„Najgłośniejsze procesy ostatniego 10-lecia” – taki jest podtytuł tej książki. Bez wątpienia jest on bardzo chwytliwy, zapowiada odpowiednią dawkę sensacji i emocji. I bardzo dobrze, bo to doskonały zbiór reportaży sądowych z rzeczywistych najgłośniejszych procesów, które miały miejsce w warszawskich sądach.

Żyjemy w czasach, kiedy największe, najpoważniejsze zbrodnie szybko trafiają na pierwsze strony tabloidów. Odpowiednio wyeksponowane, odpowiednio udramatyzowane historie mają budzić społeczne emocje, nie pozostawiać obojętnym. Zmuszają do wydania wyroku tylko na podstawie skrótowej informacji, szokującej, uderzającej w emocje, np. „Wyrodna matka kazała zamordować swoje dziecko”, „Dlaczego ten mały aniołek musiał tak okrutnie zginąć?”, i tak dalej i tak dalej. Czytelnik, który chwyta za gazetę, płonie z oburzenia i zgrozy. Żąda (słusznie) sprawiedliwości, ukarania winnych tej okrutnej zbrodni. A winni przecież są: wyrodna matka, wyrodny ojciec, wyrodny konkubent, jakiś nieszczęśnik z twarzą zakrytą czarnym prostokątem – już osądzony przez tłum na podstawie prasowej informacji. Jest już tylko jedna prawda i tylko ona się liczy. A kiedy sąd wydaje wyrok uniewinniający, wówczas: święte oburzenie ponieważ sąd wypuścił mordercę (morderczynię). Nikt nie interesuje się tym, że człowiek, który na pierwszej stronie gazety został jednocześnie oskarżony i skazany przez (zazwyczaj) głęboko niedouczonych dziennikarzy, piszących ku uciesze tłumów, jest niewinny. Prawda jest jedna, a przyznać się do tego, że zostało się zmanipulowanym, aby wydać 1,50 zł na kilka stron nic nie znaczących newsów – to przekracza czasami (a raczej: na ogół) zdolności, czy umiejętności auotorefleksyjne czytelników takich mediów. Dlatego taki zbiór reportaży sądowych może być nie tylko lekturą zaspokajającą głód sensacji (bo przecież, choćby autorka bardzo się starała, nie może uniknąć takiej motywacji czytelnika), ale i może spełniać istotną funkcję edukacyjną.

Helena Kowalik dokonała bardzo różnorodnego wyboru spraw do zbioru. Mamy zatem i sprawy karne (przeważają), ale są i sprawy cywilne oraz gospodarcze. Jeśli ktoś uważnie śledził media, o większości z nich słyszał. Czytając „Warszawę kryminalną” będzie miał możliwość zweryfikowania swoich ówczesnych sądow. Ale przede wszystkim, dzięki tym reportażom czytelnik może ujrzeć proces sądowy takim, jakim jest naprawdę. Bez uproszczeń jak w tzw. serialach dokumentalnych typu „Sąd rodzinny”, czy „Sędzia Anna Maria Wesołowska”. To zaś, z czym się zderzy w trakcie lektury, nie zawsze będzie miłą rzeczywistością, nie zawsze pozostawi czytelnika z przeświadczeniem, że Dobro zwyciężyło. Opisanych spraw nie można rozważać według prostych kategorii: dobro – zło, czarne – białe. Czytelnik może zetknąć się tylko z rzeczywistością – pełną różnych odcieni szarości. Mamy zatem niesłusznie oskarżoną o podżeganie do morderstwa własnego dziecka matkę. Jej proces, przebiegający pod silną społeczną i polityczną presją, zamienił się w przeciwieństwo sprawiedliwości, bo presji społecznej uległ właśnie także sąd (w trakcie pierwszego procesu), który nie dostrzegł błędów popełnionych jeszcze w trakcie śledztwa. A błędy te zaważyły na dalszym postępowaniu. Dopiero po kolejnym procesie kobieta została uniewinniona. Mamy także tzw. ostrołęcką ośmiornicę. Jeden z „triumfów” niedoszłej IV RP okazał się de facto pozbawionym jakichkolwiek podstaw faktycznych oskarżeniem rzuconym przez niewiarygodnych przestępców na sędziów, adwokatów, lekarzy. Zanim zapadł wyrok uniewinniający, minęło sporo czasu, IV RP odeszła (na razie) w niepamięć. Zostały po niej dymiące resztki i ludzie niesłusznie pozbawieni dobrego imienia. Jest sprawa głośnego zabójstwa dokonanego na dilerach sieci ERA. Jest sprawa lekarzy oskarżonych o wystawianie fałszywych opinii o stanie zdrowia – wstrząsający niemal zapis, jak na podstawie pomówień rozczarowanych przestępców niewinni ludzie znowu zostali pozbawieni, wolności, zdrowia oraz honoru. W zbiorze tym znajduje się również wybór spraw związanych z przestepczością zorganizowaną, począwszy od sprawy najsłynniejszego świadka koronnego III RP, czyli „Masy”.

