Kate Griffin, a właściwie Catherine Webb, pisarka, która mimo młodego wieku (rocznik 1986) wydała już kilka książek, zaś kolejne są w drodze. Córka Nicka Webba, publicysty i redaktora, m.in. autora biografii nieodżałowanego Douglasa Adamsa. Z tego wynika, że Catherine miał kto na początku kariery doradzać – a zadebiutowała bardzo wcześnie, bo w wieku lat czternastu. W Polsce mamy teraz możliwość zapoznać się z powieścią pt. „Szaleństwo Aniołów” – paranormalnym kryminałem, urban fantasy, thrillerem z duchami? Na pewno swoistym fenomenem, ale o tym już za moment.

Książka opowiada historię Matthew Swifta, czarnoksiężnika, który wraca z zaświatów. No, powiedzmy, że z zaświatów, bo na dobrą sprawę to wyszedł z linii telefonicznej… Poznajemy go właśnie w momencie zmartwychwstania. Wie tylko tyle, że ktoś go zabił, a po latach przywołał i wcale mu jedna ani druga rzecz nie przypada do gustu. Nasz bohater postanawia po pierwsze dowiedzieć się, kto za tym stoi, a następnie się z nim policzyć. Osią powieści jest właśnie chęć zemsty i wyrównania rachunków z wrogami, czyli, jak się dowiadujemy już na początku, z byłym mistrzem Swifta, niejaki Bakkerem. Matthew spędził jako trup kawał czasu, więc jego powrót i śledztwo od razu napotykają problemy. A my krok po kroku obserwujemy dążenie do celu.

Autorka w książce przedstawiła misternie zbudowany system magiczny. Trzeba jej oddać sprawiedliwość: włożyła w to wiele wysiłku. Swift jest czarnoksiężnikiem, ale oprócz nich mamy jeszcze magów, czarodziejów, czarowników, wróżki… malarzy, żebraków i gołębie. Tak, gołębie są ważne! „Magia to życie. Tam gdzie jest magia, znajdziemy również życie” – oto cytat z pierwszej strony powieści. Może nie do końca odzwierciedla treść samej książki, bo w niej ta moc wiąże się z miastem. Malowidła na ścianach, linie telefoniczne, bramki metra, pociągi: we wszystkim drzemie ukryta siła, którą osoby takie jak Swift potrafią wydobyć na zewnątrz. Sam główny bohater też jest niezwykły. Abstrahując od jego profesji, towarzyszą mu elektryczne anioły, a nawet są nim, a on nimi. Z powodu owej symbiozy ma denerwującą manierę mówienia o sobie w liczbie mnogiej. Taki już jego urok.

Griffin pisze w sposób bardzo prosty, co w sumie w przypadku tego rodzaju literatury jest dużą zaletą. Pomysły także niczym nie oszałamiają, nawet ta miejscami oryginalna magia zapewne wyda się niektórym zabawna, śmieszna, a może i naiwna. Fabuła to tylko Swift i jego krucjata, on też jest narratorem całej książki. Nie ma elementu zaskoczenia czy to w wypadku rozwiązywania zagadek, czy podczas działań głównego bohatera. Szczególnie nie wyszedł Griffin początek książki, który wydawał się pisany na siłę do momentu rozpoczęcia prawdziwej akcji. Jakby pomysł na powieść nie obejmował wyjaśnienia podstaw działania Swifta i trzeba je było po prostu jakoś szybko przekazać. Miejscami razi także słownictwo, szczególnie niewyszukane wulgaryzmy używane przez kilka postaci jako przecinki. Wiem, że czasami w literaturze mają one swój urok, w tym wypadku nie mają go jednak za grosz.

We wstępie wspomniałem, że książka jest fenomenem. Dlaczego? Dlatego, że mimo wszystkich wymienionych wcześniej wad czyta się ją błyskawicznie i bez szczególnych wyrzutów sumienia nad straconym dniem. Jest to typowa powieść dla zabicia czasu, kiedy z braku lepszych perspektyw chcemy poczytać coś prostego, a nawet banalnego. Gdzie emocje nie wylewają się ze stronic, a my nie musimy się nawet skupiać na tym, co się w książce dzieje, ponieważ i tak bohater nam to parę razy w kolejnych akapitach powtórzy. Podczas lektury naszła mnie myśl, że nie jest sztuką stworzyć dzieło świetne, o wiele trudniej stworzyć coś aż do bólu przeciętnego, co przypadnie do gustu jak największej grupie osób. Wydaje mi się, że z pewnych powodów proza Kate Griffin to strzał co najmniej w dziesiątkę.

Autor: Piotr Młynek

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: A Madness of Angels
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Data wydania: 12 stycznia 2011
ISBN: 978-83-7480- 196-6
Oprawa: miękka
Format: 135 x 202
Rok wydania oryginału: 2009
Liczba stron: 560
Tom cyklu: 1

This entry was posted on środa, Styczeń 12th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.