Wieść gminna niesie, że Szczepan Twardoch jest pisarzem dobrym, a na tle innych polskich twórców fantastyki nawet bardzo dobrym. Nie mając wcześniej z jego dokonaniami styczności, postanowiłem ten brak nadrobić i sięgnąłem po wydaną w 2007 roku „Epifanię wikarego Trzaski”, jego trzecią powieść. Fakt, iż inne tytuły wymienia się jako jego najlepsze dzieła, ale „Epifania…” zainteresowała mnie opisem na okładce.

Wikariusz Jan Trzaska zostaje wysłany z Warszawy do parafii w zapadłej wiosce w głębi Górnego Śląska. Nie da się ukryć, że nie jest to najlepsze miejsce dla nieźle się zapowiadającego młodego intelektualisty i filozofa, który w Drobczycach smętnie odprawia msze dla kilku przysypiających babć i lokalnego wariata Kocika. A jednak duszącego się na prowincji księdza spotyka coś niezwykłego – pewnej nocy, na strychu, objawia mu się sam Chrystus, na dodatek w towarzystwie archanioła Michała. I nie są to bynajmniej mgliste wizje, lecz jak najbardziej realny,fizyczny kontakt. Nie da się ukryć, że początek jest co najmniej zachęcający. Jednak po zakończeniu lektury tej krótkiej powieści mam mieszane odczucia.

Jak na niecałych dwieście stron, poupychano tutaj zaskakująco dużo wątków, bohaterów i poruszonych tematów. Niektóre motywy wprost się proszą o szersze nakreślenie (taki Kocik chociażby, nie powiem, że jest potraktowany po macoszemu, ale kilka słów więcej by jego postaci nie zaszkodziło), inne z kolei można by okroić, gdyż są przegadane (Czarny Dziadek – parę niedopowiedzeń również by mu nie zaszkodziło, a tak się czuję nieco dziwnie, wiedząc o tej postaci zbyt wiele). Za dużo wszystkiego, a stron za mało. Nie da się jednak ukryć, że fabuła spleciona jest zręcznie, nie ma tutaj żadnych zbędnych elementów. Każdy bohater, każde wydarzenie, każdy wątek, ma swoje miejsce w układance, od intrygującego początku po niejednoznaczną, otwartą końcówkę. Jednocześnie nie ma mowy o pogubieniu się – opowieść wyłożona jest klarownie i jasno, raczej nie wchodzi w grę strata orientacji w tym „co, kto, jak i dlaczego?”. Tym bardziej chciałoby się, żeby autor nieco rozwinął swoją opowieść.

Razi niestety pewna przewidywalność. Przyjęty przez autora punkt wyjścia daje szerokie pole do popisu, ale niestety obrany kierunek należy do tych najbardziej narzucających się na myśl i „bezpiecznych”, zarówno na poziomie tytułowej epifanii, jak i wątków pobocznych. Po lekturze zostaje lekkie rozczarowanie i żal, że zapowiadało się tak dobrze, a wyszło trochę zbyt banalnie. Pewną osłodą jest zakończenie – zostawia nas bez odpowiedzi na wiele pytań, i daje możliwość samodzielnej interpretacji i oceny.

Twardoch zahacza o wiele tematów i nie da się ukryć, że potrafi je poruszyć w sposób trafiający do czytelnika. Spora w tym zasługa języka, jakim się posługuje Barwnego, obrazowego, plastycznego, a zarazem lekkiego, wskutek czego powieść pochłania się jednym tchem. Zostałem zaskoczony, zdecydowanie na plus. Gdyby wszyscy tak pisali… ale nie piszą, niestety. Zetkniemy się więc z kwestią objawienia na strychu (które nie jest motywem przewodnim, raczej równorzędnym względem pozostałych), problemem lustracji wśród księży, zagadnieniem, jak codzienność przysłania nam to, co w życiu jest ważne (i bynajmniej nie chodzi tu o wiarę, nie tylko) oraz poszukiwaniem sensu życia. Jednak, jak już pisałem odnośnie samej fabuły, nie zetkniemy się z niczym specjalnie odkrywczym, bo i „Epifania wikarego Trzaski” nie jest tak naprawdę powieścią nowatorską. Ciężko znaleźć tu coś, o czym by się wcześniej nie wiedziało, ale jest też sporo rzeczy, o których się na co dzień jakoś nie pamięta.

Ciężko tę książkę jednoznacznie ocenić. Jest znakomicie napisana, czyta się przyjemnie i potrafi dać do myślenia, z drugiej strony zaś rozczarowuje nieco przewidywalnością, jest za krótka, momentami przegadana, a momentami zbyt pobieżna. Zostawia też czytelnika z uczuciem niedosytu. Nie da się powiedzieć, że jest słaba, bo nie jest. Dobra jednakowoż również nie – taka by była, gdyby nie wymienione minusy. Może więc po prostu powiedzmy, że jest zwyczajnie „niezła”. Nieco łatwiej odpowiedzieć na pytanie o to, czy warto ją przeczytać. Wydaje mi się, że tak, gdyż pomimo swoich wad jest to jednak przykład literatury wybijającej się trochę ponad przeciętność. Może nie bardzo wysoko, ale na tyle, żeby czas spędzony na lekturze nie był całkiem straconym.

Autor: Eryk „Kennedy” Maciejowski

Wydawnictwo: Dolnośląskie
Data wydania: 6 czerwca 2007
ISBN: 978-83-7384-692-0
Oprawa: miękka
Format: 130 x 205
Liczba stron: 176

This entry was posted on piątek, Listopad 12th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.