Autora tej powieści znamy już w Polsce za sprawą wyśmienitego „Ślepowidzenia”. Ta wybitna powieść, która właśnie doczekała się u nas wznowienia, stanowi połączenie doskonałego, pisarskiego stylu, mnóstwa pomysłów, daje pole do intelektualnego masażu mózgu, jest kopalnią filozoficznych interpretacji, pytań, stanowi literacki poligon doświadczalny, na którym ścierają się filozoficzne interpretacje z naukowym konceptem, dotykając problemów świadomości, empatii, granic poznania. Rasowa science fiction. Dla mnie: arcydzieło.

Teraz do Polski trafił debiut powieściowy Wattsa, rozpoczynający jego trylogię, którą, mam nadzieję, poznamy szybko (kolejne powieści to „Maelstorm” i „Behemoth”). Po „Ślepowidzeniu” Watts nie napisał jeszcze nowej powieści (ponoć pracuje nad dwiema, na tyle, na ile pozwala mu paskudna choroba, z którą się zmaga) i mimo że „Rozgwiazda” jest powieścią wcześniejszą w stosunku do „Ślepowidzenia”, to i tak udowadnia talent tego pisarza. Nie będę się starał ich porównywać, bo to bezcelowe, ale do końca nie uda mi się tej okropnej pokusie oprzeć. Akcja powieści w znakomitej większości rozgrywa się pod wodą. Do eksperymentalnej stacji na dnie oceanu, należącej do korporacji zajmującej się ujarzmieniem energii geotermalnej, zostają wysłani pracownicy kontraktowi, którzy mają zająć się jej utrzymaniem i użytkowaniem, ku chwale tejże korporacji. O świecie „na górze” wiemy niewiele, ale te ochłapy, które rzuca Watts pozwalają na przypuszczenia, że akcja rozgrywa się w przyszłości, w której doszło do znaczącego przemodelowania zarówno konstrukcji państw, jak i roli oraz znaczenia globalnych korporacji. Świat zmaga się z problemami związanymi z uchodźcami, kryzysami ekonomicznymi i demograficznymi (?) wynikającymi z coraz bardziej utrudnionego dostępu do surowców, także tych podstawowych. Wydawać by się mogło, że życie na dnie oceanu, w surowej scenografii stacji położonej nieopodal geotermalnego „komina”, to idealne miejsce dla odludka chcącego uciec od zgiełku i problemów rozpadającego się świata na powierzchni. Jednak bohaterowie tej powieści nie należą do sympatycznych dziwaków preferujących taki styl życia i oddanych nauce do tego stopnia, aby zaakceptować spartański styl życia w czymś, co można nazwać przedsionkiem piekła: klaustrofobiczna atmosfera stacji potęgowana jest faktem, że znajduje się ona na dnie napierającego na nią oceanu. Założenie korporacji wysyłającej tam pracowników polega na przyjęciu, że nikt normalny takiego odosobnienia i warunków pracy nie wytrzyma. Zatem bohaterowie powieści to, można rzec, społeczne wyrzutki, niedostosowani, usuwani poza nawias tego, co nazywa się „normalnym” społeczeństwem, nie szanujący lub nie potrafiący szanować zasad współistnienia w nim. Efekt tego jest taki, że losy misji na dnie oceanu, a także – jak się okaże – losy ludzkości mogą zależeć m. in. od pedofila, czy specyficznej ofiary przemocy i wykorzystywania seksualnego. Już na początku powieści czytelnik otrzyma potwierdzenie słuszności tego założenia, kiedy najbardziej „normalna” jednostka w końcu się poddaje. I „na dnie” zostają ci, których nie sposób obdarzyć czytelniczą sympatią, ale też ci, od których losów nie sposób się oderwać. Tajemnice, które kryje pacyficzny ryft Juan de Fuca są tak frapujące a konsekwencje płynące z dokonanych odkryć tak doniosłe, że im bliżej finału tej powieści, tym szybsze bicie tętna.

