Łamanie standardów i przekraczanie granic gatunków literackich jest w dzisiejszych czasach czymś tak popularnym i nagminnym, że – paradoksalnie – stało się sztampowe. Jeżeli wszyscy ustalają nowy trend, to nie oryginalność, to już po prostu moda. Inaczej miały się sprawy 50 lat temu, kiedy mało kto odchodził od tradycji i próbował narzucić czytelnikom swoją wizję. Roger Zelazny uważany jest właśnie za takiego pioniera. Zalicza się do twórców Nowej Fali, co już dawno dało mu zaszczytne miejsce w kanonie fantastycznym. Oczywiście nie świadczy to o jego nieomylności i geniuszu. Takiemu twierdzeniu przeczą drugie „Kroniki Amberu”, nazywane „Kronikami Merlina”.

Merlin, syn Corwina, księcia Amberu, i Dary pochodzącej z Dworców Chaosu, po dramatycznych wydarzeniach znanych czytelnikom z poprzednich kronik, żyje na Ziemi, studiując i pracując jak informatyk. Święci sukcesy w swoim zawodzie i jest uważany za dobrego specjalistę. Wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie to, że co roku, dokładnie trzydziestego kwietnia, ktoś lub coś przeprowadza zamachy na jego życie. Merle, zaaferowany pewnymi wydarzeniami w naszym świecie, szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania i obawy. I tak oto zaczyna podróżować przez Cienie. Gdzie go to zaprowadzi? Oto jest pytanie.

Zelazny po raz kolejny wykorzystuje mitologie; tym razem częściej sięga do greckiej, mniej do celtyckiej, ale ta ostatnia wciąż wydaje się źródłem pomysłów autora, co jest w sumie jednym z jego znaków firmowych, gdyż nie tylko w Amberze mamy do niej nawiązania. Autor to niezwykły portrecista – bohaterowie „Kronik” są pełni życia, „namalowani” farbami we wszystkich kolorach i odcieniach. Nie zachowują się jak kalki, które zeszły z taśmy produkcyjnej podrzędnego autora, aby zapełnić glosariusz bohaterów, ale w aktywny sposób uczestniczą w budowaniu historii świata. Gorzej (jednak to było już mankamentem w pierwszych kronikach), wychodzą Zelaznemu sceny batalistyczne i starcia herosów. Czyta się ich opisy trochę z musu, bo przyjemność z tego nijaka. „Gryźć w oczy” mogą również sztywne miejscami dialogi, wyglądające trochę jak te z komputerowych gier RPG, gdzie mamy listę wyboru pytań i automatycznie przypasowanych do nich odpowiedzi bohaterów neutralnych. Zresztą kto wie – może właśnie książki Żelaznego były wzorem dla twórców owych gier?

Fabuła „Kronik Merlina” pozostawia wiele do życzenia. Nie da się uniknąć porównań do wcześniejszych ksiąg, w końcu są kontynuacją wynikającą z zakończenia „Dworców Chaosu”, a i Merlin wydaje się godnym następcą swojego ojca. Rzucony na głębokie wody, padający ofiarą zamachów, uwikłany w niezrozumiałą historię, walczący o wiedzę, uwięziony, uwolniony, znienawidzony przez familię… gdzieś to już było. Roger Żelazny wykorzystał podobny schemat, pisząc pierwsze kroniki i to daje się wyczuć. Rodzinna waśń zaczyna bardziej przypominać telenowelę niż trzymającą w napięciu opowieść o sieci intryg zbudowanej wokół klanu. Rodowe spory nie wzbudzają tyle fascynacji, co poprzednio i stają się nużące. Nawet rozwijanie świata, który autor wymyślił i odkrywa przed nami podczas opowiadania historii, nie ujmuje czytelnika tak jak kiedyś.

„Kroniki Merlina” są gorszymi krewnymi „Kronik Corwina”. Wprawdzie próbują dorównać swoim bliskim, biorąc ich za przykład do naśladowania, ale brakuje im po prostu uroku. Są jak ów słoń, który chciałbym z gracją poruszać się w składzie porcelany, ale przy każdym, nawet najmniejszym kroku robi straszny hałas i bałagan, za grosz powabu już nie posiadający. Podejrzewam jednak, że osobom, które są zafascynowane pierwszymi kronikami, i te dadzą wiele frajdy i doznań estetycznych, za to ci, którzy przebrnęli przez nie tylko dlatego, że „wypada znać kanon”, zanudzą się tutaj w połowie pierwszej powieści.

Autor: Piotr Młynek

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału: Trumps of Doom, Blood of Amber, Sign of Chaos, Knight of Shadows, Prince of Chaos
Tłumaczenie: Piotr Cholewa
Data wydania: 27 lipca 2010
ISBN: 978-83-7506-251-9
Oprawa: miękka
Format: 155 x 235
Liczba stron: 764
Tom cyklu: 2

This entry was posted on środa, Listopad 3rd, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.