Brent Weeks powinien być znany polskim czytelnikom, ponieważ w zeszłym roku MAG wydał u nas jego Trylogię Cienia („Droga Cienia, „Na Krawędzi Cienia”, „Poza Cieniem”), której wprawdzie nie czytałem (jeszcze), ale i na naszym blogu i w sieci spotkała się ona z pozytywnym przyjęciem. Niedawno na polskim rynku ukazała się kolejna powieść tego autora, „Czarny Pryzmat”, będąca pierwszym tomem nowej trylogii – Powiernik Światła. Jej tytuł brzmi nieco pretensjonalnie i uważałem, że może zwiastować jakąś słabą fantasy. Okazało się jednak, że to dosyć przyzwoita, solidna powieść, w której – po raz kolejny, jeśli chodzi o moje spotkania z fantasy – ilość pretensjonalnych, banalnych, czy infantylnych wręcz chwytów została sprowadzona do prawie niezauważalnego minimum.

Inaczej niż w recenzowanej przeze mnie powieści Wiery Szkolnikowej – „Namiestniczka,” w „Czarnym Pryzmacie” Weeksa nie kuleje „magiczność”. Może dlatego, że magia, którą przesiąknięty jest wykreowany przez autora świat, nie jest typowa. Koncentruje się bowiem na manipulowaniu światłem, kolorami. Nie jest to przesadnie oryginalne, po prostu trochę stereotypowy „młody adept magii”, zamiast specjalizować się np. w magii ziemi, powietrza itp., specjalizuje się w kolorach, manipulowaniu światłem i krzesaniu barw. Z tego wywodzą się podziały wśród krzesicieli i zdolności w tym zakresie determinują losy takich postaci i ich wpływ na otaczającą rzeczywistość. Główny bohater, Gavin Guile jest Pryzmatem – najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Takim ni to cesarzem, ni to najwyższym kapłanem. Niby posiada władzę, ale nie jest to władza absolutna, a umieszczona w określonej hierarchii, zaplątana w zależności polityczne między poszczególnymi satrapiami wchodzącymi w skład imperium a innymi siłami w nim obecnymi. Trochę przypomina to magiczną demokrację, a może monarchię konstytucyjną zaplątaną w system checks and balances. Bardzo to pomaga fabule, bo ustawia głównego bohatera z racji jego rangi w pozycji osoby, która musi być trochę jak master of puppets, bez ujawniania swej roli. A nadto musi on dysponować wyjątkowymi cechami charakteru, które pozwolą mu wykonywać swoją rolę. Taka postać musi wzbudzać emocje, lecz Brentowi Weeksowi nie do końca – w mojej ocenie – udało się sprostać kreacji. Choć trzeba przyznać uczciwie, autor miał naprawdę niezły pomysł na to, jak zaskoczyć czytelnika i postawić nieoczekiwanie Gavina w całkiem nowym świetle w sytuacji, kiedy wydawałoby się, że nic nie jest w stanie już w tej postaci zadziwić. Wprawdzie szybko ujawnia się pewna niepokojąca rysa, rzucająca cień na pozytywny charakter Gavina, ale najlepsze dopiero nadejdzie, kiedy autor odsłoni przed czytelnikami pewną tajemnicę. Nie jest to tylko efektowny chwyt. Jego konsekwencje mogą okazać się ważkie z powodu syna głównego bohatera (bękarta), którego pojawienie się na scenie burzy nieco plany Gavina, a w finale powieści zostawia czytelnika z pytaniem o przyszłość ich wzajemnych relacji.

Wracam do kreacji głównego bohatera i tutaj Weeks wydaje mi się niekonsekwentny. Bo Gavin jednocześnie jest bardzo potężnym człowiekiem, wzbudzającym samym pojawieniem się niepewność i respekt u poddanych, ale jest w tej władzy bardzo ograniczony, co jeszcze jest zrozumiałe w stosunku do innych sił imperium. Jednak nie za bardzo rozumiem jego wręcz pokorny i służalczy stosunek do ojca, potężnego, owszem, ale tylko jednego z magnatów. Może to zaplanowane posunięcie, które ma pokazać iluzoryczność władzy Pryzmata? Trudno mi to jednoznacznie rozstrzygnąć. Ponadto Gavin wielokrotnie zachowuje się tak, jakby był nieopierzonym młokosem, typowym herosem, który musi jechać tu i tam, wykonać jakieś zadanie, zupełnie nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Tak było np. ze spotkaniem z jego nieślubnym synem. Nie dość, że doszło do niego w wyniku nadzwyczaj szczęśliwego zbiegu okoliczności, to na skutek zlecenia misji Gavinowi przez inną siłę, Biel. Od razu samo przyjęcie tej misji (choć zbieżne z interesami Gavina) jawić się musi jako redukujące tę niby potężną postać do roli chłopca na posyłki. Podobnie z finałową obroną miasta – choć bałagan spowodował Gavin, to został do jego sprzątnięcia wysłany przez swojego ojca jak uczniak, mający określone miejsce w planach innych. Choć przecież Gavin realizować ma swój, tajny i prawdopodobnie kontrowersyjny plan. To on miał być władcą marionetek. W pierwszym tomie wprawdzie to widać, ale chyba zbyt często główny bohater nie kreuje zdarzeń i sam staje się pionkiem. Na dodatek, z racji pewnych ograniczeń, którym podlega każdy obdarzony talentem, kończy mu się powoli czas.

Powieść cechuje szybka, dynamiczna akcja. Wydaje się ona szeroko zakrojona, choć na ogół skupia się na pomniejszych wydarzeniach i problemach. W recenzji skupiłem się tylko na głównym bohaterze, ale nie jest on jedyną postacią, wokół której toczy się akcja. Jest jego niedoszła żona, wspomniany nieślubny syn, który może szybko dzięki swej mocy przerosnąć ojca, jest ambitna córka pewnego generała. Wszyscy są połączeni wspólnym losem, wpływają na siebie i każde z osobna jednocześnie rozwija własne ścieżki w fabule. Choć, na ogół, postaci te są przewidywalne, to śledzenie ich losów nie nuży a finał powieści zapowiada interesujące komplikacje, które rozwinięte zostaną zapewne w kolejnych częściach trylogii.

„Czarny Pryzmat” czytałem bez znużenia, z uwagą, ale bez nadmiernej ekscytacji. Brent Weeks jest doskonałym rzemieślnikiem i nie znudzi nikogo, kto sięgnie po tę powieść w poszukiwaniu chwili wytchnienia. Lektura jest interesująca, na ogół zajmująca, ale to – mimo wszystko – tak zwane czytadło, bez ambicji na bycie czymś więcej niż tylko rozrywką. To nie zarzut. Niewielu autorów udaje się tak zabawiać czytelnika, aby go nie zanudzić. W szczególności dotyczy to autorów fantasy i czytelników tak wrednych, jak najniżej podpisany. To doskonała książka do zabicia czasu w niedzielne popołudnie, lub wieczór. Czasami do szczęścia nie potrzeba więcej.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: The Black Prism
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Data wydania: 23 lutego 2011
ISBN: 978-83-7480-199-7
Oprawa: miękka
Format: 135 x 202
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 752
Tom cyklu: 1

This entry was posted on poniedziałek, Marzec 21st, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

One Response to “„Czarny Pryzmat” – Brent Weeks”

  1. Mam tylko jedno male pytanie czy jest to (tak jak poprzednia trylogia) mlodziezowe fantasy dla 17 latkow czy autor „dorosl” i zmienil chociaz troche swoj target?