Fantastyka, a zwłaszcza science fiction, upowszechniła się głównie dzięki opowiadaniom. Krótka forma była możliwa do zaprezentowania w piśmie literackim, fanzinie. Nic więc dziwnego, że przynajmniej w świecie anglojęzycznym wysokim prestiżem cieszyli się niektórzy redaktorzy antologii. Don Wolheim, Gardner Dozois, Isaac Asimov – te nazwiska kojarzono nie tylko z pracami własnymi, ale także z popularyzowaniem cudzych osiągnięć. W Polsce moda na antologie trwa – wydawane są coroczne Kroki w nieznane, wyszła cała masa antologii tematycznych (Tempus Fugit, Hurra, Robimy Rewolucje, Małodobry, Demony, Deszcze Niespokojne, Bajki dla dorosłych…). Ale na rynku pojawiło się coś jeszcze – Rakietowe szlaki.

Wydawnictwo Solaris zaprosiło do współpracy Lecha Jęczmyka i wspólnie rozpoczęli wydawanie cyklu zbiorów opowiadań. Mają to być stare perły fantastyki. Zapowiada się obiecująco i to z dwóch powodów. Pierwszym jest Lech Jęczmyk – niegdyś naczelny „Fantastyki” i „Nowej Fantastyki”, redaktor, tłumacz, znawca tematu. Drugim jest dziedzictwo. Oryginalne, wydane w późnych latach 50 Rakietowe szlaki były przełomem. Bodaj pierwszą antologią prezentującą teksty amerykańskie. Jedno natomiast warto zaznaczyć na samym początku. To, co w czasie pierwszych Szlaków było nowoczesnym, albo przynajmniej współczesnym science fiction, dziś jest już skansenem. Bowiem Rakietowe szlaki dlatego dziedziczą ten tytuł, że przypominają nam literaturę z okolic lat 60. Ale ten skansen, to nie kurna chata w polu i sławojka z wyciętym serduszkiem. To gotycka katedra, Wersal i Taj-Mahal. Nie wiem, czy ten poziom utrzyma wszystkie pięć planowanych tomów, ale w pierwszym przeważają teksty wybitne. Przyjrzyjmy się im bliżej. Każdemu opowiadaniu poświęciłem jeden akapit. Na pewno wiele z nich zasługiwałoby wręcz na osobną, wnikliwą recenzje, ale, tak gwoli zachęcenia moich czytelników, zdecydowałem się skupić tylko na sprawach kluczowych.

Zaczynamy od tekstu Johna Varleya Porwanie w powietrzu. Tekst jest krótki, z bardzo sprawnie poprowadzoną narracją i zaskakującą pointą. Oto poznajemy oddział, odpowiedzialny za teleportowanie się na pokład samolotów, tuż przed ich katastrofą. Po co? Ano właśnie o tym jest opowiadanie. Pomysł jest odjechany, kompletnie nieprawdopodobny w kategoriach społecznych czy naukowych, ale daje do myślenia.

Następny jest L.A. Lafferty, z niezwykle lovecraftowskim opowiadaniem Najdłuższy obraz świata. Zaskakująca historia z dreszczykiem, o pewnym kolekcjonerze osobliwości, który skupuje kawałki tak zwanego najdłuższego obrazu świata, pokazywanego niegdyś na jarmarkach. Napisałem, że historia jest lovecraftowska, ale to tak naprawdę połowa prawdy. Lovecraftowskie są wnioski. Samo opowiadanie ma klimat południa USA i jest prawdziwą perłą. Pointa super, dialogi znakomite, czego chcieć więcej. Autor raczej słabo znany, przynajmniej dziś, więc już wiem, czyich książek będę szukał po antykwariatach.

