„Zabójca wysłany z mroźnej Północy z samobójczą misją. Potężne imperium oblegane przez jego najstarszego wroga. Czworo królewskich dzieci na wygnaniu lub w niewoli, pragnących pomścić śmierć ojca. Akacja was zadziwi i porwie – przygotujcie się na to”. Takie hasła z tylnej okładki kusiły mnie, by sięgnąć po pierwszy tom zapowiadanej trylogii amerykańskiego autora Davida Anthony’ego Durhama, wydanej przez MAG-a. Kusiła też dość klimatyczna okładka, przedstawiająca mury potężnej twierdzy nad brzegiem morza. Lubię fantasy, więc łatwo mnie uwieść, ale tym razem się niestety nie udało.

Nie od dziś wiadomo, że gatunek fantasy nie jest ostatnimi czasy specjalnie odkrywczy i trudno czytelników zaskoczyć. Osobiście również nie szukam więc w jego ramach nowości. Oczekuję za to przyjemnej lektury, wciągającej historii, która mnie nie znudzi. Powtarzalność jestem w stanie ciekawie opowiedzianym wydarzeniom wybaczyć. W przypadku „Akacji” niestety historia mnie nie zachwyciła, a w konsekwencji wtórność pewnych motywów i wątków, sposobu budowania postaci stała się zbyt widoczna i drażniąca.

Ocenie oczywiście podlega w tej chwili tylko tom pierwszy, bo Durham, jak każdy szanujący się pisarz fantasy, zaplanował trylogię, która zapewne, jeśli powieść odniesie sukces, ma szansę na rozrost. Opowiedziana w nim historia dzieli się na trzy księgi, w których poznajemy losy rządzącego ogromnym imperium w Znanym Świecie rodu Akaranów. Król Leodan to kochający ojciec czwórki dzieci, wdowiec, cierpiący po stracie ukochanej. Przed własnym potomstwem ukrywa mroczną prawdę na temat źródeł potęgi państwa. Niestety, umiera w wyniku zamachu, z rąk przedstawiciela rodu Meinów, co pociąga za sobą lawinę dramatycznych wydarzeń. Dzieci z rodu Akaranów, w obliczu zagrożenia, muszą udać się na wygnanie. Ich losy, przedstawione w drugiej księdze, stanowią najciekawszy element powieści, może poza zakończeniem, które jest dość zaskakujące, choć nie wykracza poza standardy gatunku.

Podstawowym mankamentem powieści jest chyba połączenie nużącej przewidywalności z pewnymi niekonsekwencjami w konstrukcji postaci. Z jednej strony, już na początku wiemy, w jakim kierunku potoczą się wydarzenia, bo skoro ginie władca, a spadkobiercom korony udaje się uciec, to wiadomo, że wrócą, by upomnieć się o swe prawa. Wiadomo też, że wychowywani oddzielnie zyskają niepowtarzalne umiejętności, dojrzeją, by sprostać zadaniu. Cała sztuka polega na tym, by mimo tych oczywistych do określenia wydarzeń, czytelnik śledził akcję z wypiekami na twarzy. Sposób ich przedstawienia niestety nie daje takiej szansy. Zawinił tu trochę styl powieści, który miejscami ociera się o grafomanię.

Starałam się nie porównywać czytanej historii z innymi cyklami, ale czasem aż uderzało mnie podobieństwo dzieci Akaranów do dzieci z „Opowieści z Narnii” Lewisa czy Starków z „Pieśni lodu i ognia” Martina. Tylko że Durham to nie Martin, więc postaci nie są równie wielobarwne i intrygujące. Największą sympatią darzyłam w trakcie lektury Menę, choć właśnie w jej przypadku zaskakuje niekonsekwencja. Skoro jako dziecko przedstawiona została jako osoba mądra, z przenikliwością obserwująca otaczającą ją rzeczywistość, a jako dorosła kobieta staje się wojowniczą księżniczką, wpadającą w berserkerski szał na polu bitwy, to coś tu nie gra. Nie rozumiem takiego pokierowania losem bohaterki, bo nie wynika on z jej naturalnych predyspozycji. Pozostali bohaterowie poprowadzeni zostali zgodnie z przewidywaniami, a największym zaskoczeniem okazuje się finał wątku Corinn i jest to zaskoczenie na plus.

Jeśli ktoś lubi grube powieści, „Akacja” ma prawie sześćset stron, przedstawiające losy ogromnych imperiów, ze zróżnicowanymi rasami, walkę o władzę, dojrzewanie dziecięcych bohaterów, ze szczyptą magii, to może sięgnąć po utwór Durhama. Być może fabuła go niczym nie zaskoczy, ale też nie będzie stanowić trudności. Język powieści jest przystępny, prosty, a rozdziały dość krótkie. Można polubić zarówno młodych Akaranów jak i ich opiekunów. Zaciekawić może też, zasygnalizowana tylko w pierwszym tomie, obecność innych potężnych ras i krain, wykraczających poza Znany Świat. Z czystej ciekawości zapewne sięgnę po tom drugi, który ukazał się za granicą w 2009 roku, może mnie zaskoczy. Mam też nadzieję, że jego korekta będzie staranniejsza niż w przypadku tomu pierwszego. Potrafię wybaczyć przypadkową literówkę, gorzej, jeśli jest ich wiele. Oburzony głos wydawnictwa na Facebooku, wyśmiewający czepialskich czytelników, niczego tu nie zmienia. Błędy w książce drażnią i źle świadczą o wydawcy.

Autor: Monika „Urshana” Kałążna

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Acacia: The War with the Mein
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz
Data wydania: 26 listopada 2010
ISBN: 978-83-7480-180-5
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 592
Tom cyklu: 1

This entry was posted on środa, Styczeń 19th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.