Kamienna Ćma to debiutancka powieść Pawła Matuszka. Redaktor naczelny polskiej edycji Fantasy & Science Fiction przedstawia nam efekt kilkuletniej pracy literackiej – ideę Lopterus Press, według której przestrzeń wizualna książki – typograficzna i ilustracyjna – jest równie ważna, co przestrzeń werbalna – słowna. Już samo to wyróżnia Kamienną Ćmę, otwierając pole do dyskusji o literaturze i jej zastosowaniach, jednakże autor idzie dalej i serwuje nam, jak sam mówi, „wyzwanie dla czytelnika”¹, literacki rebus. Spróbowałem i… nie jestem przekonany.

Zacznijmy od Lopterus Press i kwestii raczej formalnej – skoro strona wizualna ma uzupełniać słowo pisane, to czy nie należałoby w tym wypadku na okładce jako współautora umieścić również twórcę ilustracji? Pod względem estetycznym, książka prezentuje się znakomicie: twarda oprawa, spore wymiary (135×202), duża czcionka. Wyglądem przywodzi na myśl książki dla dzieci. Temu skojarzeniu sprzyja ilustrowana „książka w książce” oraz charakterystyczny krój czcionki dla wypowiedzi poszczególnych postaci.

Niemniej daleki jestem od ekscytowania się niecodzienną formą powieści. Użyte środki nie są nowe (autor sam przyznaje, że „prochu nie wymyślił”¹) i dla mnie stanowią jedynie udziwnienie, ot, zabawę formą. Nie dostrzegam ich głębszego sensu i jestem przekonany, że bez udziału idei Lopterus Press książka byłaby tym samym, czym jest obecnie.

Czytelnik od razu rzucony jest na głęboką wodę – trafia w miejsce, które równie dobrze mogłoby być odległą w czasie Ziemią jak i zupełnie obcą planetą, pomiędzy dziwaczne rasy i nieznane zwroty, których znaczeń domyśli się, albo z czasem pozna. Beddeos, protagonista utworu, mieszka w wieży strażniczej na pustkowiu. Nie wie, kim ani gdzie jest, za towarzysza i przewodnika ma Tyfona – mechanicznego pomocnika, opiekuna strażnicy. Autor nie precyzuje niczego, zostawiając odkrywanie prawdy o świecie Beddeosowi i odbiorcy historii. W trakcie poznawania rzeczywistości czytelnik zbiera elementy układanki, lecz gdy tylko zaczyna wyłaniać się z tego jakiś obraz, znajomy schemat, wszystko okazuje się złudzeniem, kolejnym cieniem w jaskini.

Im dalej w powieść, tym więcej dowiadujemy się o świecie i jego historii, tym więcej „prawd” o rzeczywistości zostaje odkrytych. Wraz ze zbliżaniem się do końca lektury tempo wydarzeń narasta, aczkolwiek nie wydaje mi się, żeby służyło to książce. Nasycenie pomysłów na tak niewielkiej ilości stron jest zbyt duże, w efekcie czego kolejne wątki stają się tylko akcesoriami, elementami tła, zaś bohater miotany jest od jednego odkrycia/poznania do drugiego.

Kamienna Ćma jest bogata w treści. Trudno mi zdecydować, czy autor nie popełnił tutaj typowego dla debiutu błędu – wrzucenia wszystkich pomysłów, które zbyt długo chodziły mu po głowie. Z jednej strony, o ile jestem w stanie stwierdzić po pierwszym czytaniu, powieść jest spójna, ma podparcie w psychologii i znajduje uzasadnienie w filozofii wschodu, z której autor czerpał. Znając zakończenie i klucz utworu, poszczególne wydarzenia układają się w logiczną całość zarówno na podłożu psychologicznym (np. znaczenie Tyfona) jak też filozoficznym (pasuje do tego zarówno Jaskinia Platona, jak i faustowski „na początku był czyn”)

Lecz z drugiej strony, ta mnogość znaczeń utrudnia zrozumienie tego, „co autor chciał powiedzieć”, rozprasza czytelniczą uwagę. Pod tym względem książka przypomina skrzynię z zabawkami, wyciąga się jedną, bawi przez chwilę i odrzuca, bo nowa wygląda ciekawiej. Po części właśnie z tego powodu fabuła nie potrafiła mnie wciągnąć.

Największy problem Kamiennej Ćmy tkwi wszelako w warstwie językowej. Autor jest redaktorem i to widać – dawno nie spotkałem tak poprawnie napisanej książki, mimo tego proza Pawła Matuszka nie porywa, jest sucha. Najważniejszym elementem powieści są dialogi, w nich przekazywana jest wiedza o świecie, zaś pytania i odpowiedzi (a szczególnie właściwe pytania) są istotne dla posunięcia fabuły. A jednak dialogi kompletnie nie wywołują emocji, wręcz męczą. Podobny problem istnieje w opisie – poprawność, ale bez wyrazu (w pamięci utkwiło mi jedynie porównanie: „ucieszył się jak mały chłopiec, który odkrył, że światło chroni przed potworami z szafy”). Bezpośrednio przekłada się to na postacie – trudno interesować się losem Beddeosa, gdy sam bohater jest bezbarwny.

W autorskich założeniach Kamienna Ćma miała być grą z czytelnikiem, wieloznacznym rebusem, wymagającym więcej niż jednego podejścia. Niestety autor nie przekonał mnie do udziału w tej grze. Początkowo, gdy akcja dopiero się zawiązywała, byłem ciekawy świata i bohatera. Ale w trakcie lektury moje zainteresowanie słabło, gdy autor ucinał interesująco się zapowiadające wątki, zaś bohaterowie-pacynki wygłaszali bez przekonania swoje kwestie. Całości dopełnił Beddeos, który do ostatniej strony nie wzbudził ani sympatii, ani antypatii – śledziłem jego losy z obowiązku. W efekcie książka bardziej męczy niż ciekawi. Można powiedzieć, że „ćmi się zaledwie, zamiast błysnąć iskrą lub literackim płomieniem” i nawet Lopterus Press nie wynagrodzi nudy, jaka towarzyszyła lekturze. Pozostaje mieć nadzieję, że następne książki autora będą pisane bardziej z serca niż rozumu, bogatsze w emocje.

___________________________

¹ http://czat.wp.pl/id_czata,3799,zapisvideo.html

Autor: Tomasz „Tixon” Lisaj

Wydawnictwo: Mag
Data wydania: 8 lipca 2011
ISBN: 978-83-7480-217-8
Oprawa: twarda
Format: 135 x 202
Liczba stron: 208

This entry was posted on środa, Sierpień 10th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.