Ian Watson z Powolnymi ptakami też buduje bardzo szczególny klimat, tym razem angielski. Powolne ptaki to dziwaczne rakiety przelatujące z żółwią prędkością przez angielską wioskę. Nie wiadomo, skąd nadlatują, ani dokąd się udają. Ale pewnemu młodemu człowiekowi udaje się to w końcu ustalić. Gdyby Dick był Brytyjczykiem, pewnie mógłby coś takiego napisać. Ale moim zdaniem ta cala historia jest nieco za długa. Budowanie nastroju, budowaniem nastroju, ale po prostu troszkę się to wlecze. Ale na pewno warto ją poznać. Przyznaję, że po Powolnych ptakach obiecałem sobie uważniej przyjrzeć się twórczości Watsona, choć miałem o nim do tej pory jak najgorsze zdanie, po Trudnych pytaniach i Podróży Czechowa.

Zapomniany już dzisiaj nieco Theodore Sturgeon pokazuje nam z kolei, co to znaczy przewrotny pomysł. Albo jeszcze naczej, opowiadanie Skalpel Occama po prostu trzeba przeczytać. Słowa nie napiszę na temat fabuły, bo nie chcę was naprowadzać i tym samym psuć przyjemności. Jeśli nawet ktoś nie chce kupować Rakietowych szlaków, niech sobie chociaż to jedno krótkie opowiadanko przeczyta w bibliotece, czy nawet księgarni. Jedyne co mnie zastanawia, czemu Lech Jęczmyk tłumacząc tytuł, nie zdecydował się na użycie polskiej pisowni nazwiska wielkiego logika. Jest ona powszechnie przyjęta, po co więc forma oryginalna? Ale to tylko drobiazg, nie wart pewnie wspomnienia.

Barrington Bayley proponuje nam opowieść iście Verne’owską. Oto okręt zanurza się wgłąb planety. Jego działanie polega na tzw. Napędzie fazowym, który umożliwia mu przenikanie przez ciała stałe. Wynalazek wspaniały, zetknąłem się z nim kiedyś czytając Deszcz snów Joan Vinge, z tym, że tam był tylko kombinezon. Bayley opowiada historię jakich pełno, nie dbając zbytnio o psychologiczne szczegóły. Ale doskonale operuje słowem. Gdyby to samo napisał autor mniej warsztatowy, nie byłoby to nic ciekawego, a tak – rzecz godna uwagi, choć i tak jeden ze słabszych tekstów w zbiorze.

Zupełnie inny klimat ma Bernie Faust, Williama Tenna. Opowieść o sprytnym pośredniku handlowym, sprzedającym Ziemię tajemniczemu facetowi. Zabawne opowiadanie o oszustwie, z doskonale pokazaną chciwością a następnie kacem moralnym męczącymi głównego bohatera. Znowu praktyczni nieznany autor i znowu strzał w dziesiątkę.

A teraz perła. Kontrolex, Roberta Zaxa, opowiadanie o facecie wręczającym mandaty za używanie w prywatnych rozmowach sloganów, frazeologizmów, a nawet gestów czy haseł objętych copyrightem. Kupa śmiechu, zwłaszcza, że tekst obnaża, z jakich wytartych klisz i gotowych klocków składają się nasze rozmowy. Ale ten przewrotny pomysł, podejrzanie przypominający naszą obecną obsesje na punkcie copyrightów i patentów, zaskakuje i wbija w ziemie, kiedy zauważymy, że opowiadanie napisane zostało w roku 1953. Prorok jakiś, czy co? Data wydania nie powinna być wyznacznikiem jakości, ale w tym przypadku… kurczę, facet miał chyba szklaną kulę.

Z następnym tekstem mam kłopot. Dymitr Bilenkin, niegdyś jeden z tuzów radzieckiej fantastyki, w opowiadaniu To niemożliwe, kreśli krótką, humorystyczną historyjkę o lewitacji. Opowiadanie jest zabawne, nieźle napisane, ale… odstaje poziomem od reszty tekstów. Jest o tyle charakterystyczne, co zresztą jest powiedziane we wstępie do niego, że temat lewitacji w radzieckiej fantastyce pokazywał się w miarę często. Może ludziom kompletnie nieznającym radzieckiej literatury sf, udowodni, że nie musiała być ani siermiężna, ani otwarcie antytotalitarna. Ma więc To niemożliwe pewną wartość poznawczą, ale literacko rozczarowuje.

