Nie będę ukrywał, że do „Czarnej Kompanii” żywię wielką sympatię. Poznanie całej serii zajęło kilka lat podchodów i poszukiwań, zwieńczonych w końcu sukcesem. Nie obyło się to jednak bez pomocy znajomych i Internetu (oby nigdy więcej, jestem ze starej generacji przyzwyczajonej do zapachu i dotyku papieru, elektroniczne literki mnie męczą). Dlatego bardzo mnie ucieszyła decyzja Rebisu o wznowieniu cyklu, w dodatku w zbiorczym wydaniu. I tak w skład pierwszego rozdziału przygód najemników wchodzą tomy: „Czarna Kompania”, „Cień w ukryciu” i „Biała Róża”, składające się na Księgi Północy.

Zanim przejdę do fabuły, słów kilka o świecie akcji. Powieść toczy się w wymyślonym przez Cooka uniwersum, w którym władza często znajduje się w rękach czarnoksiężników o mocy ponad pojęcie zwykłych śmiertelników. Jednak im potężniejszą mocą czarnoksiężnik włada, tym większy wzbudza strach i nienawiść zarówno wśród nieprzyjaciół jak i sojuszników, co jest przyczyną licznych wojen. Dlatego każdy z magów jest w jakimś stopniu paranoikiem – ukrywa swe prawdziwie imię, otacza się zaklęciami na każdą sytuację, wielokrotnie oszukuje śmierć.

Głównym bohaterem cyklu jest tytułowa Czarna Kompania, ostatnia Wolna Kompania wywodząca swe korzenie z mitycznego Khatovaru. Na tle innych ugrupowań czy armii, wyróżnia się tradycją, sięgająca kilku wieków wstecz, oraz poczuciem braterstwa i przynależności do wyjątkowej grupy. Z racji niewielkiej liczebności nie jest to typowy oddział frontowy, bliżej mu do oddziałów specjalnych, nad otwarte starcie preferuje niespodziewane ataki z zaskoczenia, zasadzki i uderzenia w ośrodki kierownicze – dowódców. Kiedy wojna dobiega końca, inne jednostki zostają rozwiązane, a żołnierze wracają do dawnego życia, Czarna Kompania rusza dalej, szukając kolejnego zleceniodawcy. Przyłączając się do niej, kandydat zostawia za sobą swe stare życie i przyjmując symbolicznie nowe imię, wchodzi do nowej rodziny.

Sercem Kompanii, stanowiącym o jej tożsamości są kroniki. Jest to, oprócz jej historii (niepełnej, najstarsze tomy zaginęły podczas licznych walk), także podręcznik strategii, zbiór manewrów i sztuczek, które zostały kiedyś zastosowane. Kronikarz sprawuje pieczę nad księgami, spisuje bieżące dzieje oddziału, i to on jest narratorem powieści.

Akcja książki rozpoczyna się w starożytnym mieście Berylu, w którym Czarna Kompania jest na służbie władcy miasta – Syndyka, chroniąc go przed politycznymi rywalami (tak zwanymi Niebieskimi) i niezdyscyplinowanymi kohortami miejskimi. Rola straży miejskiej nie przypadła żołnierzom do gustu – „płaca dobra, ale praca nie radowała duszy”. W dodatku są celem ciągłych ataków Niebieskich, a jakby tego było mało, nieznośne upały czynią Beryl beczką z prochem, która lada moment może wybuchnąć.

Dlatego też, kiedy tylko pojawia się okazja rozwiązania kontraktu, Kompania na to przystaje. Nowym zleceniodawcą jest Legat Północnego Imperium, rządzonego twardą ręką przez Panią, która jest – jeśli wierzyć legendom – ucieleśnieniem wszelkiego zła. Kiedyś, wraz z mężem, Dominatorem, stworzyli imperium zła, a czasy ich potęgi nazwano Dominacją. Zostali jednak pokonani przez kobietę-generała – Białą Różę i uwięzieni w zaczarowanym kurhanie. Teraz jednak Pani udało się wydostać na wolność (notabene dbając o to, aby mąż nie podążył w jej ślady) i, poetycko mówiąc, próbuje pochwycić świat w swe ramiona. A Czarna Kompania ma jej w tym dopomóc.

W czasach, w których „Czarna Kompania” powstawała, popularnością cieszyły się utwory czerpiące pełnymi garściami z dorobku Tolkiena (Eddings, Brooks) i echa tego widać również w prozie Cooka: „sauronowy” zły, siedzący w swej wieży z gromadą pojmanych pomniejszych czarnoksiężników – Schwytanych, odpowiedników Nazguli. Ale jest to bardziej dialog z twórcą Władcy Pierścieni, przewrotne odwracanie schematów, niż ścisłe wzornictwo: tutejszy „Sauron” jest kobietą, buntownikom nie przyświecają szlachetne idee, po prostu sami chcą zająć najwyższe stanowsko, zaś Schwytani, miast być posłusznymi niewolnikami, rozgrywają między sobą gierki i intrygi. Najistotniejszą jednak różnicą jest przedstawienie zła jako wypadkowych działań postaci i ‘propagandy’. Z naciskiem na to drugie, bo o większości wydarzeń jedynie słyszymy.

