W 2010 r. MAG wydał powieść Brandona Sandersona, którą, nie ukrywam, zamierzałem ignorować. Za twórczością pisarza, oględnie mówiąc, nie przepadałem za sprawą „Elantris” i „Z mgły zrodzonego”. Do tego jeszcze „Siewca wojny” posiada okładkę, która również sprawiła, że po poprzednich doświadczeniach, miałem co do powieści niezbyt wygórowane oczekiwania. I pewnie w ogóle bym jej nie przeczytał do dziś, gdyby nie recenzja Adama „Tigany” Szymonowicza w serwisie Katedra. Po ostatnich spotkaniach z fantasy (Wiera Szkolnikowa, Brent Weeks) byłem już nieco zniechęcony i przekonany, że w tym gatunku muszą mi wystarczyć tylko mistrzowie ciągnący swoje cykle (Erikson, Martin). Kiedy jednak zacząłem czytać „Siewcę wojny”, pierwszą poważną reakcją związaną z lekturą było „o, rety”.

Nie wiem, czy jestem w stanie napisać o tym utworze coś niepochlebnego. Od dawna, sam nie pamiętam od kiedy, nie miałem w ręku powieści, która nie jest początkiem żadnego cyklu fantasy. Której akcja rozpisana jest na jeden tom, a fabuła jest jednocześnie epicka, opowiadana poprzez pryzmat losów kilku bohaterów, jednak zborna, logiczna w prowadzeniu poszczególnych wątków do finału i jednocześnie bogata w szczegóły. Powieść liczy niewiele ponad sześćset stron, ale w trakcie czytania miałem wrażenie, że obcuję z fabułą zakrojoną na cały cykl. I bez wątpienia, gdyby tylko Sanderson chciał, rozciągnąłby ją na trylogię co najmniej. Akcja rozgrywa się w stolicy potężnego królestwa. W Hallandren zamieszkują i rządzą bogowie. Nad nimi stoi Król-Bóg i to jego narzeczoną, na mocy dawnego traktatu, zostaje jedna z córek króla władającego sąsiednim krajem, leżącym na drodze ekspansji imperium. Oczekuje się zresztą wojny z tym królestwem i to wojny podyktowanej nie tylko ekonomią, ale i pewnymi ciekawymi zaszłościami. Małżeństwo wypełniające traktat ma ją tylko odwlec w czasie. Problem w tym, że to nie księżniczka Siri miała być żoną Króla-Boga, tylko jej siostra, która latami przygotowywała się do tej roli. I to Vivienne ruszy na ratunek swojej siostrze przekonana, że w Hallandren grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. To właśnie losy obydwu księżniczek mają za zadanie przykuwać uwagę czytelników i to one są motorem fabuły. Ale to nie wszyscy bohaterowie powieści. Jest jeszcze pewien tajemniczy nieznajomy, posługujący się gadającym mieczem i realizujący własne plany, aby naprawić pewne błędy z przeszłości. Wreszcie jest sam Król-Bóg, a także pomniejszy z bogów, Dar Pieśni, który nie za bardzo potrafi odnaleźć się w swojej roli. I to właśnie on jest najciekawszą postacią dramatu. Bogowie nie biorą się znikąd. To ludzie, którzy Powracają po swej chwalebnej śmierci, awansując na bóstwa. Dar Pieśni jest jednym z nich, jest bogiem odwagi, ale nieskorym do poświęceń, obdarzonym ogromnym dystansem do swej boskości i obowiązków i, nieoczekiwanie dla samego siebie, zmuszonym do odegrania znaczącej roli w intrygach na dworze bogów.

Fabuła, choć nie jest rewolucyjna dla tego gatunku, to jednak pełna jest świeżości. Sanderson udanie stara się zaskakiwać czytelnika, pokazując mu, iż to, czego się spodziewał, jest tak naprawdę czymś innym, bohaterowie ewoluują w nieoczekiwanym kierunku pod wpływem wydarzeń z ich udziałem. Losy królestw toczą się inaczej, niż można się było spodziewać. A czytelnika czeka również sporo zwrotów akcji, które wiele z postaci postawią w całkiem innym świetle, niż dotychczas można było się domyślać. Wszystko jest elegancko skrojone, pozbawione infantylizmu i przykuwające uwagę na długie godziny.

Akcja powieści biegnie szybko, ale nie za szybko i starcza Sandersonowi czasu i miejsca na zarysowanie drugiego i trzeciego planu, wypełnienie go frapującymi postaciami, jak choćby inni bogowie, czy dwóch interesujących najemników. Starcza również miejsca na satysfakcjonującą scenografię i odpowiednią oprawę „magiczną”. Wykreowany świat jest pełen magii, ale nie przytłacza ona powieści, ani nie czyni z bohaterów nadludzi, bo nawet bogowie mają swoje ograniczenia. Aby przeżyć, muszą karmić się Oddechami zabieranymi na ogół swoim wyznawcom i bez pozbawiania ich życia. Jest jeszcze moc zwana BioChromą, która niemal przypomina zaawansowaną technologię, do tego dochodzi również czerpanie kolorów (skojarzyło mi się to nieco z „Czarnym Pryzmatem” Weeksa). Magia, polityka, intrygi wplecione w losy głównych bohaterów – czy można chcieć więcej? „Siewca wojny” jest pod tym względem idealną kompozycją powyższych elementów. Nie nudziłem się nawet przez chwilę. Aby zbyt wcześnie nie zakończyć przyjemności obcowania z powieścią musiałem ją sobie dawkować. A i kiedy nadszedł nieuchronny koniec, powróciła wredna myśl: dlaczego to nie początek cyklu? Nie pamiętam innej powieści fantasy, po której lekturze żałowałbym, że nie ma kontynuacji.

Nie wiem co myśleć o Sandersonie. Z jednej strony pamiętam przede wszystkim „Elantris”, z drugiej czytając „Siewcę wojny” nie mogłem uwierzyć, że to ten sam autor. I to na tyle „skromny”, że nie pragnie rozmiękczać, rozwadniać fabuły, żeby wycisnąć więcej dolarów (czy euro) za cały cykl. Uważam, że warto sięgnąć po tę powieść, aby przekonać się, że tacy „dziwacy” jeszcze istnieją. A powieść fantasy bez rewolucyjnych „wynalazków” potrafi zaskakiwać świeżością i bezpretensjonalnością. Sanderson przywrócił mi wiarę nie tylko w swój talent, ale i w fantasy. A na myśl, że to on kończy cykl „Koło Czasu” po śmierci Roberta Jordana, po raz pierwszy cieszę się bardziej, niż cieszyłbym się na wydanie kolejnej powieści z tego cyklu sygnowanej przez ś.p. Autora. Kupcie „Siewcę wojny”. To dobrze wydane pieniądze.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Warbreaker
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Data wydania: 30 kwietnia 2010
ISBN: 978-83-7480-170-6
Oprawa: miękka
Format: 135 x 202
Rok wydania oryginału: 2009
Liczba stron: 620

This entry was posted on piątek, 1 kwietnia, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.