Zrecenzować powieść pisarza, którego niemalże wszystkie książki reklamowane są jako „kolejny bestseller”, jest trudno. Można zostać posądzonym o słodzenie samemu nazwisku, bez względu na wartość czytelniczą powieści. Osoby czytające ową recenzję informuję, że nie miałem zamiaru nikomu kadzić. John Grisham nie potrzebuje obrońców dzisiaj, tak samo jak nie potrzebował ich w 1991 roku. Wystarczyło, że napisał „Firmę”.

Marzeniem większości młodego pokolenia jest znalezienie pracy dobrze płatnej i będącej konsekwencją zdobytego wykształcenia. Mówię „młodego pokolenia”, ale tak naprawdę jest to marzenie każdego człowieka. Wiek nie ma tu znaczenia. Każdy kiedyś zdobywał wiedzę i każdy chciałby być należycie docenianym. Od czasu do czasu życzenia się spełniają.

Mitchel McDeere wzbudza sympatię. Dodam, że w moim przypadku zajęło mu to kilka stron. Nie myślcie, że zawsze tak jest. Rzadko tak szybko zaprzyjaźniam się z głównym bohaterem. Ostatni raz miało to miejsce podczas lektury „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” Stiega Larssona. Ileż dzisiejszych postaci marionetkowością i brakiem ducha przyprawia czytelników o mdłości?! Kreowane na żywca, bez wcześniejszego przemyślenia są namiastką nas samych. A przecież nie oto chodzi. Czytelnik patrząc na fikcyjną postać ma poczuć jej realność. Nawet powieść z nadzwyczaj ciekawą fabułą przegra, jeżeli będzie miała papierowych bohaterów. Mitchel McDeere jest inny; żywy, czarujący, pociągający.

Głównego bohatera powieści Johna Grishama poznajemy w trakcie rozmowy rekrutacyjnej. Nienagannie ubrany – świetnie skrojony garnitur plus eleganckie, choć nie wiem czy włoskie, buty – uśmiechnięty, przekonany do własnych umiejętności, niekiedy mniej lub bardziej poważny, próbuje przekonać do swojej osoby kancelarię prawniczą „Bendini Lambert i Locke”. Rozmowa przebiega w przyjaznej atmosferze. Widać, że obie strony chcą ze sobą współpracować i koniec końców do tego właśnie dochodzi. Świeżo upieczony prawnik, Mitchel McDeere, zostaje nowym nabytkiem firmy adwokackiej z Memphis. Otrzymuje gwiazdkę z nieba, a konkretnie: wysokie wynagrodzenie, posiadłość z pięknym domem, nowe BMW (kolor do wyboru!), perspektywę szybkiego wzbogacenia się oraz przyjaźń i życzliwość ze strony pracodawcy, który zajmie się dosłownie wszystkim.

Czyżby prawdziwy uśmiech losu? Otóż nie do końca. „Bendini Lambert i Locke” okazuje się przykrywką mafii. Czym dokładnie zajmują się panowie prawnicy z Memphis oraz sami, wielcy gangsterzy? Autor dokładnie tego nie precyzuje. W powieści nie uświadczymy opisów skomplikowanych gier świata przestępczego, nie poznany mafijnej rodziny „od wewnątrz”, jak mieliśmy okazję chociażby w „Ojcu chrzestnym” Mario Puzo. John Grisham osią centralną powieści uczynił Mitchela McDeere, jego działania w celu wyswobodzenia się z niezręcznej – delikatnie mówiąc – sytuacji oraz rzetelnie zaprezentowany świat prawników.

Wspomniałem, że główny bohater wzbudza sympatię już po pierwszych kilku stronach. Nie mówiłem jednak, że poziom sympatii do niego stale wzrasta. Dlaczego? A dlaczego lubimy tajnych agentów, ludzi niesłusznie skazanych próbujących uciec z więzienia, czy ostatnich sprawiedliwych rozwiązujących tajemnicze zagadki sprzed lat? Stawiałbym na to, że wszystkiemu winny jest ich umysł. A dokładnie błyskotliwe plany, misternie zaplanowane posunięcia i wielka rozgrywka, której stawką jest życie. Mitchel McDeere łączy w sobie wszystko, co najlepsze. Bystry prawnik kontra mafia. Czy może być coś bardziej ekscytującego?