Tak jak napisałem wcześniej – rzeczywistość wyłaniająca się z tych spraw nie jest czarno-biała. Dotyczy to nie tylko przestepstw poddanych osądowi, ale i samego systemu wymiaru sprawiedliwości, ludzi, którzy go tworzą. Są przecież w tym zbiorze opisy spraw, w których zawiodła prokuratura, spychając stosowanie zasady obiektywizmu na sąd i poprzestając na sformułowaniu zarzutów, „uszyciu” sprawy „pod publiczkę” lub oczekiwania polityków spragnionych złapania mitycznego (jak się często okazywało) „układu”. Niejednokrotnie zawodzili też sędziowie, którzy nie sprostali intelektualnie, lub psychicznie (ulegając emocjom) swoim obowiązkom.

„Warszawę kryminalną” można zatem czytać na wiele sposobów, spośród których najłatwiejszym jest skupienie się tylko na warstwie sensacyjnej. Ale nie jest to nic złego, czy niewłaściwego. Bo nawet traktując książkę „tylko” jako wybór najgłośniejszych spraw sądowych z warszawskich sądów, żaden czytelnik nie pozostanie obojętny na problemy wyłaniające się z tych reportaży. Sprawił to styl, w jakim zostały one opisane przez Helenę Kowalik. Soczystość – to chyba najlepsze określenie. Nie ma w nich zbędnych słów, nie ma publicystyki (choć nie są pozbawione osobistych komentarzy autorki), łatwych oskarżeń szafowanych przez stojącego z boku widza, obserwatora. Jest za to próba wniknięcia w istotę sprawy, zbadania motywów, zrozumienia ich, wyciągnięcia wniosków. Czytając je nie miałem wątpliwości, że autorka mogłaby zostać doskonałym sedzią. Wnikliwe, pozbawione łatwych osądów, napisane jak psychologiczne dramaty, zawierające w sobie również to, co nie udaje się żadnemu polskiemu pisarzowi od dziesiątek lat – dramaturgię procesu sądowego. Nie zamerykanizowaną na potrzeby masowego czytelnika, żyjącego w złudnym przeświadczeniu, że proces wygląda tak, jak rozprawy w programie „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, ale wynikającą z realiów procedur sądowych. To wielka sztuka, która udała się niewielu. Nie jestem w stanie wymienić żadnej polskiej powieści z ostatniego dwudziestolecia, która choćby zbliżyła się dramaturgią do tego, co udało się w Helenie Kowalik (czy w ogóle powstała taka literatura w ciągu ostatnich dwudziestu lat?). Na dobra sprawę, jestem w stanie przywołać tylko film słabo doceniony w Polsce, doskonały, przejmujący dramat pt. „Bezmiar sprawiedliwości” w reżyserii Wiesława Saniewskiego, ze znakomitą rolą Jana Frycza.

„Warszawę kryminalną” zamyka rozmowa autorki z sędzią Barbarą Piwnik i profesorem Józefem Gierowskim dotycząca problemów trapiących współczesny wymiar sprawiedliwości. Nie umniejszając znaczenia poruszanych w nim zagadnień, chętnie wszedłbym jednak w polemikę z rozmówcami autorki. Dotykając spraw, nazwijmy to, generalnych, nie wnikają w część problemów, które mógłbym jeszcze wskazać, a których rozwiązanie znacznie przyczyniłoby się na pewno do uproszczenia procedur bez szkody dla istoty procesu. To jednak temat na osobną dyskusję, a może nawet esej.

Polecam zatem „Warszawę kryminalną”. To unikatowy, kompetentny i bardzo, bardzo zajmujący zbiór reportaży z sali sądowej, napisanych jak doskonałe mini-powieści, czy opowiadania. Bez nieodpowiedzialnego manipulowania emocjami, a jednocześnie bardzo emocjonujący, nie pozostawiający obojętnym. Zbiór jest godny polecenia ku rozwadze, (auto) refleksji, ale też jako znakomity, inteligentny, pouczający opis prawa w działaniu.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 13 października 2010
ISBN: 978-83-7495-856-1
Oprawa: miękka
Format: 165 x 240
Liczba stron: 440

This entry was posted on piątek, Styczeń 7th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.