Przewracamy kartkę i trafiamy na Nazwisko. Wielka litera zamierzona. O Aldissie chyba każdy słyszał. Aldiss był mistrzem w wyciąganiu daleko idących konsekwencji z przyjętych na potrzeby swoich opowieści założeń. Podobnie jest w przypadku zamieszczonego w książce Człowiek ze swoim czasem. To akurat opowiadanie mógłby napisać Dick (napisał bardzo podobne, o ludziach żyjących wspak czasu). Oto mamy człowieka, który wyniku wypadku w kosmosie, zaczyna żyć na ziemi, przesunięty o 3,2 minuty do przodu. Przesunięty w fazie czasu. Odpowiada więc na pytanie, których jeszcze nie zdążono mu zadać, krwawi z rozbitego drzwiami nosa, zanim jeszcze ktoś dotknie klamki itp. A jego żona i przyjaciele usiłują z nim żyć normalnie, ale nie radzą sobie. Człowiek stając w obliczu świadomości, że jego działania są kompletnie zdeterminowane, nie może czuć się dobrze. Jedno, to uwierzyć w kompletne, zdefiniowane co do jednego słowa przeznaczenie, ale znacznie gorzej mieszkać z kimś, kto jest tego dowodem. To jest jedno z tych nielicznych opowiadań, które, jeśli postanowicie bardzo dokładnie prześledzić założenia i konsekwencje, zrobi wam z mózgu budyń. Czysta nauka, zabawa funkcją wzrostu entropii (jak niektórzy fizycy określają czas), ale przeraża jak mało co. Czyta się to nieprzyjemnie, ale naprawdę, dla takich rzeczy powstała nowa fala Science Fiction.

Kolejne opowiadanie, Strażnik śmierci, jest propozycją dla fanów niezwykle modnych ostatnio historii spod znaku ponurego urban fantasy. Gdybym nie przeczytał nazwiska Alexander Jablokov, pomyślałbym pewnie, że pisał to wczesny Mike Carey, albo Tanya Huff, kiedy miała lepszy dzień. Warto przeczytać, że w 1988 roku, pisano już coś, co na terenie powieści, powszechnie uważa się za zdobycz komercyjnej fantastyki początków XXI w. Wprawdzie dokładnie w tym samym roku wyszedł pierwszy komiks z cyklu Hellblazer, ale wtedy ta seria była raczej współczesnym horrorem, niż urban fantasy. Poza tym jest to bardzo dobrze napisane opowiadanie, z odpowiednio zastanawiającym finałem i doskonale zarysowanymi postaciami. Nawiasem mówiąc, Jablokov jest kolejnym autorem, którego nie znałem przed sięgnięciem po Rakietowe szlaki.

Tajemniczy Dom Nagibina w sumie nie jest fantastyką. To rosyjskie opowiadanie, swoją narracją przypominające raczej legendę, albo wręcz legendę miejską, opowiada o pewnym tajemniczym domu i jego japońskim właścicielu. Jest niezwykle sugestywne. Chociaż we wstępie bezwstydnie zaznaczono, że zapewne nie pasuje do całego zbioru, to jednak cieszę się, że się w nim znalazło. Ma odpowiedni klimat, no i eksploatuje jeden z nieśmiertelnych wątków popkultury – wojowników ninja. Ale cicho sza, po prostu je przeczytajcie.