Prawnik Grisham

W 1981 roku John Grisham ukończył studia prawnicze. Podejrzewam jednak, że nigdy nie pracował dla mafii. Na szczęście doświadczenia zdobyte na studiach oraz podczas wykonywania wyuczonego zawodu wystarczyły, by Firma była książka na bardzo wysokim poziomie. Zastanówmy się, jakie są największe zalety powieści, pomijając oczywiście postać głównego bohatera.

Po pierwsze, realizm. John Grisham konstruując świat przedstawiony, wykonał naprawdę świetną pracę. Uporządkował wspomnienia, zanotował cechy charakteryzujące prawników oraz ich pracę, zebrał to wszystko razem, et voilà, Firma gotowa. Orientacja w tematyce, znajomość najróżniejszych finansowych pułapek i przynęt czyhających na początkujących prawników pomogła mu napisać książkę z odpowiednią dla niej atmosferą. To właśnie ów prawniczy klimat, utrzymujący się od początku do końca fabuły, jest tym „czymś” co nie pozwala się od niej oderwać. Bądźmy szczerzy, czytelnicy zawsze wyczują pisarza, który będzie próbował ich oszukać. Jeżeli mamy ochotę na thriller, którego podstawą istnienia są morderstwa popełniane przez lekarzy, będziemy oczekiwać przede wszystkim rzeczowego podejścia do tematu. Nie zadowolimy się pobieżną wiedzą autora z zakresu szkoły średniej. Od razu zorientujemy się, że pan X nie odrobił zadania domowego i poszedł na łatwiznę. John Grisham nie popełnia podobnego błędu i poważnie podchodzi do tematu.

Po drugie, amerykański pisarz przedstawiając historię Mitchela McDeere’a, prawnika, który już na początku swojej kariery zrozumiał, co to oznacza zawodowa rywalizacja, zrobił to używając języka zrozumiałego dla większości śmiertelników. Jest to bardzo ważna cecha książki. Pamiętajcie, że biorąc ją do ręki wkraczanie w świat kodeksów, przepisów prawa podatkowego, zawiłości ustawowych i innych skomplikowanych mechanizmów, na przykład takich, które umożliwiają pranie brudnych pieniędzy. John Grisham musiał pamiętać, aby pisać rzetelnie, ale jednocześnie zrozumiale. I uważam, że wywiązał się z tego zadania znakomicie. Bazując na osobistych przeżyciach, nakreślił iście darwinowską walkę o przetrwanie. Świat prawników, którzy, wodzeni na pokuszenie, muszą niemalże na każdym kroku uważać, aby nie popełnić jakiegoś błędu. Błędu, który może kosztować ich nie tylko utratę aktualnie posiadanej pracy, ale także doprowadzić do końca prawniczej kariery.

Deus ex machina

„Firma” nie jest książką idealną i w związku z tym posiada także wady. Na ostatnich stronach powieści zdecydowanie zbyt często pojawia się deus ex machina. Głównemu bohaterowi, niczym agentowi Jej Królewskiej Mości, udaje się w zadziwiająco prosty sposób oszukać mafię, a także agentów FBI. Czy można było tego uniknąć, nieco zaostrzyć zakończenie? Pewnie tak, ale po co? Mitchel McDeere jest bohaterem, którego nie sposób nie polubić. Od początku wiadomo, że wszystko ułoży się po jego myśl. W mniejszym lub większy stopniu, ale zawsze. Mitchel McDeere jest postacią maksymalnie pozytywną i taką właśnie miał być w założeniach Johna Grishama. Autor potrzebował go jako pomocy do ukazania zagrożeń czekających na młodych prawników. Na prawników zaślepionych ambicją, prawników zapominających o moralno-etycznej stronie swojego zawodu.

Powieści sensacyjne z domieszką kryminału zawsze wzbudzały zainteresowanie i patrząc na rynek wydawniczy nie ulegnie to zmianie przez najbliższych kilka lat. Firma Johna Grishama jest książką, którą z czystym sercem polecam każdemu fanowi sensacyjno-kryminalnej fabuły.

Autor: Sylwester „Sharin” Kozdroj

Wydawnictwo: Amber
Tytuł oryginału: The Firm
Tłumaczenie: Zbigniew Balicki i Krzysztof Bereza
Data wydania: 2001
ISBN: 83-7245-654-2
Oprawa: miękka
Format: 145 x 295
Rok wydania oryginału: 1991
Liczba stron: 412

This entry was posted on poniedziałek, Listopad 15th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.