Ta powieść od początku była dla mnie zagadką. Nie szukałem recenzji i opinii w zagranicznych serwisach, a zapowiedzi (bunt robotów, wojna z ludźmi) były intrygujące. Kupiłem zatem w ciemno niemal i obstawiałem, że raczej rzucę w kąt po przeczytaniu gryząc się źle wydanymi pieniędzmi. Ostatecznie, nie było tak źle. Było nawet dobrze. A najgorsze jest to, że mogło być naprawdę znakomicie.

Fabuła dotyczy zatem buntu robotów. W niedalekiej przyszłości nastąpi Zdarzenie – robot uzyska świadomość. Co gorsze (jak się okaże) zacznie on bardzo szybko, ekspresowo wręcz, się rozwijać. Do tego stopnia, że osiągnie poziom wszechpotężnego niemal bóstwa i postanowi wyeliminować ludzkość. Z bardzo racjonalnego powodu – o którym czytelnik dowie się na początku i w lapidarnym rozwinięciu w finale. Zbyt dobrze bowiem pozna człowieka ta myśląca maszyna, oceni jego potencjał, wyciągnie wnioski z dotychczasowych doświadczeń i zaplanuje sobie przyszłość. Niekoniecznie z ludźmi jako wiodącym gatunkiem. A na pewno nie będzie chciała ludzkości służyć.

Zalety powieści są jednocześnie jej wadami. Liczy ona nieco ponad 400 stron. A do jej przeczytania wystarczyły mi dwa wieczory i kawałek dnia. Nie za sprawą odpowiednio „rozstrzelonego” druku i zwiększonej czcionki, ale za sprawą formy. Powieść napisana jest lekkim językiem i bardzo prostym stylem. Nie do końca był to zarzut, bo forma nie jest prostacka. Akcja toczy się bardzo szybko, choć na początku nic tego nie zapowiada. Autor nie daje czytelnikowi wytchnienia, przyspieszając i gnając przed siebie, do finału. To ujmuje atrakcyjności zaprezentowanej fabuły i sprawia niejednokrotnie wrażenie, że Daniel H. Wilson po prostu streszcza właściwą fabułę. Nie jest to wrażenie mylące i śmiem twierdzić w swej ignorancji, że był to zabieg świadomy. Wojna ludzi i robotów opowiadana jest bowiem w specyficzny sposób, wymuszający taką narrację. Prolog zaczyna się tuż po wojnie, którą ludzkość wygrała. Główny bohater w „kwaterze głównej” Archosa (tak nazywa się owa super sztuczna inteligencja) odnajduje zapisy całej wojny – od jej zarania po finał. Dzięki swoim możliwościom Archos archiwizował wszystkie zapisy, które udało mu się zdobyć. A narrator – główny bohater wybrał z nich te, które dotyczyły kluczowych dla konfliktu zdarzeń i postaci mających wpływ na jej wybuch i przebieg. On sam zatem streszcza to, co obejrzał na zapisach elektronicznych Archosa. Kolejne rozdziały zresztą zaczynają się i kończą wprowadzeniem i pointą do takich kolejnych streszczanych nagrań. Słabość powieści zatem wynika także z konstrukcji fabuły.

Czy można artyście postawić zarzut, że napisał to, co sobie zaplanował, a nie to, czego spodziewał się czytelnik? Nie jestem krytykiem, ale czytelnikiem, więc odpowiem jednoznacznie: ja taki zarzut stawiam. Szkoda, że Wilson nie zatrzymał się nieco, nie zwolnił tempa, bliżej przedstawiając bohaterów, którzy nie są byle jacy. Pająk, czy pan Nomura to doskonałe przykłady na to, że tkwił w nich potencjał na ciekawy rozwój, tak samo było z Mathildą a nawet z Dziewięć Zero Dwa (sam wątek robotów zyskujących świadomość to nie lada gratka). Jedynie główny bohater – narrator był przy nich najbardziej mdły. Wreszcie także adwersarze ludzkości, z Archosem na czele, stanowili doskonałe pole do popisu dla autora. Ale tu też Wilson wolał nieco irytująco mrugnąć do czytelnika. Główny bohater bowiem (jak czytelnik) żałował, że nie mógł sobie pogadać z Archosem. Już pierwsza rozmowa Archosa i jego twórcy wskazuje, że byłoby o czym porozmawiać i jest doskonałym przykładem na to, że Wilson miał znakomity pomysł na kreację sztucznej inteligencji, który chyba zepsuł nie chcąc (nie potrafiąc?) go rozwinąć. To mogłoby wynieść powieść na bardzo frapujące, inteligentne wyżyny. Tymczasem autor, w oczywisty sposób świadom tego, wybrał szybki lot od startu do mety, z premedytacją nie dając rozwinąć skrzydeł własnej powieści. To takie irytujące i dziwne czytać ją i po zakończeniu lektury mieć świadomość, że mogła być wspaniała. A jest zaledwie niezła, dobra.

Skoro scenariusz kupił Spielberg (który wymieniony jest również w podziękowaniach autora, co pozwala na węszenie spisku, że Wilson napisał scenariusz a potem przerobił go na powieść), to podejrzewam, że wiem, jaki powstanie film. Nie tylko dlatego, że znam fabułę, ale i styl Spielberga i sposób opowiadania przez niego historii (tak jak w „Wojnie światów”, czy „A.I.”) zwiastuje, że będzie to zapewne atrakcyjne wizualnie kino. Pewnie i sama fabuła wtłoczona w ramy filmowego obrazu będzie również atrakcyjna i przebojowa. Może Spielberg przemieni ją w filmowe arcydzieło, dając jej szansę, której nie dał „ojciec”?

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Znak
Tytuł oryginału: Robopocalypse
Tłumaczenie: Rafał Śmietana
Data wydania: 19 września 2011
ISBN: 978-83-240-1654-9
Oprawa: miękka
Format: 144 x 205
Rok wydania oryginału: 2011
Liczba stron: 408

This entry was posted on środa, Październik 5th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.