Jeśli przed lekturą książki poszuka się informacji o jej autorze, wyłoni się z nich obraz młodego i co najważniejsze – obiecującego pisarza. Idąc po kolei, Charles Yu za zbiór opowiadań „Third Class Superhero” otrzymał w 2007 roku nagrodę National Book Award i został zaliczony do pięciu najlepiej zapowiadających się twórców młodego pokolenia. Jego debiutancka powieść „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie”, która właśnie wchodzi do polskich księgarni, została nominowana do nagrody im. Johna W. Campbella, zbierając, co w takim wypadku nie dziwi, pozytywne recenzje. Z próbką jego twórczości polscy czytelnicy mogli zapoznać się dzięki lipcowemu wydaniu Nowej Fantastyki – w nim znalazło się krótkie opowiadanie „Standardowy zestaw samotności”. Nagrody nagrodami, ale to dzięki lekturze tego tekstu zerknęłam z ciekawością na twórczość tego pisarza i sięgnęłam po trochę dłuższą formę. Czy wrażenia zostały równie pozytywne jak miało to miejsce w przypadku opowiadania? O tym za chwilę.

Charles Yu, tym razem nie autor tylko główny bohater książki, jest technikiem sieciowym osobistych wehikułów czasu. Akcja powieści ma miejsce we wszechświecie noszącym nazwę TM-31. Świat ten, jak szybko czytelnik może się przekonać, pozostawia wiele do życzenia – niekompletny, niedokończony, pozostawiony przez swojego pomysłodawcę, gdzie fizyka została zainstalowana w 93 procentach, przez co można czasami doświadczyć czegoś nieprzewidzianego. W tym miejscu ludzie wynajmują wehikuły czasu i kierują się w stronę przeszłości w celu zmiany czy małej korekty minionych wydarzeń ze swojego życia, co rzadko kiedy wychodzi im na dobre. Wpadają w różnego rodzaju tarapaty i wtedy z pomocą przychodzi nasz główny bohater, Charles Yu. On sam żyje w swoim wehikule czasu nastawionym na czas teraźniejszy nieokreślony. Za towarzystwo wystarcza mu Tammy oraz Ed. Tammy to program operacyjny, o kształtnych liniach pikseli, kasztanowych włosach, miłym głosie oraz skłonnościami depresyjnymi i co za tym idzie – częstą ochotą do płaczu nad byle drobiazgiem. Ed to pies, który praktycznie rzecz biorąc nie istnieje, ale ontologicznie jest spójny. Nie można zapomnieć też o szefie Charlesa, Philu. To program komputerowy, który uważa się za człowieka z krwi i kości, przy każdej okazji opowiada o swoich problemach w domu czy zaprasza naszego bohatera na piwo. Pozostała jeszcze rodzina głównego bohatera, która nie należy do najszczęśliwszych – matka zamknęła się w 60 minutowej pętli i przeżywa tę samą sekwencję wciąż i wciąż, a ojciec zaginął podczas pracy nad wehikułami czasu. Charles stara się go odnaleźć, ale szybko wpada w tarapaty – strzela do przyszłego siebie i nieuchronnie wpada w niebezpieczną pętlę czasową.

Brzmi odrobinę zwariowanie? I takie właśnie jest, przez całą książkę nie zmniejsza się choćby na chwilę. Ale to nie kwestia podróży w czasie, po pokręconym wszechświecie jest tutaj motywem głównym. Ten aspekt stanowi tylko tło, pełni rolę swoistej scenografii dla innej opowieści – próby odnowienia i odbudowania relacji na linii ojciec – syn. Razem z bohaterem przyglądamy się jego dzieciństwu, później okresowi dojrzewania, aż do momentu kiedy ojciec znika z jego życia. Ta druga podróż wydaje się być o wiele bardziej skomplikowana i dramatyczna od tej chciałoby się powiedzieć, normalnej. Jest próbą wniknięcia w głąb ludzkiej duszy, w celu zobaczenia co tak naprawdę kryje się na jej dnie. Bo bohaterowie powieści „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” są podobnie jak świat, w którym przyszło im egzystować, niekompletni, jakby niedokończeni, gdzieś coś w kółko nie działa tak jak powinno.

Postać, którą kreuje Charles Yu w książce jest podobna do tej, z jaką mieliśmy do czynienia w „Standardowym zestawie samotności”. Zdobycze techniki, które mają na celu ułatwienie życia, nie dają satysfakcji tym, których spotykamy na kartach powieści. Ci są jakby zagubieni, wykonują po prostu swoją pracę, starając się jakoś przeżyć kolejne dni. Zmęczeni, tacy właśnie niekompletni, rozbici i przede wszystkim samotni.

Czytając te dwa akapity można dojść do wniosku, że autor przedstawia strasznie pesymistyczny obraz człowieka i jego zmagań. Przemyca poważne tematy i związane z nimi pytania pod płaszczem nieco zwariowanej opowieści ze śmiechem gdzieś w tle. I to ten element sprawia, że ta powieść po odłożeniu jej na półkę pozostaje w pamięci na dłużej. Sama koncepcja wehikułów czasu wysyłanych w przeszłość, mimo że sympatyczna, nie pozostawiłaby zbyt wyraźnego po sobie śladu, inna byłaby również końcowa ocena tej książki. A tak pod powierzchnią znajdujemy interesujące prądy, które nie do końca pozwalają przejść nad sprawą zupełnie obojętnie. A obdarzenie głównego bohatera imieniem i nazwiskiem autora wskazuje na pewien rodzaj autobiograficznej refleksji.

Z ostateczną oceną książki mam niejaki problem, bo nie nazwę tej książki mianem wybitnej. Nie było w niej nic co przykułoby mnie na dłuższy czas. Obyło się również bez wypieków na twarzy podczas lektury. Z drugiej strony jej drugie dno, o którym wspomniałam wyżej sprawia, że nie można jej jednoznacznie skwitować jako pozycji nieudanej. Czy więc warto po nią sięgnąć? Odpowiedź będzie mimo wszystko twierdząca.

Autor: Maria „Metzli” Roszkowska

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tytuł oryginału: How to Live Safely in a Science Fictional Universe
Tłumaczenie: Joanna i Adam Skalscy
Data wydania: 4 sierpnia 2011
ISBN: 978-83-7648-845-5
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 280
Seria: Nowa Fantastyka

This entry was posted on czwartek, Sierpień 4th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.