Pierwsze wrażenie z lektury „Wiru”: powieść o końcu świata, do którego (w finale „Rozgwiazdy”) „wraca” z oceanu Lennie Clarke. Paradoksalnie jednak, zarówno ona, jak i Behemoth „przychodzą” na gotowe. Ten świat i tak się rozpada, z nimi czy bez nich. Podzielony, rozdrapany, z przeformowanymi granicami państw, których w większości już nie ma, bo pożarł je potwór jakiejś postekonomii – technologicznej i ekonomicznej dominacji korporacji. Jak stwierdza jeden z nowych bohaterów powieści, Achilles Desjardins, mimo że ludzkość nie dysponuje zbiorową świadomością, to z „wybuchających” w Wirze (taki meta-internet) tu i ówdzie aktywności przebija tęsknota ludzkości za końcem świata. I trudno jej nie podzielać, bo rzeczywistość w świecie przyszłości Wattsa nie jest zachęcająca. Może taka perspektywa wynika z faktu, że czytelnik śledzi akcję z punktu widzenia specyficznych bohaterów. O samej Lennie pisać nie trzeba, bo czytelnicy „Rozgwiazdy” zdążyli ją już poznać. Dodać wystarczy, że Watts przygotował dla swojej bohaterki jeszcze trochę przykrych niespodzianek, ale – znowu paradoksalnie – im bardziej parszywe było jej życie dotychczas, tym bardziej jest ona odporna na rzeczywistość i w końcu z manipulowanej ofiary staje się podmiotem.

Zdawało mi się w trakcie lektury, że Watts sprowadza wszystko to biologii, do doboru naturalnego, redukując człowieczeństwo do chemicznych związków, którymi można dowolnie manipulować i kształtować dla własnych celów, co praktykują korporacje. Ale im głębiej w powieść, tym więcej z niej tchnie optymizmu. I znowu – paradoksalnie. Bo też nic do finału tej powieści nie napawa optymizmem w skali makro – Behemoth się szerzy, ludzkość czeka zagłada, jak nie z jego „ręki”, to unicestwi, albo (optymistycznie patrząc) zdegeneruje się sama jeszcze bardziej. Wydaje mi się, że nawet mimo zwycięstwa nad Behemothem, trzeci tom nie powinien mieć optymistycznego zakończenia. Słońce nie wyjrzy zza chmur, ludzkość (społeczeństwa, czy narody) nie upodmiotowi się. Skąd zatem ten optymizm? W skali mikro (patrząc z punktu widzenia poszczególnych bohaterów) Watts jednak pokazuje, że możliwe jest upodmiotowienie, odłączenie korporacyjnych „kroplówek” i samodzielne kształtowanie rzeczywistości z całym wiążącym się z tym ryzykiem i bez gwarancji zwycięstwa. Taki humanizm w skali mikro był pozytywnym akcentem na zakończenie tego tomu. Ale chyba niezamierzonym. Bo odzyskanie przez bohaterów kontroli nad sobą było niezbędne po prostu do dalszego prowadzenia akcji. Lennie, Lubin. Desjardins musieli stać się samodzielnymi bohaterami – tak jak nieomal Neo w „Matrixie” (tylko bez tego pseudo-mistycznego szajsu w tym filmie).

Peter Watts jest bez wątpienia jedną z najjaśniejszych gwiazd na firmamencie science-fiction. Trudno uwierzyć, że trylogia o Ryfterach nie odniosła komercyjnego sukcesu. Nie można autorowi odmówić kompetencji pisarskich, nadto umiejętnie łączy on naukowy koncept z „czystą” fabułą. Może nie zawsze bywa to połączeniem udanym, ale trudno mi znaleźć pośród wydawanych w Polsce współczesnych pisarzy science-fiction kogoś, kto robiłby to lepiej. Ale fakt – takich pisarzy w ogóle jest mało. Mimo to „Wir” jest mroczną powieścią, gęstą od idei – częściowo wracają motywy znane ze „Ślepowidzenia”. Choć i tak najciekawszy, moim zdaniem, był koncept Ukwiału, jako elementu ewolucji sztucznej inteligencji. „Rozgwiazdowe” inteligentne żele zeszły nieco na plan dalszy, sprowadzone do roli regulatorów sieciowego (Wirowego) ruchu, a ewolucja sztucznej inteligencji, zjawiska „internetowych burz” znanych już dziś (więcej znajdziecie w objaśnieniach i bibliografii na końcu powieści) opisana jakby chodziło o żywe (biologiczne) organizmy, była bardzo pociągająca, rozbudzająca wyobraźnię. I może jako intuicja autora, najbardziej realistyczna?

Można podyskutować, swoją drogą (i na naszym forum takie pogwarki się zdarzają – zajrzyjcie do tematu poświęconego autorowi), jaki byłby odbiór w Polsce „Ślepowidzenia”, gdybyśmy wcześniej poznali trylogię o Ryfterach. Nie umniejszam jej wartości, co to, to nie. Ale też muszę bronić zarówno „Rozgwiazdy”, jak i „Wiru” przed tym, że nie są tak genialne jak „Ślepowidzenie”. Bo to nie zarzut, dodatkowo i tak nie mają u nas w Polsce zbyt licznej i jakościowej konkurencji, która mogłaby je zepchnąć w cień. „Wir” nie ma klaustrofobicznego klimatu „Rozgwiazdy”, kontynuuje i pogłębia wątki z pierwszej części trylogii. Ku mej satysfakcji, bo oczekiwałem wizji świata lądowego. „Pożerałem” tę powieść z zapałem. A finał pozostawił u mnie porządny ślinotok w oczekiwaniu na tom trzeci i ostatni. Oby pojawił się na polskim rynku jak najszybciej. Jeśli jeszcze nie kupiliście „Wiru”, to nie mam pojęcia na co czekacie. To mój faworyt do książki roku, obok „Domu Derwiszy. Dni Cyberabadu” McDonalda.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Ars Machina
Tytuł oryginału: Maelstrom
Tłumaczenie: Dominika Rycerz – Jakubiec
Data wydania: 16 listopada 2011
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 380
Tom cyklu: 2

This entry was posted on środa, Listopad 9th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.