Przy okazji recenzji Robokalipsy Wilsona ponarzekałem nad zmarnowanym potencjałem powieści i jej „scenariuszowością”. Justin Cronin najwidoczniej również pisał powieść z myślą o jej sprzedaży do kina. Wnoszę to po podziękowaniach, w których pojawia się Ridley Scott, który – jak się okazało – rzeczywiście kupił prawa do ekranizacji tej powieści. Jednak Justin Cronin nie zmarnował potencjału fabuły i nie poszedł w skróty, uproszczenia i szybką akcję, aby powieść łatwo dało się zaadaptować do scenariusza filmowego. Świadczy choćby o tym obszerność Przejścia – grubo ponad 700 stron. Ponadto cała fabuła została zaplanowana na trylogię, której dalsze części dopiero powstają (drugi tom planowany jest na 2012 rok). Świadczy to o tym, że pisarz postanowił nie zawierać zbyt wielkich kompromisów wobec wizji potencjalnej ekranizacji powieści. Chyba żyjemy w takich czasach, że trzeba być za to wdzięcznym (przypomnijmy sobie wspomniany casus „Robokalipsy”, czy zamówienia, które wydawca złożył u Jamesa Pattersona).

Czytając powieść porównania do Bastionu Stephena Kinga będą nasuwać się mimowolnie. Nie tylko za sprawą wydawcy, który się tym chwali. I nie tylko za sprawą podziękowań samego autora i opinii rzeczonego Stephena Kinga. Gdyby tego nie było, każdy czytelnik znający Bastion sam z pewnością na te porównania wpadłby. To nic złego. Bastion to – mimo wad – doskonała powieść postapokaliptyczna. A i sam Justin Cronin nie jest tandetnym powielaczem cudzych pomysłów. W przypadku Przejścia brak jest choćby elementów nadprzyrodzonych, które w powieści Kinga przecież występują. Wirus, który zaraził ludzkość wyrywając się spod kontroli naukowców, którzy przywlekli go z kolei z głębi boliwijskiej dżungli – doprowadził ludzkość do przemiany. Wszyscy zarażeni zamieniają się w wampiropodobne stworzenia. Ale nie są to wampiry znane z setek czy chyba już tysięcy tytułów obecnych na rynku. To zwierzęta, bezmózgie, bezwolne, kierujące się instynktem. Porozumienie z nimi nie wchodzi w grę – wybór zawsze jest prosty: albo my (nie zarażeni) albo oni. Akcja zaczyna się typowo. Poznajemy kluczowych bohaterów powieści – w tym najważniejszą z nich, kilkuletnią dziewczynkę Amy, która ma być wykorzystana w eksperymentach naukowych. Innymi „królikami doświadczalnymi” są skazańcy z cel śmierci. Oczywiście, jak wspomniałem, wirus wydobywa się spod kontroli. Zaraza zaczyna się rozszerzać. W drugiej i trzeciej części powieści obserwujemy to wyrywkowo, z perspektywy miesięcy, potem kilku lat. Dopiero czwarta część powieści rozpoczyna właściwą akcję. Mijają bowiem 92 lata. Ameryka jest wyludniona i zamieszkała przez „wiroli”, ludzkość chroni się w odciętych od siebie oazach, nie ma ze sobą kontaktu. Niewiadomo co dzieje się z resztą świata, bo kontynent jest odcięty. I wówczas na drodze bohaterów powieści, których można określić mianem Nowych Ludzi (nie pamiętających życia przed wirusem) pojawia się Amy, która mimo upływu dziesięcioleci jest w wieku nastoletniej dziewczynki. Dalej zdradzał nie będę. Zapewniam jednak, że Justin Cronin wszystko stara się wytłumaczyć naukowo (chyba bardziej pseudonaukowo) i nie ucieka w żadne nadprzyrodzone odpowiedzi.

Z uwagi na to, że to powieść postapokaliptyczna kilka słów chociaż należy poświęcić lokalizacji. Tak, jak wspomniałem Ameryka jest wyludniona, ludzkość rozsiana po małych enklawach, odciętych od siebie, nie mających ze sobą kontaktu. Miasta są opuszczone, zniszczone, idealnie zatem stworzone jako scena, na której rozgrywa się akcja powieści. Ale w tym tomie bohaterowie podróżują głównie wśród małych miejscowości, wzdłuż lub autostradami. Nie ma wielkich metropolii, ale to dlatego, że zamieszkują je „wirole”, więc bohaterowie dysponujący ograniczonymi siłami nie mają czego tam szukać. Zatem tzw. „setting” postapokaliptyczny nikogo nie zaskoczy, ani nie oszołomi. Nie jest spektakularny, ale przecież w Bastionie także nie był.

Akcja jest wartka, ale jest czas na spokojne poznawanie tego nowego świata i samych bohaterów powieści. I to kolejne nawiązanie do czegoś co roboczo nazwę stylem Kinga. Autor bowiem stara się przybliżyć czytelnikowi bohaterów, kreśląc ich sylwetki, oddając ich emocje, uwiarygodniając psychologicznie tym samym ich wybory i decyzje. Wychodzi mu to nieźle, choć do Stephena Kinga (np. z Bastionu) sporo jeszcze brakuje. Zobaczymy w kolejnych tomach, jak rozwinie się autorowi warsztat, bo fabuła ma iście epicki rozmach. W pierwszym tomie – poza wstępem oczywiście – dominuje znanych z tolkienowskiej fantasy, motyw wyprawy. Jest drużyna, jest cel, jest podróż, która wszystkich zmieni, bohaterowie dorosną do wyzwania, które ich czeka. Justin Cronin w trakcie tej wyprawy umiejętnie starał się zaskoczyć czytelnika nieoczekiwanymi zwrotami akcji, niespodziankami fabularnymi i zaskakującymi finałami poszczególnych wątków. Nie wszystko mu się udało, ale dobrze, że się starał zamiast powielać jakiś schemat. Powieść można czytać bez bólu, choć bez wątpienia nie pochłania tak, jak Bastion. Jednak lektura nie będzie zmarnowanym czasem. Finał nie był spektakularny, ale to dopiero pierwszy tom. Większość tajemnic, które tu się pojawią znajdzie swój finał – tak jakby autor starał się zabezpieczyć na wypadek, gdyby z ciągu dalszego nic nie wyszło, bo czytelnicy nie kupią powieści. To dobrze, bo choć finał jest otwarty to stanowi mimo to pewną całość: zakończył pewien etap w życiu bohaterów, ale i nakreślone zostały dalsze plany dotyczące walki z zarażonymi i przekształconymi wirusem ludźmi.

Powieść oceniam na mocną czwórkę z plusem. Fabuła ma potencjał, choć pewnie można przewidzieć finał cyklu. Jednak niektórymi rozwiązaniami Justin Cronin zaskoczył mnie w trakcie lektury, zatem nawet przewidywalny finał może być w jego wykonaniu ciekawy. Przejście to dobra, mało wymagająca, głównie przygodowa lektura. To dobry początek trylogii i będę czekał na kolejne części.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Albatros
Tytuł oryginału: The Passage
Tłumaczenie: Zbigniew Kościuk
Data wydania: 19 października 2011
ISBN: 978-83-7659-538-2
Oprawa: miękka
Format: 145 x 205
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 752

This entry was posted on środa, Grudzień 7th, 2011 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.