Nieoczekiwanie dla mnie (bo straciłem wszelką nadzieję) na polski rynek trafiły dwie nowelki Alastaira Reynoldsa osadzone w uniwersum z Przestrzeni Objawienia. Z zasadniczą fabułą wokół której koncentrują się inne powieści osadzone w tym uniwersum (Przestrzeń Objawienia, Arka odkupienia, Otchłań rozgrzeszenia, Migotliwa Wstęga) nowelki te nie mają nic wspólnego, tak, jak w przypadku powieści Prefekt, łączy je tylko wspomniane umiejscowienie. Można je swobodnie czytać bez znajomości wyżej wymienionych tytułów. Aczkolwiek uważam, że większą frajdę może mieć czytelnik, który już tamte powieści zna.

Alastair Reynolds zarówno w nowelkach, jak i w Prefekcie, czy w nieznanym jeszcze w polskim przekładzie zbiorze opowiadań pod tytułem Galactic North, eksploruje wykreowany przez siebie wszechświat. Wychodzi mu to bardzo udanie i atrakcyjnie. Czytając Przestrzeń Objawienia a potem Migotliwą Wstęgę, zawsze czułem niedosyt, kiedy pojawiała się w tych powieściach jakaś ciekawa lokalizacja, pomysł, cywilizacja (np. Żonglerzy Wzorców), czy choćby ludzkie i post-ludzkie frakcje. Było siłą tamtych powieści, że Reynolds nie tłumaczył wszystkiego czytelnikowi, nie objaśniał historii itp. Rzucane tu i ówdzie „kąski” rozbudzały wyobraźnię i ekscytowały tajemnicą. Jak udowodnił Prefekt a potwierdziły te nowelki (oraz Galactic North, gdzie nie ma chyba słabego opowiadania) – stworzone przez Reynoldsa uniwersum wciąż posiada doskonały potencjał na to, aby je eksplorować właśnie w taki sposób, skupiając się na pobocznych wątkach, czy marginalnych pomysłach, wokół których można obudować nowe fabuły. Ciekawy jestem, czy Reynolds zakończył już tę przygodę. Można się spodziewać, sądząc po jego planach literackich na następne lata, że nieprędko powróci do tego uniwersum.

Największą wadą zbiorku jest to, że obejmuje on tylko dwie nowele. I że są one krótkie. Trochę ponad dwieście stron, góra trzy godziny czytania i koniec. Akcja Diamentowych psów zaczyna się w Chasm City, pod pomnikiem Osiemdziesiątki, co pozwala czytelnikowi znającemu już uniwersum określić ogólnie czas, kiedy zaczyna się opowieść. Jej bohaterem jest Richard Swift. Zostaje zwerbowany przez starego przyjaciela do tajemniczej misji dotyczącej pewnego obiektu (artefaktu obcych) odkrytego na dalekiej planecie. W misji towarzyszyć mu będzie gromadka bardzo ciekawych osobników, podobnie jak on mających predyspozycje do rozwiązania łamigłówki. I na tym koncentruje się ten tekst, ale nie tajemnica staje się najważniejsza – raczej jej wpływ na poszczególnych bohaterów, łącznie z głównym. Opowieść pełna jest motywów znanych z fantastyki literackiej i filmowej, które Reynolds z wprawą połączył, przemielił i we frapujący sposób opowiedział. Nie wyszła mu z tego żadna nowa jakość, bo i nie było to zamierzeniem autora. Bardzo sprawnie i strawnie opowiedział zamierzoną historię i nie nudziłem się nawet przez moment. Jedyne co mnie rozczarowało to fakt, że tak szybko opowieść się skończyła. Ale, trzeba przyznać, autor dobrze odmierzył jej długość, nie ma zatem niepotrzebnych dłużyzn, czy szybkich zakończeń na łapu capu. To pozwala mi powtórzyć, że widać gołym okiem, że Reynolds warsztatowo cały czas się rozwija.

Podobnie jest w Turkusowych dniach. Akcja rozgrywa się na jednej z planet, na której istnieją oceany Żonglerów Wzorców. Bohaterką jest młoda uczona, Naqui, członkini społeczności badawczej próbującej zgłębić istotę Żonglerów. Tę spokojną, choć nie pozbawioną dramatu (wspomniana trauma głównej bohaterki), egzystencję zakłóca przybycie nowej ekipy naukowej. Oczywiście, niedługo po tym przybyciu, sytuacja zaczyna się komplikować, na jaw wychodzą ukryte motywy i cele mimowolnie wplątujące bohaterkę w pozaplanetarny kryzys, który – jak zwykle – zaważy na przyszłości położonej „na uboczu” planety. Także w tym przypadku mamy do czynienia z zamkniętą opowieścią. I choć rozgrywa się na spokojnej, niemal sielskiej planecie, ma w sobie dramat i smutek. Rysunki postaci w obydwu nowelach są ciekawe i intrygujące tajemnicą, jak zwykle skrywaną w mroku niedopowiedzenia. Obydwa teksty, choć ciekawe, doskonale skrojone, „na wymiar”, wydały mi się jednak wykrojonymi z pomysłów na większą fabułę. Być może nic z tego nie wyszło autorowi i fabuły starczyło „tylko” na nowele. A być może moje wrażenie jest całkowicie mylne, bo jednak wszystko jest w tych opowieściach na swoim miejscu, o czym pisałem. Obydwie nowelki stanowią doskonałą lekturę na jeden niespełna wieczór i pozostawiają z niedosytem i apetytem na więcej, ponieważ są doskonałymi opowieściami, w stylu Reynoldsa. I pewnie z tego bierze się kombinowanie najniżej podpisanego i szukanie „dziury w całym” – z rozczarowania, że te teksty są jednak zbyt krótkie w stosunku do czytelniczego apetytu.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Diamond Dogs. Turquoise Days
Tłumaczenie: Piotr Staniewski, Grażyna Grygiel
Data wydania: 15 kwietnia 2011
ISBN: 978-83-7480-205-5
Oprawa: miękka
Format: 115 x 155
Liczba stron: 288

This entry was posted on środa, Lipiec 27th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.