Pierwsza część tej debiutującej w Polsce trylogii bez wątpienia nie aspiruje do przełamywania jakichkolwiek granic konwencji. To dosyć przyjemne „czytadło”, które jest w stanie zainteresować czytelnika, oferując mu cały zestaw pozbawionych oryginalności elementów składających się na cykl fantasy. Poczytać można na korzyść, że Wiera Szkolnikowa pisze dosyć przyjemnym w odbiorze stylem, z nieznacznym nagromadzeniem infantylnych banałów. Przez to lektura „Namiestniczki” jest bardzo strawna i nie wywołuje irytacji. Na pewno nie wywołała ich u mnie. Może to jednak „sprawka” tłumacza?

Tak jak wspomniałem, mało w tej powieści jest elementów oryginalnych. Świat, który buduje autorka nie różni się od innych znanych z powieści, czy całych cykli fantasy innych autorów. Mamy zatem ogromny kontynent (jak wynika z mapki) otoczony morzami. Niektórych bohaterów (w zasadzie jednego) rozpala ciekawość co leży dalej i będą płynąć z tej ciekawości konsekwencje. Kontynent podzielony jest na mniejsze i większe księstwa składające się na imperium. A tymże rządzi tytułowa namiestniczka. Nieprzypadkowo jest to kobieta, bo wynika to z dosyć skomplikowanej pozycji, jaką przewiduje system władzy i to, co się kiedyś wydarzyło z władcą tego imperium. System doboru kolejnych namiestniczek również jest skomplikowany i stawiający taką władczynię na dosyć niedosiężnym dla zwykłych mężczyzn piedestale. To zaś wywołuje samotność kobiety sprawującej ten urząd. Z tym szczególnym usytuowaniem wiąże się pierwsza z wad fabularnych, które mi trochę psuły ogólne wrażenie. Bowiem, mimo tej niedostępności, inteligencji i stanowczości, akurat jakiemuś pośledniemu mężczyźnie uda się przełamać dystans i wpaść w ramiona stęsknionej kobiety. Przyznam, że autorka wpadła tu w mieliznę pokazując, że główna bohaterka to również słaba kobieta. Owszem, może to ją jakoś uczłowieczać, ale na milę mi to pachnie niekonsekwencją. Z drugiej strony trzeba przyznać, że Wiera Szkolnikowa bardzo udanie stara się momentami wybrnąć z tego fabularnego „chrzęstu w zębach”. Bowiem to, że bohaterka pozwala się kochać, nie oznacza, że – zasadniczo – traci głowę dla mężczyzny i pozwala mu sobą manipulować. Jednak to nie jest takie proste przecież, o czym może przekonać się czytelnik.

Przykładów wpadania w łatwe klisze i szukania eleganckiej drogi odwrotu z nich mógłbym podać więcej. Obserwowanie tego, jak autorka pakuje swoich bohaterów w oczywiste, ograne w tym gatunku sytuacje, a potem stara się je jakoś oryginalnie rozplątać jest, na swój sposób, bardzo ciekawe. Choć na koniec zadawałem sobie pytanie: i po co to było? Ale ktoś może mniej zmanierowany i zmęczony ode mnie taką nie wychylającą się poza ramy konwencji fabułą, będzie bardziej ukontentowany.

Wiera Szkolnikowa w tej powieści stara się wrzucić zbyt wiele elementów do jednego garnka. I to chyba mogłoby być podsumowanie całej moje oceny. Mamy zatem skomplikowane zależności między księstwami i bohaterami. Tych zaś jest sporo. Drugi plan tętni życiem, ale zbyt dużo jest także opowiadania o tych skomplikowanych intrygach, bo prowadzi to donikąd. Najgorsze zaś jest to, że do tych dworsko – politycznych intryg dodana została także magia. System tejże magii, związane z nią zakusy, intrygi kapłanów, system wierzeń, skutecznie wprowadza chaos do fabuły czyniąc ją nieczytelną i zbytnio skomplikowaną. Podawanie czytelnikowi zbyt wielu szczegółów nie służy dobrze przejrzystości. Powieść jest opasła (824 strony) i strach pomyśleć co się będzie działo w kolejnych dwóch tomach. Albo będzie tylko akcja, albo dojdzie jeszcze więcej nowych elementów, które sprawią, że w tym mętliku pogubi się największy twardziel w rozwiązywaniu takich zagadek. W zasadzie, w innym przypadku ucieszyłoby mnie to, bo lubię takie pokomplikowane fabuły. Ale problemem jest to, że autorka podaje czytelnikowi wszystko naraz i na tacy. Ani tego nie można ogarnąć, ani nie można docenić znaczenia dla całej intrygi i istoty wykreowanego świata. Przy tym właśnie „magiczność” w tej powieści bardzo obniża jej atrakcyjność.

Biorąc jako przykład cykl „Pieśń Lodu i Ognia” Martina, widać to znakomicie. Tam autor stopniowo wprowadza kolejne elementy do gry, powoli rozwijając przed czytelnikiem obraz całości, ale i pozostawiając jeszcze sporo miejsca na rozpalające wyobraźnię domysły. Dobrym przykładem są tu wzajemne animozje, czy pewne zaszłości między rodami, czy bohaterami, których początki wywodzą się ze spowitej mgłą, czy ciemnością przeszłości, ukrytej przed czytelnikiem. U Wiery Szkolnikowej wszystko podane jest na tacy, wyjaśnione i uzasadnione, bez miejsca na tajemnice. U Martina magii nie ma na początku wcale, pojawia się stopniowo i to gdzieś na obrzeżach fabuły, bez zdominowania całości. W „Namiestniczce” magia dosyć brutalnie „załatwiła” atrakcyjność fabuły, a system wierzeń, czy magii nie dość, że nie jest oryginalny, to bywa ośmieszająco idiotyczny. Było mi trudno to strawić i zabijało całą przyjemność płynącą z fabuły.

Generalnie, gdyby nie magia, to byłaby to dosyć przyzwoita powieść fantasy, niezły, choć momentami bardzo ociężały początek cyklu (oby rzeczywiście krótkiego). Tkwi w tej fabule dosyć spory potencjał, perspektywa nakreślona jest szeroko, z rozmachem, autorka zaś stara się przedstawiać swoich bohaterów ciekawie, w sposób pogłębiający psychologię postaci. Przez magię powieść tą jednak mogę porównać do pięknego ptaka, który nieudolnie próbuje wzbić się do lotu. Może się to autorce w końcu uda. Ale, póki co, doszedłem do kolejnego nieodkrywczego wniosku: magia (lub jej nadmiar) szkodzi fantasy. Śmierdzi to paradoskem, ale nic nie poradzę na to.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tytuł oryginału: Выбор Наместницы
Tłumaczenie: Rafał Dębski
Data wydania: 11 stycznia 2011
ISBN: 978-83-7648-528-7
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 824
Tom cyku: 1

This entry was posted on poniedziałek, Styczeń 24th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.