Akcja powieści rozwija się powoli, bez pośpiechu. Choć ze spokoju wytrącają elementy grozy, którą Watts umiejętnie dawkuje, a czytelnik, będąc na początku takim samym żółtodziobem w głębinie jak bohaterowie powieści, łatwo staje się jej ofiarą. Wraz z przebywaniem pod wodą zmienia się także optyka postrzegania świata przez bohaterów. Ludzie trafiają tam jako istoty „ze światła” i szybko uczą się, akceptują fakt, iż światło na dnie oceanu jest groźne, a naturalnym elementem środowiska zapewniającym bezpieczeństwo jest ciemność. Siłą fabuły „Rozgwiazdy” jest to, że Watts wplata w nią naukę w sposób, który nie zmusza do nerwowego zastanawiania się, o co chodzi i czy dam radę zrozumieć fabułę bez studiowania biologii. Kolejną zaletą jest, że Watts używa w narracji różnych punktów widzenia. Wprawdzie główną bohaterką powieści wydaje się być Lenie Clarke, ale jej punkt widzenia nie dominuje. Mimo ważności tej postaci dla fabuły (zdaje się, że i dla całej trylogii), mamy tu jeszcze interesujące spojrzenie wspomnianego wcześniej pedofila. Watts wrzuca czytelnika do jego głowy, pozwalając mu spojrzeć na historię także z jego perspektywy (jakkolwiek by się to nie wydawało odrażające), ale również zrozumieć go. To bardzo mocny atut tej powieści, kreacja z nienachalnym psychologicznym ładunkiem. Jest jeszcze Scanlon, który wydaje się antypatyczny (bo „widzimy” go z perspektywy jego „królików doświadczalnych”), ale to on po powrocie „na górę” odegra niebagatelną rolę w zrozumieniu w czym rzecz. Jest także typowa korporacyjna managerka, wydawałoby się, na pierwszy rzut oka, stereotypowa, ślepa, poddana myśleniu innymi kategoriami i kierująca się korporacyjną bezwzględnością. Reasumując, każdej na pozór oczywistej kreacji bohatera zaczyna w końcu towarzyszyć jakieś „ale…”. Mnie się to bardzo podobało, bo wytrącało z pewnych kolein, oczywistości w postrzeganiu kolejnych bohaterów. Ale, patrząc z krótkiej perspektywy czasu, jaki upłynął od zakończenia lektury, czy taki zabieg nie będzie wprowadzał konfuzji w odbiór całej fabuły?

Jak wspomniałem, nie miałem wrażenia, że powieść jest przeładowana konceptami naukowymi. Podobnie, jak w „Ślepowidzeniu” odczuwałem głód związany z chęcią poznania świata „ponad”. Te kąski, które rzuca Watts, są smakowite i rozpalające wyobraźnię (choćby motyw ze „sztuczną inteligencją”, ale akurat tu nie sposób być nieusatysfakcjonowanym w finale). Prawdopodobnie, sądząc po finale, w kolejnych powieściach może zostać to z naddatkiem wynagrodzone. Zarzut, jaki można postawić fabule, sprowadza się tylko do tego, że pod koniec powieści bardzo dużo się dzieje (czy zaczyna dziać), w stosunku do dotychczasowego przebiegu akcji. Taka akceleracja wydarzeń wprowadziła nieco zamętu i może grozić oskarżeniem o pospieszne zakończenie – ale nie ode mnie. Ja czekam z ogromną niecierpliwością na kolejne części. „Rozgwiazda”, mimo że jest powieścią stosunkowo niemłodą (z 1999 r.) może być, według mnie, bardzo jasnym literackim wydarzeniem tego roku w Polsce, gdzie przekładów zachodniej science fiction wysokich lotów nie ma zbyt dużo. Dlatego też należy chuchać i dmuchać, aby powieść ta odniosła sukces na tyle wyraźny, aby wydawcy opłacało się kontynuować.

„Rozgwiazda”, mimo że poprzedza „Ślepowidzenie”, udowadnia, że Peter Watts to doskonały, przemyślany, kreatywny pisarz. Wypada tym goręcej życzyć mu powrotu do zdrowia i ukończenia aktualnych projektów. Nie wątpię, że będą one wydarzeniami.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Ars Machina
Tytuł oryginału: Starfish
Tłumaczenie: Dominika Rycerz-Jakubiec
Data wydania: 8 kwietnia 2011
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 1999
Liczba stron: 370
Tom cyklu: 1

This entry was posted on piątek, 22 kwietnia, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

4 komentarze to “„Rozgwiazda” – Peter Watts”

  1. ciekawe tylko dlaczego polscy wydawcy biorąc za darmo teksty (licencja creative commons) kasują za te książki jak za zboże

    ślepowiedzenie kupiłem przez przypadek na wyprzedaży książkowej za pół ceny oryginalnej.. niezła literatura (nie jestem jakimś nerdem s-f). teraz będę polował na rozgwiazdę;-)

  2. Koszty tłumaczenia, korekty, wydania i aby coś dla nich zostało na zakup licencji do pozostałych książek 🙂

  3. „ciekawe tylko dlaczego polscy wydawcy biorąc za darmo teksty (licencja creative commons) kasują za te książki jak za zboże”

    Co to za bzdury?

  4. @stukupuku: to, że autor udostępnia swoje teksty na licencji CC nie oznacza, że polski wydawca bierze sobie ów tekst i dowolnie nim dysponuje. Gdyby tak było, MAG prawdopodobnie sięgnąłby po tę pozycję już jakiś czas temu. Za licencję trzeba zapłacić normalnie, jak za każdą inną książkę.