Są książki, które zachwycają mnie od pierwszej strony, są takie, do których przekonuję się stopniowo, podczas lektury, są też takie, które w trakcie czytania nie robią na mnie wielkiego wrażenia, ale po ich zakończeniu okazuje się, że jakoś we mnie utkwiły, nie mogę przestać o nich myśleć, prowokują, dręczą, uwierają. Taką pozycją okazało się dla mnie Miasto szaleńców i świętych Jeffa VanderMeera. Sięgnęłam po nie, gdyż nie chciałam zaczynać spotkania z Ambergris od środka, a w kolejce czekało Shriek:Posłowie; w międzyczasie ukazała się też kolejna pozycja osadzona w tym samym uniwersum, a mianowicie Finch. Obie wydane w ukochanej przeze mnie serii Uczta Wyobraźni.

Utwór VanderMeera trudno zakwalifikować gatunkowo. Nie jest to bowiem powieść, prędzej zbiór opowiadań, ale to określenie również nie oddaje bogactwa zebranych w opasłym tomie form. Mamy więc Księgę Ambergris, 333 strony, w skład których wchodzi wstęp Michaela Moorcocka Istota VanderMeera, cudowny Zakochany Dradin (tekst, w którym z kolei ja się zakochałam), a także Hoegbottoński przewodnik po wczesnej historii miasta Ambergris autorstwa jednej z postaci, Duncana Shrieka, następnie Przemiana Martina Lake’a i chyba najbardziej zbijający z tropu Niezwykły przypadek Iksa. Te pięć tekstów same w sobie budują niezwykły obraz miasta Ambergris, fragmentaryczny, oniryczny, umieszczony gdzieś między jawą a snem szaleńca zamkniętego w domu dla obłąkanych. Drugą część książki stanowi Apend-iks (rewelacyjna gra słów z zastosowaniem łącznika), będący dodatkiem i uzupełnieniem, jak sama nazwa wskazuje, a składający się z papierów znalezionych w pokoju Iksa. I tu nieokiełznana wyobraźnia VanderMeera wybucha ponownie z ogromną mocą. Listy, notatki, opowiadania autorów ambergriańskich, rozprawa naukowa z pełną bibliografią, historia rodziny, Glosariusz Ambergriański, – wszystko to zagościło na kolejnych stronach, które nie są nawet policzone. Bogactwo form, podkreślone zmieniającą się czcionką (wszystkie jej kroje zostają zresztą pieczołowicie opisane w końcowych przypisach) tworzy niepowtarzalny konglomerat, z którego wyłania się obraz tytułowego miasta.

Wizja Ambergris – miasta, które zdobyli uciekający przed silniejszym dowódcą piraci pod wodzą Manzikerta, jak przedstawia Duncan Shriek, miasta zamieszkałego przez grzybian, Szare Kapelusze, dziwną rasę, która zupełnie nie broniła się przed agresją najeźdźców. Tylko czy na pewno? A Cisza? Dramatyczne wydarzenie, które spowodowało zniknięcie wielu tysięcy mieszkańców miasta; a przedziwne zdarzenia podczas Festiwalu Słodkowodnych Kałamarnic? Sama dałam się uwieść rzucanym tu i ówdzie sugestiom, aluzjom, plotkom. Z kolejnych tekstów układała mi się przed oczami niezwykle skomplikowana mozaika historii tego miejsca i jego mieszkańców. W labiryncie opowieści o Ambergris można łatwo się zagubić jak w podziemnych korytarzach pod miastem. Właściwie niemożliwe jest określenie, co jest tu prawdą (dziwne słowo odnoszące się do fikcyjnego świata), a co złudzeniem, fikcją, mistyfikacją. Wielopoziomowa, kunsztowna kompozycja utworu oszałamia, a czasem przytłacza. Być może to było powodem mojego początkowego oporu wobec książki, którą oceniłam chyba niżej niż na to zasługuje. Bo im więcej o Ambergris myślę, tym bardziej mnie to miasto fascynuje.

Z fragmentarycznych opowieści wyłania się miejsce, które zamieszkują przede wszystkim artyści, ale też naukowcy, kapłani, kupcy. Jest to miejsce, w którym kłótnie między zwolennikami i przeciwnikami wielkiego kompozytora prowadzą do zamieszek na wielką skalę, a jednym z ważniejszych punktów na mapie miasta jest księgarnia. Poznajemy strzępki informacji na temat życia poszczególnych postaci z ich własnych relacji, z opowieści innych, nakładają się na siebie różne wersje, oczywiście zupełnie odmienne. W Ambergris nic nie jest pewne, nawet to, czy miasto istnieje czy może jest tylko wizją szalonego umysłu. Taka eksperymentalna proza może zachwycać, ale też odrzucać. Osobiście dałam się uwieść miastu dopiero po zakończeniu czytania utworu. Dziwny, ponury klimat, pełen wilgoci, nieokreślonego lęku przed nieznanym, ukrywającym się w cieniu nocy, powoduje dreszcz niepokoju. Proza VanderMeera aż kipi od bogactwa form, styl jest bardzo ozdobny, erudycyjny. To nie jest łatwa lektura, ale sądzę, że warto dać się zaprosić na wędrówkę Bulwarem Albumuth, przysiąść nad brzegiem rzeki Moth, by wypatrywać Króla Kałamarnic (choć to dość ryzykowne zajęcie), zajrzeć do Księgarni Borges i do Dzielnicy Religijnej, posiedzieć w „Sporze Szarego Kapelusza” lub „Pijanej Łodzi”, wziąć udział w Festiwalu Słodkowodnych Kałamarnic (również na własne ryzyko). Atrakcji w Ambergris na pewno nie zabraknie. I strzeżcie się Szarych Kapeluszy.

Autor: Monika „Urshana” Kałążna

Wydawnictwo: Solaris
Tytuł oryginału: City of Saints and Madmen
Tłumaczenie: Jolanta Pers, Konrad Kozłowski
Data wydania: 13 maja 2008
ISBN: 83-89951-88-6
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 720
Tom cyklu: 1

This entry was posted on poniedziałek, Czerwiec 20th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

2 komentarze to “„Miasto szaleńców i świętych” – Jeff VanderMeer”

  1. Ambergris, nie Ambergis.

  2. Dzięki toto, masz rację oczywiście, to moja wina, tak to jest, że jak raz się utrwali jakiś wyraz w błędnym odczytaniu, to się go potem już nie czyta inaczej. Nie wiem skąd mi się wzięła przekręcona nazwa miasta, postaram się to zmienić.