Bardzo by mnie ucieszył fakt, gdyby debiut tego fińskiego pisarza spotkał się z entuzjastyczną recepcją polskich czytelników fantastyki. Fińska fantastyka, jeśli się nie mylę, nie jest w Polsce zbyt znana, o popularności nie wspominając. A „Kwantowy złodziej” jest przykładem na to, że Europejczycy nie są wcale gorsi od anglosaskich pisarzy o znanych nazwiskach.

Hannu Rajaniemi zadebiutował w pięknym stylu powieścią, która jest skomponowana – według mnie – idealnie. Już na początku czytelnik zostaje wrzucony w obcy sobie świat przyszłości zbudowany z elementów, które, choć stanowią jedynie część scenografii, same w sobie intrygują i rozpalają wyobraźnię. Mowa tu o Więzieniu i archontach. Dalej jest jeszcze lepiej, kiedy z tytułowym złodziejem przenosimy się na Marsa, w gruncie rzeczy prowincjonalną planetę w systemie, na której rozegra się główna i najważniejsza część akcji. To również zaciekawia – od niechcenia rzucane uwagi wskazujące na prowincjonalność Marsa i sugerujące przez to, że gdzieś tam, w kosmosie, jest jeszcze bardziej intrygująco i tajemniczo. Bo tam właśnie znajdują się główne siły prowadzące na Marsie rozgrywkę, o której czytelnik dowie się niewiele, bo pochłonięty zostanie lokalną zaledwie intrygą, nie mniej fascynującą, która zmieni dotychczasowe życie i ustrój planety.

Akcja powieści jest bardzo dynamiczna, dużo się tu dzieje, ale nie ma chaosu. Czytelnik nie zgubi się w plątaninie intryg, co najwyżej o mały zawrót głowy przyprawi go to, czego autor nie wytłumaczy wprost: funkcjonowanie ludzkości podzielonej na frakcje planetarne (a co dopiero te pozaplanetarne, jak chyba najważniejsza z nich, czyli Sbornost, która może trochę podobna jest do Hybrydowców stworzonych przez Alastaira Reynoldsa), ich cele i plany. Głównym bohaterem jest oczywiście tytułowy złodziej, ale ma on równie ciekawe i intrygujące towarzystwo: Mielli, jej statek, Raymonde, Detektyw, zoku, cadykowie. Doskonale uzupełniają oni tło, czasami nawet sam Jean nie jest pośród nich najważniejszy. Dynamiczna akcja pochłania szybko i trudno się choćby na chwilę oderwać od powieści.

Książka bez wątpienia jest doskonałą przygodową fantastyką, autor jednak nie pisze jak Mike Resnick. Fabule towarzyszy solidnie przygotowane podłoże naukowe (chociaż i tak wszystko jest bardziej fiction, niż science), które jednak nie dominuje nad całością, ale dodaje jej niewymuszonego uroku. To trochę paradoksalne, bo np. o Gregu Eganie można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że elementy hard science są u niego urokliwe i atrakcyjne dla czytelnika lubiącego przygodę i akcję. Ale właśnie Hannu Rajaniemi jest takim Eganem czy Dukajem w wersji light. Podczas lektury niejednokrotnie miałem wrażenie, że autor to doskonały erudyta, posiada solidne przygotowanie naukowe i talent, który pozwala mu komponować ze sobą i naukę, i przygodę w bardzo strawne, smaczne danie. Lekkość, z jaką łączy przeciwstawne, wydawałoby się, elementy: mechanikę kwantową, której opanowanie i umiejętność wykorzystywania są chyba najważniejszymi w tej powieści osiągnięciami ludzkości (ale która jednocześnie jest niezrozumiała dla czytelnika bez znajomości jej podstaw) oraz elementy powieści łotrzykowskiej (gdyby to był film, można byłoby przypiąć „Kwantowemu złodziejowi” taką osobliwą łatkę: science fiction heist movie) – nadaje tej powieści posmak atrakcyjnej oryginalności. Dorzućmy jeszcze niewymuszoną i naturalnie ujętą konstrukcję społeczną, które w tle opowiadanej historii również nabiera życia oraz staje się istotna dla samej fabuły i w zasadzie stanowi świetne dopełnienie całości.

„Kwantowy złodziej” stanowi, niestety, zamkniętą całość. Wszystkie wątki związane z intrygą na Marsie zostają wyjaśnione, a tajemnice ujawnione. Jednocześnie kreacja tego świata, której próbkę ledwie przedstawił autor wygłodzonemu czytelnikowi, jest tak bogata, że aż prosi się o kontynuację. Zwłaszcza że losy głównego bohatera oraz epilog pozostawiają w oczywistym oczekiwaniu na ciąg dalszy. Jest w fabule kilka wskazówek, które pozwalają na domniemanie, że to, co wydarzyło się na Marsie, jest elementem większego planu, większej całości, całkiem nieznanej jeszcze intrygi. Ciekawy jestem okrutnie, czy autor planuje kontynuację i czy z tym bohaterem w roli głównej. Bez wątpienia, w Polsce zyskał on zdeklarowanego fana w osobie najniżej podpisanego. Trzymam kciuki, abym nie należał do niewiele znaczącej mniejszości, jak w przypadku Alastaira Reynoldsa.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: The Quantum Thief
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Data wydania: 11 lutego 2011
ISBN: 978-83-7480-201-7
Oprawa: miękka
Format: 135 x 202
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 336

This entry was posted on środa, 9 lutego, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.