Trochę śniegu już spadło od czasu przeczytania przeze mnie tej książki, do napisania tej recenzji. Niestety bywa i tak, że życie zawodowe, a niekiedy także życie rodzinne, nie wpływają dobrze na wenę twórczą lub po prostu ograniczają czas, w którym owa wena mogłaby spokojnie sobie dojrzeć i zaowocować recenzją. Jednak przecież w przyrodzie podobno nic nie ginie, prawda? Zaraz się okaże, jakież istotne treści pozostały po lekturze w mej głowie. Dlatego w sumie można uznać, że tym razem owoce mej pracy będą dojrzałe, pachnące, smaczne i soczyste. Tak jak recenzowana dziś „Maszyna różnicowa”.

A powieść ta jest dość specjalna, gdyż często nazywana jest ojcem i matką steampunka (niektórzy żartobliwie twierdzą, że dziadkiem tegoż nurtu jest proza Juliusza Verne’a), czyli idąc najprostszym skojarzeniem: nurtu, gdzie na pierwszym planie eksponowana jest zaawansowana technologia parowa oraz nowe zdobycze techniki, które umożliwiały wcześniejszy niż w rzeczywistej historii awans cywilizacyjny. Utwory prezentowane są często w wizualnej konwencji wiktoriańskiej Anglii, czasem łączonej z elementami magii lub szeroko pojętego mistycyzmu. Ta naprędce sklecona definicja jest dość dyskusyjna, bo każdy tekst w tej konwencji (także tekst kultury, czyli film, gra, muzyka, ostatnio wystrój wnętrz) wnosi jakąś swoją cegiełkę, która albo do tej definicji wcale nie pasuje, albo nie jest to element w interpretacji aż taki istotny. Załóżmy, zatem: Steampunk, to mniej więcej science fiction na parę, gdzie jednym z bohaterów prawdopodobnie będzie noszący cylinder angielski dandys lub pełen flegmy gentleman w każdym calu. I już każdy czytelnik będzie miał obraz, będzie wiedział, o co mniej więcej w tym wszystkim chodzi.

Kolejną łatką, którą wypada książce przypiąć, jest łatka historii alternatywnej. Otóż historia świata przedstawionego opiera się na tym, że Charles Babbage kończy budowę swojej maszyny różnicowej (w zamierzeniu pierwszego kalkulatora, w rzeczywistości maszynę odtworzono dopiero w latach 90’ XX wieku i by było zabawniej była dokładniejsza od większości kieszonkowych kalkulatorów elektronicznych, co prawda ważyła trzy tony, ale to się wytnie…) i tym samym, dzięki swemu wynalazkowi, rozpoczyna kolejną rewolucję industrialną, która w zasadzie zamienia się w rewolucję informacyjną. Czyli w stosunku do rzeczywistości przesunięcie pewnych zjawisk nastąpiło ponad wiek wcześniej. Na przykład zaistnienie „maszynowej” ewidencji obywateli, zaistnienie „maszynowych” kart płatniczych, czy też, momentami nachalne, powracanie do opisów zjawiska szumu medialnego. W zasadzie jest to najistotniejsza tego typu zmiana, gdyż reszta, to miła oku kosmetyka.

Kosmetyka zaś polega na wizualnym przedstawieniu utrzymania twardej supremacji Imperium Brytyjskiego pod panowaniem Królowej Wiktorii oraz Partii Industrialnej rządzonej przez Lorda Babbage’a. Między innymi udało się Brytyjczykom skutecznie podzielić młodziutkie Stany Zjednoczone, nie pozwalając wygrać Unii wojny domowej. Kolejnym mrugnięciem autorów w stronę czytelnika jest generał Sam Huston, prezydent Teksasu, który został wygnany za defraudację i pragnie powrócić do swej ojczyzny na czele wojsk meksykańskich, acz chwilowo błąka się po salonach Londynu, by wygłaszać patriotyczne wykłady i zbierać sojuszników w swej sprawie (drążąc ten wątek warto wspomnieć postać Strażnika Teksasu, który zostaje wysłany do Londynu by zamordować zdradzieckiego generała). Kolejnym smaczkiem jest zarzewie komunistycznej rewolucji w śmierdzących dokach Londynu, ale tu już w zasadzie ocieram się o zdradzanie fabuły. A tak, wspomniałem o śmierdzącym Londynie. Wspaniale sugestywny opis połączenia upału, suszy i smogu, które to połączenie powoduje nawet próby ewakuacji miasta oraz sprzyja machinacjom adwersarzy jednego z głównych bohaterów…