O ile napisałem, że Bayley stworzył jeden ze słabszych tekstów w Rakietowych, to teraz czas na najsłabszy. Henry Kuttner, Profesor opuszcza scenę. O tym jak pewien badacz, postanowił na ponurym zadu… hmm, jakby to ująć… o już wiem. Profesor chciał zbadać tajemnicze moce pewnej rodziny mutantów, zamieszkałych w oddalonym od cywilizacji zakątku USA. Opowiadanie jest, rzecz jasna, satyrą. Cały greps polega na tym, że mutanci swoje możliwości uważają za coś zgoła zwyczajnego, profesora zaś traktują jako podejrzanego miastowego mędrka. W czym zresztą mają rację. Mam dwa zastrzeżenia. Pierwsze jest natury faktograficznej. Według najbardziej prawdopodobnej wersji, Profesor opuszcza scenę Kuttner napisał do spółki z C.L Moorem. Opowiadanie ukazywało się pod pseudonimem, którego ci dwaj panowie używali jako spółka pisarska. Później już tylko pod nazwiskiem Kuttnera. Nie chcę wydawcy posądzać o nieczyste zagrania (wszak łatwiej kupić prawa autorskie od jednego autora, niż od dwóch), ale fakt, że autorstwo jest dyskusyjne, powinien być we wstępie do opowiadania wspomniany. Drugie zastrzeżenie jest natury ogólnej. To opowiadanie nie jest ani odkrywcze, ani zabawne. To co bawiło w 1945, w czasie pierwszego wydania, nie musi już działać na czytelnika dziś. Ale z drugiej strony… trochę się też cieszę, że Lech Jęczmyk je dołączył do zbioru. Kuttner była autorem związanym z pismem „Amazing Tales”. Działał w grupie pisarzy korespondujących i współpracujących z Lovecraftem, nie stronił od horroru. A tu daje poznać siebie i fantastykę lat ’40 od strony zabawnych, frywolnych i szalenie niepedagogicznych opowieści. To, siłą rzeczy, poszerzy horyzonty tych, którzy o amerykańskiej fantastyce tamtych czasów myślą wyłącznie przez pryzmat Samotnika z Providence, czy twórcy Conana.

Tuliego Kupferberga i tekstu Tęsknota nie będę omawiał. To raczej kawał niż tekst, za krótkie nawet na short – ot taka sobie dykteryjka. Dołączona pewnie z przekory.

Co innego Ubranie na miarę Jamesa White’a. Tego samego, którego powieści o kosmicznym szpitalu konkurują o miejsce na księgarskich półkach z cyklem Honor Harrington (nie wiem, czy też tak macie, ale kiedyś gdzie nie poszedłem, znajdowałem te dwa cykle zawsze obok siebie w księgarni). Ale tu nie będzie lekarza. Będzie krawiec szyjący frak na konipodobnego ambasadora kosmitów. To właściwie nie jest nawet opowiadanie science fiction. To bardziej alegoria mająca chwalić solidne i zgodne z najlepszymi zawodowymi tradycjami wykonywanie swojej pracy. Nawet wobec kogoś, kogo moglibyśmy podejrzewać, że tego nie doceni. Widać w tym opowiadaniu wyraźnie dwie rzeczy. Że autor jest z kręgu kultury brytyjskiej i że miał pojęcie o krawiectwie. I rzeczywiście. Krótka wycieczka w po linkach w necie, pozwala potwierdzić obie te rzeczy. Był Irlandczykiem i przez pewien czas zajmował się krawiectwem. Pewnie ktoś mógłby pomyśleć, że temat egzo-krawiectwa miarowego to nic porywającego, ale uwierzcie mi – to opowiadanie z całą bezwzględności pokazuje, że dla różnych społeczeństw, miarą cywilizacji rozmówcy mogą być zupełnie inne rzeczy. Nawet wśród zbliżonych cywilizacyjnie krajów, w ramach jednej kultury anglosaskiej chociażby, na przykład zawód krawca cieszy się zupełnie innym poziomem prestiżu. A jak będzie z obcymi? Dlaczego nie mieliby by być jeszcze inni? Albo zgoła podobni do nas, ale do których z nas? Przewrotny, świetnie napisany kawałek prozy.

