Robert Silverberg jest jednym z tych twórców literatury science fiction, których pociągają mocno zagadnienia społeczne i psychologiczne. Widać to dobrze w wielu jego powieściach, także w nominowanych do nagród Hugo i Nebula „Cierniach”, wydanych po raz pierwszy w roku 1967. Nie jest to powieść, która od razu przychodzi na myśl, gdy rzuci się hasło „Silverberg”, na pewno nie w Polsce, a warto przyjrzeć się jej bliżej.

Fabuła nie należy do specjalnie skomplikowanych. Spotykamy oto astronautę Burrisa, który został na odległej planecie pochwycony przez obcych, z nieznanych powodów poddany przez nich operacji i odesłany na Ziemię z koszmarnie zdeformowanym ciałem, cierpiąc dzień w dzień z powodu bólu. Jest również siedemnastoletnia Lona, która w wyniku udziału w pewnym eksperymencie medycznym stała się dziewiczą matką setki dzieci, których nigdy nawet nie widziała na oczy. Obojgu pogrążonym w depresji bohaterom pewien medialny potentat składa ofertę powrotu do normalności. Osoby szukające akcji i skomplikowanej fabuły będą raczej zawiedzione.

Jak można się domyślić, główny nacisk położony został na wzajemne relacje dwójki bohaterów i ich próby odnalezienia się w społeczeństwie. Obraz, jaki wyłania się z „Cierni”, nie jest zbyt przyjemny. Dwójka wyrzutków i odmieńców pośród tłumu, który śledzi ich losy i żywo się nimi interesuje, ale czy widzi w nich tak naprawdę ludzi, a nie tylko ciekawostki z gabinetu osobliwości? Nie trzeba się mocno rozglądać, żeby dostrzec, iż takie sytuacje to nic fantastycznego, a wprost przeciwnie. Obojętność na cudze cierpienie, znieczulica, niemożność odnalezienia się w świecie, wzajemne niezrozumienie, a także manipulacja i wykorzystywanie pokrzywdzonych… spektrum tematów poruszanych przez autora w tej niewielkiej książce jest bardzo szerokie.

Najmocniejszą stroną „Cierni” zdają się być bohaterowie, chociaż to słowo kompletnie do nich nie pasuje. Są bardzo wiarygodni, mają swoje cele, które starają się jakoś realizować, co wychodzi im różnie. Mają zalety, mają też wady, nikt nie jest jednowymiarowy i jednoznaczny. Tak Lona, jak i Burris toną w szarości. Jak to w życiu bywa. Również rozwój ich znajomości został poprowadzony bardzo życiowo. Szczególnie podoba mi się, że autor uzyskał pożądany efekt za pomocą niezbyt wielkiej ilości opisów, co mu się jak najbardziej chwali. Silverberg nie jest może geniuszem pióra, ale pewne rzeczy wychodzą mu bardzo dobrze. Nawet jeśli styl powieści nie należy do nadzwyczaj porywających, to całość napisana jest na tyle gładko, że daje się bardzo łatwo przyswoić. Nie jest to książka urzekająca formą, nie o to tu jednak chodzi. Zresztą to typowa cecha SF sprzed lat – nie jest to literatura stawiająca na mistrzowskie posługiwanie się językiem, wielu klasyków to pisarze, czysto technicznie rzecz biorąc, niezbyt sprawni. Silverberg na tym tle wypada i tak całkiem nieźle.

Interesująca jest końcówka. Otóż zachodzi tam radykalny zwrot, podczas którego „Ciernie” z chłodnej, ponurej i depresyjnej analizy ludzkich zachowań zamieniają się nagle w afirmację indywidualizmu i nabierają radykalnie innych barw, znacznie jaśniejszych. Happy end w tej historii wydaje się być pozornie nieco sztuczny. Z drugiej strony, trzeba pamiętać, że to jednak świat fikcyjny, ten zaś rządzi się swoimi prawami. Poza tym, ogólny wydźwięk „Cierni” specjalnie się przez to nie zmienia – ludzie zostaną ludźmi, podobnie jak mechanizmy jakie między nimi działają. Jednak jednostki mają szanse wybić się z bagna. I to jest dobre.

Ból jest pouczający.

Autor: Eryk „Kennedy” Maciejowski

Wydawnictwo: Rebis
Tytuł oryginału: Thorns
Tłumaczenie: Marek Rudowski
Data wydania: 1991
ISBN: 8385202188
Oprawa: miękka
Format: 130 x 200
Rok wydania oryginału: 1967
Liczba stron: 218

This entry was posted on środa, Listopad 17th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.