Zerwanie z tolkienowską konwencją to jeden z powodów sukcesu „Czarnej Kompanii”, drugą jest wiarygodność w opisie kompanii i jej członków. Wyraźnie widać, że pod względem zachowań postaci nie jest to licentia poetica, że autor czerpał z własnych doświadczeń (o czym zresztą wspomina w wywiadzie dla Strange Horizons¹).

Jak już wspomniałem, narratorem powieści jest kronikarz Czarnej Kompanii – Konował, pełniący również funkcję medyka. Konował to cynik z zawodu oraz romantyk z natury, poszukiwacz tajemnic w wolnym czasie, marzący o poznaniu brakujących kart w historii Kompanii i dotarciu do mitycznego Khatovaru. Prowadzi on narrację w formie pierwszoosobowej, przedstawiając czytelnikowi tylko to, co on sam wie, bądź się domyślił.
Przyjęty styl pozwolił wykreować ciekawych i tajemniczych bohaterów (jak choćby Kruk, Milczek, Kapitan). Czarna Kompania nie pyta o przeszłość, więc o tożsamości braci wiadomo tyle, co sami powiedzieli, bądź co Konował wywnioskował z ich zachowania i sposobu bycia. Najlepiej to widać, gdy któryś z braci ginie – chociaż jest to tylko imię zapisane ku pamięci, pod nim kryje się człowiek, za którym czytelnik może na równi z kronikarzem odczuć żal. Autorowi należą się za to brawa.

Na uwagę zasługują również Schwytani – są potężni i groźni, ale każdy musiał czymś zapłacić za swoją moc: szaleństwem, niepowstrzymywanym wyciem, odrażającym wyglądem. Każdy z nich jest nieprzewidywalny w swych poczynaniach i intrygach, miejscami można się zastanawiać, czemu Pani ciągle ich toleruje. Sama zaś władczyni jest postacią równie mroczną, jak fascynującą. Każde spotkanie z nią to wyjątkowo emocjonujące przeżycie.

Cook unika pustosłowia. Bohaterowie określani są zwykle paroma przymiotnikami i jest to zazwyczaj stwierdzenie faktu, który czytelnik zaobserwował (bądź zaobserwuje), więcej informacji na ich temat ukrytych jest między wierszami, w rozmowie czy dygresji, co wymaga skupionej uwagi podczas lektury. Równie minimalną formę maja dialogi, zwykle cięte i pełne sarkazmu, jak przystało na zawodowych zabijaków.

Nowe zbiorcze wydanie „Czarnej Kompanii” robi wrażenie. Wreszcie sensownie dopasowana okładka w klimacie książki (to co było wcześniej zaprezentowane na okładce „Białej Róży” woła o pomstę), blurb nie zdradza fabuły w tak oczywisty sposób. Wyraźnie poprawiono tłumaczenie, już na pierwszy rzut oka zdania brzmią lepiej, ujednolicono również nazwy i imiona, część postaci dostała inne miana: Lichwiarz zamienia się w Zdziercę, Hagop w Wypieracza, Płótno w Twardzieja (co brzmi znacznie gorzej, jednak w oryginale zwał się Harden). Ogólnie w kwestii wydania – twardej okładki nie ma, ale i tak jest dobrze.

Pomimo swoich zalet, cykl o Czarnej Kompanii nie musi przypaść do gustu każdemu. Przedstawia on cyniczny świat pozbawiony nadziei, gdzie na miejsce jednego zabitego łotra pojawia się dwóch jeszcze gorszych. Motywem przewodnim jest oklepany już w fantasy wątek walki ze złem, chociaż przedstawiony w przewrotny sposób. Niemniej jest to kawał znakomitego czytadła, pierwsza liga w swojej klasie i źródło inspiracji dla następnego pokolenia pisarzy. Jeżeli ktoś lubi żołnierskie klimaty i/lub zaczytywał się w prozie Eriksona, powinien być w pełni usatysfakcjonowany lekturą Kronik. A to dopiero początek.

___________________________

¹ http://www.strangehorizons.com/2005/20050117/cook-int-a.shtml

Autor: Tomasz „Tixon” Lisaj

Wydawnictwo: Rebis
Tytuł oryginału: The Black Company, Shadows Linger, The White Rose
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski, Beata Jankowska-Rosadzińska
Data wydania: 17 listopada 2009
ISBN: 978-83-7510-467-7
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 150 x 225
Liczba stron: 920
Tom cyklu: 1

This entry was posted on środa, Sierpień 31st, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.