nie było za mało: komplikuje się także sytuacja z chłopakiem głównej bohaterki. Lecz rychło pojawia się pocieszenie. Oczywiście, groźne i fascynujące jednocześnie.
Listopad powoli dobiega końca, a pogoda za oknem zmierza już bardziej w kierunku zimowej. Kiedy za oknem szaro i deszczowo jednym z lepszym pomysłów jest zaszycie się w fotelu z ciepłą herbatą i dobrą książką. Na brak propozycji do czytania narzekać nie można, gdy co tydzień pojawia się coś wartego czytelniczej uwagi. Z wcześniej zapowiadanych pozycji trzeba będzie wypisać książkę autorstwa Wojtka Sedeńki „Wszystko co wiem o fantastyce”. Informacja, która się pojawiła, okazała się być żartem pracowników księgarni Solaris. I chociaż dowcip się udał, pozostaje jakiś żal, że taka książka nie ujrzy jednak światła dziennego. Spojrzenie na fantastykę zarówno okiem wydawcy, jak i tak doświadczonego czytelnika byłoby niezwykle ciekawe.
Robert Silverberg jest jednym z tych twórców literatury science fiction, których pociągają mocno zagadnienia społeczne i psychologiczne. Widać to dobrze w wielu jego powieściach, także w nominowanych do nagród Hugo i Nebula „Cierniach”, wydanych po raz pierwszy w roku 1967. Nie jest to powieść, która od razu przychodzi na myśl, gdy rzuci się hasło „Silverberg”, na pewno nie w Polsce, a warto przyjrzeć się jej bliżej.
Fabuła nie należy do specjalnie skomplikowanych. Spotykamy oto astronautę Burrisa, który został na odległej planecie pochwycony przez obcych, z nieznanych powodów poddany przez nich operacji i odesłany na Ziemię z koszmarnie zdeformowanym ciałem, cierpiąc dzień w dzień z powodu bólu. Jest również siedemnastoletnia Lona, która w wyniku udziału w pewnym eksperymencie medycznym stała się dziewiczą matką setki dzieci, których nigdy nawet nie widziała na oczy. Obojgu pogrążonym w depresji bohaterom pewien medialny potentat składa ofertę powrotu do normalności. Osoby szukające akcji i skomplikowanej fabuły będą raczej zawiedzione.
Zrecenzować powieść pisarza, którego niemalże wszystkie książki reklamowane są jako „kolejny bestseller”, jest trudno. Można zostać posądzonym o słodzenie samemu nazwisku, bez względu na wartość czytelniczą powieści. Osoby czytające ową recenzję informuję, że nie miałem zamiaru nikomu kadzić. John Grisham nie potrzebuje obrońców dzisiaj, tak samo jak nie potrzebował ich w 1991 roku. Wystarczyło, że napisał „Firmę”.
Marzeniem większości młodego pokolenia jest znalezienie pracy dobrze płatnej i będącej konsekwencją zdobytego wykształcenia. Mówię „młodego pokolenia”, ale tak naprawdę jest to marzenie każdego człowieka. Wiek nie ma tu znaczenia. Każdy kiedyś zdobywał wiedzę i każdy chciałby być należycie docenianym. Od czasu do czasu życzenia się spełniają.
Jutro zaczyna się druga połowa listopada, za oknem panuje jesień, choć jeszcze we wrześniu straszono nas srogą i długą zimą. Dużo śniegu, duże mrozy, a jak jest naprawdę każdy widzi. Na fantastycznym poletku nawet coś tam się wydarzyło, nie był to tak nieciekawy tydzień jak poprzedni. Read the rest of this entry »
Wieść gminna niesie, że Szczepan Twardoch jest pisarzem dobrym, a na tle innych polskich twórców fantastyki nawet bardzo dobrym. Nie mając wcześniej z jego dokonaniami styczności, postanowiłem ten brak nadrobić i sięgnąłem po wydaną w 2007 roku „Epifanię wikarego Trzaski”, jego trzecią powieść. Fakt, iż inne tytuły wymienia się jako jego najlepsze dzieła, ale „Epifania…” zainteresowała mnie opisem na okładce.
Wikariusz Jan Trzaska zostaje wysłany z Warszawy do parafii w zapadłej wiosce w głębi Górnego Śląska. Nie da się ukryć, że nie jest to najlepsze miejsce dla nieźle się zapowiadającego młodego intelektualisty i filozofa, który w Drobczycach smętnie odprawia msze dla kilku przysypiających babć i lokalnego wariata Kocika. A jednak duszącego się na prowincji księdza spotyka coś niezwykłego – pewnej nocy, na strychu, objawia mu się sam Chrystus, na dodatek w towarzystwie archanioła Michała. I nie są to bynajmniej mgliste wizje, lecz jak najbardziej realny,fizyczny kontakt. Nie da się ukryć, że początek jest co najmniej zachęcający. Jednak po zakończeniu lektury tej krótkiej powieści mam mieszane odczucia.
„A Very Private Gentleman” to powieść, która zaciekawiła mnie od… pierwszego trailera promującego jej filmową adaptację z Georgem Clooneyem w roli głównej i w reżyserii Antona Corbijna. Z ciekawości postanowiłem sprawdzić cóż to za powieść i kupiłem ją „w ciemno” (bo przecież trailer się nie liczy).
Z każdą przeczytaną stroną stawałem się coraz bardziej oczarowany, a fascynacja i zauroczenie powieścią narastały aż do finału. Akcja utworu dzieje się w niewielkim, włoskim, sennym miasteczku. Narratorem jest tajemniczy główny bohater, signor Farfalla, jak go nazywają miejscowi, pan Motyl. Opowiada on swoją historię z dystansu, wiemy, że to przeszłość i stało się coś, co zmusiło go do tej „spowiedzi”. Kim on jest? Czy skrytym artystą, obserwatorem motyli, wyszukującym rzadkie egzemplarze i malującym je? To doskonała przykrywka. Bo pan Motyl rzeczywiście jest artystą, ale w zupełnie innym fachu. Read the rest of this entry »

