Robert Sheckley, tytan krótkiej formy, zadaje w opowiadaniu Bitwa pytanie, czy niektóre terminy nie zmieniły za bardzo swego znaczenia. Czy kiedy na armageddon, ostatni bój z piekłem, wyślemy samobieżne maszyny bojowe, to można uczciwie powiedzieć, że prowadziliśmy wojnę z siłami ciemności? Czy wszystko wolno sobie ułatwiać? To mi strasznie przypomina scenę z Szatańskich wersetów Rushdiego, kiedy jeden z bohaterów, bogacz, bezskutecznie usiłuje przekonać żonę , że hadżdż (pielgrzymkę do Mekki) może odbyć w jego klimatyzowanej limuzynie, zamiast iść na piechotę wraz z wszystkimi pielgrzymami. Mało kto potrafił tak jak Sheckley, bezbłędnie rozpatrywać skomplikowane kwestie etyczne w tak krótkich opowiadaniach. A bardzo wielu próbowało. Już choćby dlatego, warto się z Bitwą zapoznać.

Następny tekst jest już w sumie bardziej mikropowieścią, niż opowiadaniem. Roger Zelazny w Róży dla Eklezjastesa opowiada historię poety i badacza, dopuszczonego do świątynnych archiwów na Marsie. Badając kulturę i religie Marsjan i studiując ich głęboko pesymistyczne święte księgi, usiłuje zasugerować im, że przekonanie o marności wszystkich rzeczy doczesnych to przesada. Wspomniany w tytule Eklezjastes, to oczywiście autor biblijnej księgi Koheleta. Nie jestem specjalistą od Zelaznego, ale ten tekst jest jak na niego dość nietypowy. Nastrojowy, niespieszny, pozbawiony bohaterów-twardzieli, jest wspaniałym przykładem, że literatura fantastyczna nie musi być literaturą akcji. Jeżeli znacie Hyperion i Upadek Hyperiona, Dana Simmonsa, to znajdziecie wiele wątków wspólnych z opowieścią Martina Silleniusa i późniejszym wątkiem przygód cybrydy Johna Keatsaz tych powieści. O ile przed chwilą opisywane opowiadanie Scheckleya było fantastyką etyczną, o tyle w przypadku Róży dla Eklezjastesa możemy już mówić o fantastyce stricte religijnej. I to najwyższej próby.

Ale do etycznego pisania wracamy już na następnej stronie. Bo oto najdziwniejszy tekst zbioru – Ci, którzy odchodzą z Omelas Ursuli K. LeGuin. To właściwie bardziej reportaż, może odfabularyzowana przypowieść. Opowiada o szczęśliwym mieście Omelas, fundamentem szczęścia którego jest cierpienie wybranej jednostki. Stare pytanie, czy wolno się godzić na poświęcenie kogoś dla dobra ogółu. I dalej: czy kiedy ludzie zobaczą taką ofiarę, będą umieli się jeszcze cieszyć swoim dobrobytem i spokojem. Wychodzi więc LeGuin od motywu ofiary, w pewien sposób wywracając znany nam z chrześcijaństwa motym cierpienia za ogół. Ale cierpienia przez ten ogół aprobowanego, zorganizowanego przy pełnej świadomości, czemu służy. Tekst zastanawiający, ale niełatwy do sklasyfikowania. Nie jest to opowiadanie, ani nie jest to fantastyka – przy całym szacunku dla tego tekstu. Myślę, ze zamieszczenie go w Rakietowych było pomyłką.

Nie jest natomiast pomyłką Ilja Warszawski (znakomity autor, szkoda, ze zapomniany) z opowiadaniem Ucieczka. Opowiadaniem antytotalitarnym, ale też szukającym jakiejś prawdy o człowieku, o ludzkiej motywacji, o tym co stanowi paliwo do poświęceń. Pretekstem jest ucieczka z obozu przypominającego łagier, albo obóz koncentracyjny. Ale jedna sprawa. Ważna sprawa. Nie czytajcie wstępu. Wstęp zdradza pointę. Mimowolnie, ale mówi jedno słowo za dużo. Przeczytajcie go po opowiadaniu. Moja osobista uwaga: Zawsze jak coś takiego przeczytam, to dopijam kawę jednym haustem i myślę sobie „do kaduka (ok, używam troszkę innego określenia zazwyczaj) przecież to powinna być lektura szkolna!”

