„Koło Czasu obraca się, a Wieki nadchodzą i mijają, pozostawiając wspomnienia, które stają się legendą. Legenda staje się mitem, ale nawet mit jest już dawno zapomniany, kiedy nadchodzi Wiek, który go zrodził. W jednym z Wieków, zwanych przez niektórych Trzecim Wiekiem, Wiekiem który dopiero nadejdzie, Wiekiem dawno już minionym, wokół alabastrowej iglicy zwanej Białą Wieżą zerwał się wiatr. Wiatr ten nie był prawdziwym początkiem. W obrotach Koła Czasu nie istnieją ani początki ani zakończenia. Niemniej był to jakiś początek”.

Ten charakterystyczny, nieco modyfikowany w każdym tomie, urokliwy wstęp wprowadza nas w kolejną odsłonę jednego z najdłuższych (może i najdłuższego) cykli fantasy na świecie, który bodaj od 1990 r. elektryzuje wielu fanów. Większość z nich, jak podpisany, zdążyła w tym czasie skończyć podstawówkę, liceum, studia i zacząć karierę zawodową. Popularność cyklu nie pospieszała Roberta Jordana, który zapewne chciał ją wykorzystać komercyjnie do końca. Paradoksalnie, choć skutkowało to kilkoma naprawdę słabymi tomami prowadziło jednocześnie do monumentalnej, literackiej rozbudowy wykreowanego świata. Któż potrafi zliczyć wszystkich (poza oczywistymi głównymi) bohaterów tej powieści, których losy wplatały się w obroty tytułowego Koła Czasu? Robert Jordan umarł i nie doczekał finału swojej sagi, a zakończenie cyklu spadło na barki Brandona Sandersona, który musiał się uporać z olbrzymim wyzwaniem, jakim było ogarnięcie fabuły i skierowanie jej na finałowe tory. „Pomruki Burzy” to pierwszy z trzech ostatnich tomów. I rzec trzeba krótko: jest to tom bardzo udany.

Przede wszystkim jest on opasły. Ponad 1000 stron z okładem czystej fabuły plus obowiązkowy glosariusz. Sanderson, jak sam zarzekał się w przedmowie, nie próbował indywidualizować „pod siebie” dotychczasowego stylu i chciał zachować styl Roberta Jordana. Choć, i tu będę złośliwy, poza rozwlekłością kilku ostatnich tomów jakiegoś charakterystycznego stylu Roberta Jordana nie jestem w stanie zidentyfikować. Na marginesie zaznaczyć należy, że przedmowę Sanderson pisał w 2009 r. i wówczas, jak sam przyznał, był już w połowie drugiego z trzech finałowych tomów. To może oznaczać, że praca już została wykonana, albo jest na finiszu. Zresztą (znowu powołam się na B. Sandersona) R. Jordan przed śmiercią pozostawił mnóstwo materiałów, które dokładnie opisywały jak potoczą się poszczególne wątki i napisał finał powieści. Jeśli trzymać się tej wersji, oznaczałoby to, że mimo oczywistego rozwadniania fabuły, sztucznego napychania jej i spowalniania akcji (gdzieś, według mnie, od „Ścieżki Sztyletów”), Jordan miał jednak plan i wiedział, dokąd zmierza. To dobra wiadomość, jak myślę.

Powieść uważam za udana jednego prostego, najważnejszego powodu: wiele się w niej dzieje. Zawsze można się zżymać, że mogłoby dziać się więcej, ale pamiętając o tym, jak akcja toczyła się od „Ścieżki Sztyletów”, ten tom to wręcz fabularny rollercoaster. A przy tym to przyspieszenie nie sprawia wrażenia sztucznego i wywołanego koniecznością zakończenia wreszcie cyklu. Wydawało mi się, że po prostu akcja osiągnęła pewien punkt kulminacyjny i nie mogło być inaczej. Jeśli tak to zaplanował Sanderson, to muszę napisać, że mu się udało w naturalny sposób przejść od Jordanowskiego lania wody do konkretów. Choć nie we wszystkim, gwoli sprawiedliwości. Wątki Perrina, czy Mata nadal wydawały mi się zapychaczami akcji. Może dlatego, że te postacie mają wyznaczone jeszcze dosyć odległe cele i dopiero w 2 i 3 tomie znajdą swój właściwy finał. Nynaeve została zepchnięta do roli statystki, lub co najwyżej postaci drugoplanowej. Podobnie Aviendha, która także „zjechała” na boczny tor. A Elayne w tym tomie pojawia się tylko we wspomnieniach. Najwięcej dzieje się w wątku Randa – co musi budzić ulgę, w końcu to główny bohater. Nie ma jakiegoś gwałtownego przełomu, ale jest kilka interesujących zwrotów akcji, z których najważniejszy wiąże się ze stosunkiem tego bohatera do kobiet. Jak wiadomo (i nie jest to spoiler) nasz Smok Odrodzony zmaga się od pewnego czasu z szaleństwem i jest do tego dosyć czuły na cierpienie kobiet. Biorąc pod uwagę, że świat wykreowany przez Jordana to domena kobiet, na ogół Herod-bab, które nie dawały sobie w kaszę dmuchać, było to trochę idiotyczne rozwiązanie. Rand się troszczył, żeby im się dobrze działo, one się wkurzały na niego, że traktuje je jak niepełnosprawne i to pozwalało Jordanowi pakować bohatera w jakieś, z mojego punktu widzenia, żenujące sytuacje, które kazały mi wątpić w dojrzałość Randa i zdolność do rzucenia rękawicy Czarnemu. Zresztą, co niestety rytualnie muszę powtórzyć przy okazji i tego tomu, męscy bohaterowie Jordana to straszne ciołki. Czasami zastanawiałem się, jakim cudem to mężczyzna może być Smokiem Odrodzonym, skoro tym światem władają kobiety, dla których mężczyźni to maskotki i każda z głównych bohaterek bardziej nadawałaby się na Smoczycę Odrodzoną, niż Rand na Smoka Odrodzonego. Jordan z tej interesującej sytuacji nie potrafił wybrnąć. I w „Pomrukach Burzy” Mat i Perrin dalej prezentują mentalność pastuchów owiec, którzy znaleźli się w nie pasujących do nich rolach i nie chcą, lub z powodu ograniczeń umysłowych, nie mogą sprostać swojej roli. W przypadku Randa w tomie tym nastąpił przełom. Czy będzie to przełom trwały, to się dopiero okaże. Ale finał powieści zwiastuje, mimo początkowego mroku, że jednak wszystko będzie zmierzać w dobrym kierunku. A może nie? Wizje, które miała Min na temat Randa są niejednoznaczne i mogą budzić niepokój co do losów głównego bohatera (zapewne celowo, aby zwycięstwo Dobra nie było takie oczywiste, ale czy na pewno?).

