Popularności literatury skandynawskiej w naszym kraju nie da się zaprzeczyć. Króluje oczywiście kryminał, ale inne gatunki również mogą zwrócić uwagę czytelnika. Osobiście dałam się skusić horrorowi autora reklamowanego jako szwedzki King. „Ludzka przystań” Johna Ajvide Lindqvista to według notatki okładkowej połączenie powieści psychologicznej z horrorem. Klimat tej północnej opowieści, choć większość akcji rozgrywa się latem, doskonale pasuje do panującej za oknem zimowej aury.

Tłem dla akcji utworu są wyspy Domarö. Główny wątek skupia się wokół tajemniczego zniknięcia dziecka, które wybrało się z rodzicami na zimową wycieczkę do latarni morskiej. Sześcioletnia Maja postanowiła sprawdzić intrygujący szczegół na lodowej pokrywie i ślad po niej zaginął. Zrozpaczeni rodzice – Anders i Cecylia, mimo szeroko zakrojonych poszukiwań z udziałem mieszkańców pobliskiej wioski nie trafili na żadną wskazówkę, jaki los spotkał ich dziecko. Doprowadziło to do rozpadu małżeństwa, a w przypadku ojca – wpadnięcia w szpony alkoholizmu. Przedstawione przeze mnie skrótowo wydarzenia to dopiero początek opowieści, której głównym bohaterem staje się Anders oraz jego determinacja, by rozszyfrować, co stało się z ukochaną córką.

Charakterystyczną cechą horroru jako gatunku wydaje się być umiejętne stopniowanie napięcia, wytworzenie aury tajemniczości, grozy, która spowoduje dreszcz niepokoju u odbiorcy. Wprawdzie nie odkładałam książki ze strachu, ale rzeczywiście odpowiednio oddany klimat, powolne odkrywanie tajemnic Domarö, wprowadzanie elementów wymykających się racjonalnemu spojrzeniu na świat, powodowało, że powieść potrafiła mnie zaintrygować i starałam się nie robić za długich przerw w lekturze. Mimo pozornej prostoty opowiedzianej historii, autor potrafił wzbogacić tło wydarzeń oraz pogłębić portrety psychologiczne bohaterów dzięki licznym retrospekcjom. Ten zabieg kompozycyjny stanowi właściwie podstawę utworu Lindqvista. Zatrzymanie akcji, cofnięcie się w przeszłość, pozwala zrozumieć zachowania postaci, zwiększyć napięcie, wzbogacić historię. Szkoda tylko, że dość skomplikowany układ części, rozdziałów i podrozdziałów, każdy opatrzony stosownym tytułem, nie został wyodrębniony w spisie treści, gdyż wyraźnie go w książce brakuje. Ułatwiłby orientację w wydarzeniach, a także, być może, uwypuklił zamysł kompozycyjny. Pretensje można mieć jednak w tym wypadku do wydawnictwa a nie do autora.

Historia Andersa, ojca, który utracił dziecko, ładnie została wkomponowana w historię wysp i wzmocniona potęgą morza. Bez przyrody, która swymi surowymi prawami od wieków wpływa na losy mieszkańców, nie byłoby utworu. Być może powieść wywarła na mnie dodatkowe wrażenie, gdyż zawsze potęga wodnego żywiołu mocno oddziaływała na moją wyobraźnię. Na pewno jej zaletą jest też delikatna analiza psychologiczna bohaterów oraz ich zachowań. Mamy tu studium depresji, uzależnienia, relacji między rodzicami a dziećmi oraz zachowań grupy rówieśniczej – to tylko niektóre z zauważonych przeze mnie zagadnień. Nie wysuwają się one na pierwszy plan, ale zgrabnie dopełniają obraz całości. Wisienką na torcie jest w przedstawianej historii obecność mitu – odwieczny motyw niezgody na śmierć ukochanej osoby i dramatyczne próby jej odzyskania, przełamania tabu śmierci. Jednym słowem – powieść szwedzkiego autora może się podobać i to nie tylko miłośnikom horrorów. Klimat Północy, zderzenie świata realnego z tajemnicami morza, utrzymana równowaga między poszczególnymi elementami dzieła, wszystko to zachęca do lektury. Na długie zimowe wieczory, jak znalazł.

Autor: Monika „Urshana” Kałążna

Wydawnictwo: Amber
Tytuł oryginału: Människohamn
Tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nowotny
ISBN: 978-83-241-3528-8
Data wydania: 18 lutego 2010
Oprawa: miękka
Format: 145 x 210
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 384

This entry was posted on poniedziałek, Styczeń 3rd, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.