Dan Simmons to autor, który spowodował, że jeździłam z ponad dziewięciusetstronicowym tomiszczem do pracy, ciężkim jak diabli, ale tak napisanym, że nie dało się go odłożyć, by czytać w wygodniejszej pozycji i dogodniejszym miejscu. Mdlała mi ręka, ale czytałam na przystankach autobusowych, podczas jazdy i wszędzie tam, gdzie chwilka czasu pozwalała wyciągnąć książkę z torby. Ludzie patrzyli na mnie z przerażeniem, a ja, nie do końca świadoma ich spojrzeń, śledziłam z zapartym tchem zakończenie opowieści, którą rozpoczął genialny Hyperion.

Od razu mogę powiedzieć, że Triumf Endymiona jest lepszy do poprzedzającego go Endymiona. To wprawdzie bezpośrednia kontynuacja, ale jego przesłanie jest głębsze, przedstawione wydarzenia mają szerszą perspektywę i – co najważniejsze – ładnie zamyka całość określoną filozoficzną wizją wszechświata. W sposobie prezentowania wydarzeń chyba najbliżej mu do Upadku Hyperiona. Bogactwo przedstawionych światów, szybka akcja, wielki konflikt między Kościołem wspieranym przez Sztuczne Inteligencje a zwolennikami Enei, wszystko to buduje niezwykle fascynujący obraz kosmosu, w którym ludzkości przyszło żyć i walczyć o swą przyszłość.

Simmons w swoim utworze wyjaśnia między innymi czym są krzyżokształty, tajemnicza „Pustka, która łączy” i zamieszkujące ją lwy, tygrysy i niedźwiedzie, jaka jest geneza i charakter  Sztucznych Inteligencji, a także na czym polega rola Enei. Mnoży tu oczywiście religijne paralele, odwołując się do motywu Zbawiciela, ale pojawiają się też na przykład wątki buddyzmu, a przede wszystkim bardzo pozytywne przesłanie dotyczące tolerancji, rozwoju, akceptacji, empatii przeciwstawione fanatyzmowi i chęci niszczenia. Obraz harmonijnie współdziałających cywilizacji na rzecz rozwoju zielonego, żywego wszechświata może i jest naiwny, ale urzeka. Wiara autora w istniejące w myślących istotach pokłady dobra i współczucia bardzo mi odpowiada i mam nadzieję, że okaże się zaraźliwa.

Znów otrzymaliśmy dzieło filozoficzne, które doskonale wpisuje się w konwencję literatury science fiction, ale pozwala na odczytanie na kilku poziomach, a nie ogranicza się do przygód bohaterów w kosmosie. Filozofia nie przysłania jednak faktu, że mamy do czynienia z niezwykle przemyślanym i bardzo bogatym światem przedstawionym, który ma nam wiele do zaoferowania. Opisy poszczególnych planet zachwycają i na długo zapadają w pamięć. Zarówno przeniknięte klimatem Dalekiego Wschodu górzyste Tien Shan jak niezwykłość gazowego olbrzyma, na którego trafia Raul, na długo zapadają w pamięć.

Mamy też całą galerię postaci, które pojawiły się w poprzednich częściach, i tutaj mam pewne zastrzeżenia. Wydaje mi się, że obecność kilku z nich jest już trochę naciągana. Zamiast powrotu do dawnych bohaterów, wolałabym nowych, którzy podążą za Eneą, wierząc w jej nauki. A skoro już o bohaterach mowa, trafiłam na pewien intertekstualny smaczek, którego zapewne bym nie spostrzegła, gdyby nie polskie nazwiska. Otóż budujący wraz z Eneą Napowietrzną Świątynię na Tien Shanie noszą nazwiska autentycznych himalaistów z różnych krajów, tyle że mają pozamieniane imiona. Ten drobiazg uświadomił mi ponownie, że powieści Simmonsa naszpikowane są wręcz kulturowymi nawiązaniami, aluzjami, grami i tylko od spostrzegawczości i zaplecza odbiorcy zależy, czy uda mu się je odnaleźć, czy też przejdzie obok nich obojętnie. Stanowi to dla mnie dodatkowy atut, gdyż pozwala na pogłębiony kontakt z utworem, który wchodzi w nieustanny dialog z innymi dziełami kultury.

Fabuła nie jest skonstruowana liniowo, ale skomplikowane czasowo i przestrzennie wydarzenia nie sprawiają wrażenia chaosu. To także jest zaleta powieści Simmonsa. Nie jest ona prosta, ale czyta się ją po prostu znakomicie. Lektura Triumfu Endymiona nie spowodowała u mnie uczucia niedosytu, a po czterech tomach czuję się usatysfakcjonowana i jedyne co mi pozostaje, to szukać innych utworów tegoż autora. Jak do tej pory chyba nie udało mu się stworzyć dzieła, które powtórzyłoby sukces Hyperiona, ale zawsze można mieć nadzieję.

Autor: Monika „Urshana” Czeczot

Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: The Rise of Endymion
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Data wydania: 17 czerwca 2009
ISBN: 978-83-7480-122-5
Oprawa: twarda
Format: 125 x 195
Liczba stron: 928

This entry was posted on sobota, Lipiec 30th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

3 komentarze to “„Triumf Edymiona” – Dan Simmons”

  1. Dlaczego wszystko co dobre musi się kończyć.. Dzisiaj właśnie skończyłem czytać Triumf Endymiona i muszę przyznać że nie mogłem się od niej oderwać. Ciągle jestem pod wielkim jej wrażeniem. Bohaterowie mocno zainteresowali, że chciałoby się poznać ich kolejne losy, nawet jakby to miała być książa o tym pobycie dwu letnim na Ziemi. Cięzko coś więcej napisać bo dopiero kilka godzin temu zakończyłem czytać, ale już wiem, że wkrótce rozpoczne cykl jeszcze raz..

  2. Cieszę się, że jeden z moich ulubionych autorów tak bardzo podbił Twoje serce. Wprawdzie jak dla mnie to „Hyperion” jest najgenialniejszą częścią cyklu, ale inne powieści też sprawiły mi dużą frajdę podczas czytania. Ja z kolei czekam na kolejne utwory Simmonsa i mam nadzieję, że będą równie fascynujące.

  3. Ja wczoraj skończyłem czytać ostatni tom, mam 22 lata a płakałem jak dziecko, w sumie to druga książka która tak na mnie podziałała, sam nie wiem czemu, czytałem o tylu śmierciach, ale śmierć enei poruszyła mną najmocniej i jej ostatnie słowa do ukochanego, i to ze według niej po śmierci nic niema, na miejscu raula nie pozwoliłbym aby po tych 2 latach na ziemi wróciła do przeszłości, i niech się cały kosmos zwali mu na głowę ale niech jej nie puści. Najdziwniejsze jest to ze gdy znów o niej pomyślę to robi mi się smutno :/ Mimo iż książki były wspaniałe to nie chce wracać do nich ech..