„Prefekt” Alastaira Reynoldsa to już piąta powieść tego pana wydana w Polsce. Jak się okazuje, nie ostatnia – wbrew temu co jeszcze niedawno zapowiadało wydawnictwo MAG. Już w przyszłym roku możemy spodziewać się zbiorku dwóch długich opowiadań osadzonych w realiach „Przestrzeni Objawienia” – „Diamond Dogs, Turquoise Days”. To cieszy. Po pierwsze: dlatego, że Reynolds to świetny pisarz sf; po drugie: jest to znak, że jego książki w końcu zaczęły się w Polsce powoli przyjmować. Dotychczasowe bowiem zainteresowanie tym autorem nie było zbyt duże. Póki co jednak, otrzymaliśmy „Prefekta” i na nim się skupmy.

„Prefekt” to kolejna, po „Migotliwej Wstędze”, zamknięta powieść tocząca się we wszechświecie „Przestrzeni Objawienia”, ale niebędąca częścią głównej linii cyklu. Akcja toczy się wcześniej względem wydarzeń znanych z poprzednich książek. Trafiamy prosto na Migotliwą Wstęgę w momencie jej największego rozkwitu, na długo przed zarazą, która zamieniła rój dziesięciu tysięcy habitatów krążących wokół planety Yellowstone w pozbawione życia złomowisko. Powieść zaczyna się w momencie, gdy jeden z funkcjonariuszy Panoplii (organizacji policyjnej działającej we Wstędze), prefekt Tom Dreyfus, rozpoczyna śledztwo w sprawie zniszczenia habitatu i śmierci blisko tysiąca przebywających w nim osób.

Każdy, kto miał styczność z Reynoldsem, wie, że autor ten ma szczególne ciągoty do kryminałów czy powieści sensacyjnych – i że elementy tych gatunków wplata często i gęsto w fabuły swoich książek. Jednak żadna z jego powieści nie zbliża się tak bardzo do konwencji kryminału jak „Prefekt” właśnie. Pod wieloma względami jest to w zasadzie klasyczna powieść sensacyjna, tylko w scenerii sf. Nie jest to oczywiście wada, miłośnikom takiej literatury „Prefekt” niewątpliwie przypadnie do gustu. Nie jest to też połączenie specjalnie oryginalne – pewne skojarzenia z Isaakiem Asimovem i jego cyklem o robotach nasuwały mi się przez całą lekturę. Na szczęście, Reynolds czerpie z klasyki gatunku po swojemu, przerabiając stare motywy na potrzeby współczesnego czytelnika, tworząc tekst świeży, z jednej strony czerpiący ze starego, dobrego sf, a z drugiej – nowoczesny i wyrazisty. Nie ma mowy o kopiowaniu starych wzorców.

Podstawowy problem z „Prefektem” nie leży w ogólnej koncepcji. Ta jest w porządku. Kłopot, jak dla mnie, leży w tym, iż przenosząc nacisk na akcję (a tej znajdziemy w „Prefekcie” mnóstwo) autor zgubił gdzieś to, co stanowiło w dużej mierze o sile chociażby „Przestrzeni Objawienia” – czyli klimat. Może niezupełnie, wszak nie da się ukryć, że opowieść jest dosyć mroczna, ale jednak do gęstej, smoliście czarnej i pełnej napięcia atmosfery trzech głównych powieści cyklu dużo tutaj brakuje. Rozczarowałem się też raczej pobieżnym potraktowaniem tła – o Migotliwej Wstędze w szczycie świetności nie dowiemy się wiele ponad to, co dostaliśmy w poprzednich tekstach. Przydałoby się mniej pogoni i pędzących zdarzeń, a więcej nastrojowych opisów i intrygujących postaci. Reynolds już raz pokazał, że da się to zrobić – w „Migotliwej Wstędze”, która zresztą ma z „Prefektem” całkiem sporo wspólnego, ale jest powieścią lepszą – poprzez większe dopracowanie tła, między innymi. Po lekturze pozostaje niedosyt. „Prefekt” cierpi też na brak wyrazistych postaci, szczególnie pierwszoplanowych – choć skonstruowane poprawnie, są zaskakująco nijakie i „szablonowe”. Nieco lepiej wygląda to na poziomie bohaterów drugiego planu – Jane Aumonier i jej osobliwy pasożyt zapadają w pamięć. Podobnie ma się sprawa z Zegarmistrzem, postacią zdecydowanie najciekawszą, z którą też wiąże się najwięcej niedomówień – co pobudza wyobraźnię. I bardzo dobrze. Reszta jednak gdzieś znika w tle.

Z drugiej strony, otrzymujemy w „Prefekcie” inne rzeczy, do których Reynolds zdążył nas już przyzwyczaić. I tutaj akurat zawodu nie ma. Jest więc ciężka do przewidzenia, wciągająca fabuła, są interesujące zwroty akcji, wreszcie świetne zakończenie. Reynolds ma do zakończeń talent, a chociaż końcówce „Prefekta” trochę brakuje do znakomitego rozwiązania „House of Suns”, to jest i tak bardzo dobre i nie takie, jakiego można by oczekiwać. Książka czyta się przyjemnie, wciąga, ale pod koniec pozostaje uczucie silnego niedosytu. „Jak to, to już koniec?” Niestety, to już koniec i nic więcej nas nie spotka.

Pod koniec warto wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. „Prefekt” jest powieścią autonomiczną i jego fabuła nie wiąże się z główną osią cyklu. Wydaje mi się, że da się go czytać bez znajomości pozostałych części, ale ponieważ sporo elementów pozostanie albo niejasnych, albo zupełnie nieczytelnych, chyba lepiej zostawić go sobie na później, a lekturę rozpocząć chronologicznie, od „Przestrzenni Objawienia”.

Piszę tę recenzję z perspektywy fana twórczości Reynoldsa i nie ukrywam, że trochę się zawiodłem. Książka, żeby było jasne, nie jest zła. Przeciwnie, to świetna powieść sensacyjna w realiach hard sf. Problemem jednak jest, że autor ma na koncie rzeczy znacznie lepsze – i na ich tle „Prefekt” nie wypada najlepiej. Jest „tylko” dobry. Oczekiwania były wysokie, a rezultat jest nieco poniżej wysoko postawionej poprzeczki. A jednak dobrze, że powieści Reynoldsa pojawiają się w Polsce i pojawiać się będą dalej, bo to autor nietuzinkowy i nawet w słabszej formie wciąż tworzy rzeczy na bardzo wysokim poziomie.

Autor: Eryk „Kennedy” Maciejowski

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: The Prefect
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Data wydania: 26 listopada 2010
ISBN: 978-83-7480-187-4
Oprawa: miękka
Format: 115 x 185
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 576
Tom cyklu: 5

This entry was posted on piątek, Styczeń 14th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.