Trzeba oddać szacunek polskiemu wydawcy. Zastanawiam się, czy uda się utrzymać inwencję w przekładaniu na polski tytułów kolejnych powieści: „Martwy aż do zmroku”, „U martwych w Dallas”, „Klub martwych”, „Martwy dla świata”, „Martwy jak zimny trup” a wkrótce „Definitywnie martwy” i kolejne tytuły. Brzmią one jak zapowiedzi kolejnych filmów z Brucem Willisem w roli Johna McClaine’a. A to tylko prowincjonalne (z powodu scenografii) kryminały z dużą liczbą wampirów, łaków, wróżek, czarownic, zmiennokształtnych i – zapewne – jeszcze całego tabunu różnych istot, które główna bohaterka przyciąga do siebie, jak światło ćmy.

Nie inaczej jest w tej powieści, kolejnej w cyklu o przygodach rezolutnej kelnereczki Sookie Stackhouse. Wielbiciele serii (a jest ich pewnie na pęczki) nie zawiodą się także tym razem, gdyż otrzymają to, co we wcześniejszych powieściach. Jeśli ktoś zacznie czytać „Martwego…” bez znajomości poprzednich, chyba także się nie rozczaruje. Wprawdzie jest sporo nawiązań i kontynuacji wątków, które przewijały się już wcześniej, ale nietrudno połapać się w dylematach sercowych głównej bohaterki. Trochę się tylko skomplikowały. Gównie za sprawą tego, że wampir Eric, z którym nasza kelnereczka w poprzedniej powieści skonsumowała swoją fascynację, znajdował się wówczas w nietypowym (dla niego) stanie. Troszkę chłodu panuje na linii Sookie – wampir Bill. Na dodatek pojawił się bardzo męski wilkołak Alcide. Życie rezolutnej dziewczyny, wokół której kręci się tylu powabnych, fascynujących wampirów/wilkołaków alfa, nie może być nudne, prawda? I zaletą tej powieści, w odróżnieniu od innych wampirzych książek, jest to, że nie ma tu pensjonarskiej egzaltacji wielką miłością (na razie, bo przecież głowy nie dam, co tam się nawyrabia w kolejnych tomach). Wampir Bill stracił trochę swego uroku w „starciu” na „męskość” z Ericem i Alcidem (zresztą, w serialu Bill i Eric przy Alcidzie to naprawdę małe szczeniaczki, powalone bijącym od niego testosteronem).

Akcja nie ogranicza się jednak do fascynacji i rozterek głównej bohaterki związanych z kolejnymi przystojniakami, którzy dla niej głupieją. Pojawia się kolejna zagadka kryminalna, nowe zagrożenie, nowe postacie wchodzą na plan. Ale wszystko toczy się według przepisu znanego z poprzednich powieści. Zatem nie trzeba się kłopotać, zagadka zostanie rozwiązana, czarny charakter zaś zostanie ukarany. Reasumując zatem – mamy powtórkę z rozrywki. Mógłbym napisać, że może trochę bardziej interesującą niż przez ostatnie dwie powieści, ale się wstrzymam. Pisanie recenzji z tej serii stanowi nie lada wyzwanie, a tu jednak musiałbym uzasadnić jakoś to stwierdzenie. To wymagałoby jednak odniesienia się do akcji i wątków w poprzednich książkach o przygodach Sookie. A ja wiem jednak jedno: po przeczytaniu nie chcę już do nich wracać. Zatem pozostańmy przy tym ogólnikowym stwierdzeniu, że nie zawiedzie się nawet przez chwilę czytelnik, który polubił główną bohaterkę i jej przygody. To bardzo dużo, moim zdaniem. Utrzymać jeden, równy poziom przez kilka powieści i nie zrazić do siebie fanów schematami, jednostajnością i powtarzalnością to duża sztuka. Czy podoba się to marudzącemu czytelnikowi, czy nie podoba. Charlaine Harris „rządzi” sprzedając swoje książki. I trzeba mieć do niej szacunek także za to, że bez jej powieści nie byłoby doskonałego serialu (choć, gdybym był autorką, to jednak wpadłbym w kompleksy, że twórcy serialu przerośli mnie artystycznie).

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Dead as a Doornail
Tłumaczenie: Ewa Wojtczak
Data wydania: 6 października 2010
ISBN: 978-83-7480-182-9
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2005
Tom cyklu: 5

This entry was posted on środa, Grudzień 1st, 2010 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.