Interesująco zapowiada się samo finałowe starcie między Smokiem Odrodzonym a Czarnym. W zasadzie początkowo myślałem, że wszystko będzie zmierzać do finałowego „łubudu”: ogromnej bitwy ludzi i potworów, wymieszania magii i zwyczajnej rzeźni (Jordan przecież znał się na militariach i wojskowości całkiem nieźle i bardzo plastycznie bitwy opisywał). Jednak od jakiegoś czasu tu i ówdzie rzucano wprost lub aluzyjnie całkiem inne możliwości rozstrzygnięcia finału między siłami Dobra i Zła. Także w „Pomrukach Burzy” widać wyraźnie, że starcie bardziej będzie przypominało jeszcze jedną bitwę, właściwą dla tego Wieku, ale kolejną z nieskończonej ilości wcześniejszych i nie ostatnią na pewno, ale także rozgrywającą się na płaszczyźnie… hmm… mentalnej, duchowej. Niby filozoficzne próby wtłoczenia tego konfliktu w pewną cykliczność i nieuchronność nadają temu finałowi dodatkowego smaku. I tu siły Zła reprezentowane przez jednego z Przeklętych (który został wyznaczony jako Nae’blis) cechują się pewną racjonalnością i spokojem (wytrwali czytelnicy pamiętają pewne wydarzenie i nieoczekiwaną pomoc, którą Rand otrzymał od śmiertelnego wroga). Główny przeciwnik czeka po prostu, aż Rand stanie się godnym dla niego partnerem w zbliżającym się Armageddonie (inaczej nie można wytłumaczyć faktu, że Rand wciąż żyje). To całkiem interesujące i szkoda, że Sanderson nie pogłębił tego wątku w „Pomrukach Burzy”. Ale przez to jest na co czekać.

Drugim wątkiem, który bardzo konkretnie się rozwinął i, w jakiś sposób, został wreszcie spointowany, był wątek Egwene. Różnie bywało z tą bohaterką, od momentu pewnego zdarzenia w Salidarze bywało wręcz nudno i irytująco. Ale od kiedy dostała się w końcu w łapy Elaidy, akcja uległa nieco przyspieszeniu i to, co otrzymaliśmy w „Pomrukach Burzy”, to bardzo satysfakcjonujący oraz emocjonujący (choć i przewidywalny, ale to nie grzech) finał dotychczasowych starć między zbuntowanymi Aes Sedai a macierzystą Białą Wieżą. Generalnie, w świecie Koła Czasu po chaosie, jakim było pojawienie się Smoka Odrodzonego, wreszcie nastaje ład i porządek. Zarówno w królestwach, jak i wśród największej (jeszcze) siły politycznej tego świata, czyli Aes Sedai. A ten ład i porządek zwiastuje nadejście Ostatniej Bitwy. I jej odgłosy czuć już w „Pomrukach Burzy”. Można i należy rzec: wreszcie.

Tom ten przekonał mnie do tego, aby czekać na kolejne. Na pewno nie z powodu przyzwyczajenia. Brandon Sanderson realizuje plan Roberta Jordana i robi to bardzo dobrze. Podejrzewam, że do 2013 r.  poznamy wreszcie finał podróży, w którą Robert Jordan zabrał czytelników prawie dwadzieścia trzy lata wcześniej.

Autor: Roman Ochocki


Autorzy: Robert Jordan, Brandon Sanderson
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tytuł oryginału: The Gathering Storm
Tłumaczenie: Katarzyna Karłowska, Jan Karłowski
Data wydania: 23 sierpnia 2011
ISBN: 978-83-7506-723-1
Oprawa: miękka
Format: 140 x 205
Liczba stron: 1056
Cykl: Koło Czasu

This entry was posted on środa, Wrzesień 14th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.