Natomiast nie powinna być lekturą historia Gordona R. Dicksona Mów mu, Panie. A to ze względu na to, że jest to bardzo okrutny w swej wymowie tekst o roli egzaminatora i wychowawcy. Pokazuje, jak w ziemskiej federacji, gdzie Ziemia dawno już utraciła wiodącą pozycję i jest skansenem właściwie, Cesarz-następca tronu musi odbyć na nią wycieczkę, żeby zrozumieć, skąd się wywodzi. Dzieje się to gdy wchodzi w wiek męski. Towarzyszy mu giermek/ochroniarz. Podróż takiej właśnie pary, a koniec końców prawdziwy sens tej podróży opisuje Dickson z ogromnym literackim autentyzmem. W pewnym momencie czytelnik domyśla się już o co chodzi, ale pointa i tak go zaskoczy. Jak doczytałem do ostatniej strony byłem bardzo dumny i zadowolony z siebie, że tak sobie wszystko wcześniej rozgryzłem. I wtedy wyrwano mi dywan spod nóg. Naprawdę, to jest jedno z takich opowiadań, które otwiera oczy.

I ostatnie: Gene Wolfe – Jak przegrałem druga wojnę światową… Słabo znam Wolfe’a (wiem, wstyd). Ale to opowiadanie, pomimo wdzięku, uroku i satyrycznego zacięcia zupełnie do mnie nie trafiło. Co by było, gdyby nie było II Wojny Światowej, albo gdyby była, tylko jako gra planszowa kilku znudzonych panów? Takich panów jak Churchill, Goering, no i pewien Amerykanin niemieckiego pochodzenia? Byłoby zabawnie. Ale jałowo. To jest opowiadanie, które nic nie wnosi do tematu. Na humoreskę za długie, drugiego dna nie udało mi się dostrzec… W przypadku kontaktu z takimi nazwiskami jak Wolfe jestem zawsze ostrożny w krytyce. Mam kompleksy zwyczajnie chyba, bo myślę sobie zawsze „to jest XY, wybitny autor, jak uważasz, że źle pisze, to pewnie dlatego, że jesteś za głupi” i dlatego nie oceniam. Przeczytajcie sobie sami, zobaczycie. Dla mnie klapa, ale może tam gdzieś jest głębszy sens? Może po prostu ja go nie widzę?

I jeszcze ogólnie o całości: Rakietowe szlaki to taka książka, którą można dawać ludziom w prezencie z dedykacją „dlatego warto czytać fantastykę”. Pewne rzeczy mogłyby być lepsze. Niżej podpisany zrezygnowałby z opowiadania LeGuin i Wolfa, ale na dwadzieścia tekstów to niewiele. Jest kilka kiksów, źle wpisane daty życia Lafferty’ego w biogramie, zostawienie nazwiska Ockhama w pisowni angielskiej, kilka literówek. Drobiazgi. Tłumaczenia w większej części są autorstwa Lecha Jęczmyka i są bardzo dobre. Inni tłumacze też się spisali. Wydanie w twardej oprawie jest solidne i ładne. Wstęp i posłowie pokazują, o co chodziło, a także, jak wydanie tego zbioru wyglądało od kuchni. Przed i po każdym opowiadaniu znajdziemy natomiast krótki tekst o autorze i samym opowiadaniu. Rakietowe szlaki to kawał dobrej roboty.

 

Autor: Matuesz „Szary” Skoczylas

Wydawnictwo: Solaris
Redaktor: Lech Jęczmyk
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk, Zofia Uhrynowska, Marek Marszał i inni
Data wydania: 10 czerwca 2011
ISBN: 978-83-7590-028-6
Oprawa: twarda
Format: 130 x 200
Liczba stron: 500
Seria: Rakietowe szlaki

This entry was posted on środa, Wrzesień 21st, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.