Narrator to oczywiście immanentny element każdego dzieła literackiego. Zwykle jest trzecioosobowy, osadzony gdzieś poza światem, a czasem pierwszoosobowy, przebywający w świecie przedstawionym. Ten ostatni po prostu przedstawia swoją opowieść albo opowiada ją komuś z zewnątrz, jakimś „czytelnikom”, nadając swej historii bardziej gawędziarski ton, przeplatany różnymi przemyśleniami. Nic nadzwyczajnego, czyż nie? Co jednak z sytuacją, gdy narrator nie tylko jest bohaterem powieści, nie tylko opowiada swoją historię, nie tylko dodaje własny komentarz, ale też znakomicie zdaje sobie sprawę z tego, że jest zamknięty w książce i prowadzi coś w rodzaju rozmowy z czytelnikiem? Na przemian usilnie prosząc o spalenie powieści, opowiadając skąd właściwie wziął się w książce i grożąc, że zabije czytelnika jeśli ten nie spełni pokornie jego prośby?

Ten interesujący i bardzo pomysłowy zabieg literacki jest fundamentem na którym opiera się cała „Historia pana B.”. Zamknięty w powieści tytułowy pan B., to niezbyt ważny demon, mieszkaniec Piekła, z którego został wyrwany i wskutek osobliwego splotu okoliczności trafił na karty książki. Chciałby się z niej wydostać, a do tego potrzebny mu jest tylko czytelnik i paczka zapałek…

Ogólna koncepcja utworu naprawdę mi się spodobała. Nie da się ukryć, że jest bardzo pomysłowa. Co więcej, nie tylko pomysł jest dobry; dobre jest też wykonanie. Książkę czyta się świetnie, a monolog pana B jest odpowiednio sugestywny, szczególnie w momentach w których grozi czytelnikowi oraz wypomina mu różne błędy, wady, grzechy – i czyni to całkiem przekonująco.

Realia opowieści pana B to schyłek średniowiecza. Zwiedzimy więc brudne wsie, ciasne i śmierdzące miasta, spotkamy zabobonnych wieśniaków, zdeprawowanych księży. Zobaczymy także chodzące między ludźmi diabły, rodem z najobrzydliwszych średniowiecznych rycin. Starannie ukrywają swoje ogony w spodniach, aby ich nikt nie rozpoznał, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Czytelnikowi dane będzie poznać także nie mniej demoniczne anioły, wymierzające sprawiedliwość oraz pewną historyczną postać, która zmieniła oblicze świata. Razem z panem B będziemy też świadkami różnych mniej i bardziej nieprzyjemnych aktów przemocy, gdyż demon absolutnie nie jest osobnikiem miłym i potulnym, a kąpiel w krwi świeżo pozabijanych niemowlaków to dla niego relaksujący wypoczynek po „pracy”. Z powieści wyłania się świat wyjątkowo brutalny i odrealniony.

Klimat, czego nie da się ukryć, nie jest może nadzwyczaj straszny, ale na pewno mroczny, gęsty i nieco oniryczny, w czym zasługa licznych niedopowiedzeń. Czytelnicy Barkera mogą go już znać chociażby z innej jego powieści, „Galilee”. Świat poznajemy bowiem wyłącznie z opowieści demona, a ten niekoniecznie chce nam wyjawiać wszystko, zresztą jak sam podkreśla wielokrotnie, sami go do tego zmuszamy…

Powieści można zarzucać pewną banalność fabuły. Fakt, wiele się tutaj nie dzieje, „Historia pana B.” jest w gruncie rzeczy prosta jak drut, a w dodatku można by nawet powiedzieć, że mało porywająca. Warto jednak pamiętać kim jest główny (anty)bohater – poślednim demonem, który niekoniecznie rozumie, co się wokół niego dzieje, a wszystko co robi, zdeterminowane jest głównie chęcią czynienia nieuzasadnionego zła. Wydaje mi się, że w tym świetle opowieść wypada całkiem nieźle, przede wszystkim dosyć wiarygodnie. To rzeczywiście mogłoby wyglądać w ten sposób, chociaż ceną za drobną dozę realizmu jest brak fajerwerków fabularnych. Zarzucać można też miałkość ogólnej koncepcji świata przedstawionego, pełnego staromodnych demonów których straszność oparta jest głównie na psychopatycznej osobowości i plugawym wyglądzie. Cóż jednak z tego, skoro o istocie tej książki stanowią nie poszczególne elementy składowe, lecz to jak splatają się w całość. A suma części wypada znacznie lepiej od poszczególnych aspektów i pozwala się oderwać od rzeczywistości na dobrych kilka godzin.

„Historia pana B.” to interesujący eksperyment literacki. Nie jest to na pewno typowy horror, czytelnik nie znajdzie tutaj zaskakującej akcji, przewrotnej fabuły, czy intrygujących zagadek. Dostanie za to dzieło, przez które może wejść w głęboki kontakt z narratorem oraz wczuć się w ponury, gęsty, senny nastrój. Jedno i drugie to esencja tej książki i kto to zrozumie, ten spędzi trochę czasu przy interesującej lekturze. Może nie ambitnej, może nie zmieniającej światopoglądu, ale wciągającej i radykalnie innej od większości dzieł literackich.

Autor: Eryk „Kennedy” Maciejowski

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tytuł oryginału: Mister B. Gone
Tłumaczenie: Dariusz Wójtowicz
Data wydania: 15 maja 2008
ISBN: 978-83-7469-758-3
Oprawa: twarda
Format: 143 x 216
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 240

This entry was posted on sobota, Listopad 27th, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.