…, który w zasadzie sam trochę jest smaczkiem, mrugnięciem w stronę czytelnika. Według mnie odkrywca i paleontolog Edward „Lewiatan” Mallory jest połączeniem rzeczywistej postaci Othniela C. Marsha, odkrywcy brontozaura, z Nedem Landem, jednym z bohaterów 20000 mil podmorskiej żeglugi Juliusza Verne’a. Choć możliwe, że gdzieś mi się tam kołacze także inny Mallory, wszak to popularne nazwisko. Postać gentelmana i awanturnika w jednym. Swoją drogą autorzy książki odwzorowali nawet awersję Marsha do swojego kolegi po fachu Edwarda D. Cope’a, z którym w XIX wieku prowadził tak zwane „kostne wojny”. Tutaj finał sporu został jednak przedwcześnie zakończony. Jest to zdecydowanie moja ulubiona postać z powieści, zwłaszcza, gdy wraca do swojego akcentu.

Innymi bohaterami, potraktowanymi jednak bardziej epizodycznie są Sybil Gerard, prostytutka, którą okoliczności przymusiły do zejścia na złą drogę po śmierci ojca, luddystycznego agitatora (Nawiązanie do Sybil Gerard z Sybilli Benjamina Disraeli z 1845 roku) oraz Laurence Oliphant, postać wykreowana na podstawie rzeczywiście istniejącego pisarza, mistyka, dyplomaty i szpiega. Co jakiś czas, w pewnym momencie przygody te postacie mijają się w sieci zabawnych zbiegów okoliczności i fabularnych współzależności. Na przykład Ned, który korzysta z usług przyjaciółki Sybill, która to z kolei w tym czasie uciekła do Paryża, by tam się minąć z generałem Hustonem, którego wcześniej… no właśnie. Niektóre zależności bywają poplątane.

Co do warsztatu, to w zasadzie nie mam obiekcji, gdyż jest to kawał solidnego rzemiosła, które zostało przeze mnie przeczytane z niekłamaną przyjemnością. Na uwagę zasługuje motyw, na pewno wprowadzony do książki przez Gibsona. Charakterystyczne dla niego statyczne opisy scen na zasadzie odczytywania treści fotografii lub obrazu. Utknęło mi w pamięci, bo swego czasu jedno z takich opowiadań Gibsona pomogło mi dostać się na studia. Ciekawy też jest podział na rozdziały, w tym wypadku określone jako iteracje, czyli termin pochodzący z informatyki, który oznacza zapętlone sekwencje instrukcji – najmniejszych, samodzielnych elementów imperatywnego języka programowania, czyli takiego, którego paradygmat programowania opisuje proces wykonywania jako sekwencję instrukcji zmieniających stan programu. Na takiej samej zasadzie tryb rozkazujący w gramatyce wyraża żądania jakichś czynności do wykonania. Mówiąc jeszcze prościej, każdy rozdział jest zapętloną sekwencją, która determinuje zachowanie się dalszych sekwencji… czyli jak rozumiem determinuje dalszą treść fabuły.

Jak mówiłem, książka pełna jest intertekstualnych smaczków i niespodzianek, warto więc ją przeczytać i samemu te niespodzianki odkryć. Jest to jedna z tych książek, do których będę musiał wrócić, by odkryć je wszystkie. Jako zachęcającą ciekawostkę dodam, że Maszynę różnicową kupiłem najlepszemu przyjacielowi pod choinkę, a jemu byle czego bym nie kupił. Polecam.

Autor: Paweł Świątek

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: The Difference Engine
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Data wydania: 29 października 2010
ISBN: 978-83-7480-186-7
Oprawa: twarda
Format: 135 x 205
Rok wydania oryginału: 1990
Liczba stron: 400
Seria: Uczta Wyobraźni

This entry was posted on poniedziałek, Styczeń 31st, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.