„Stal nie przemija” to ostatnia, jak dotąd, powieść Richarda Morgana. Polscy czytelnicy mieli okazję już zapomnieć o tym pisarzu, gdyż od polskiej premiery „Trzynastki” minęło nieco czasu. A i wydawca z racji różnych problemów czy zawirowań nie spieszył się z wydaniem kolejnej powieści. Zresztą sam Richard Morgan od kilku lat nie rozpieszcza swoich czytelników. „Stal nie przemija” ukazała się w Zjednoczonym Królestwie w 2008 r. Od tamtej pory pisarz albo pracuje nad jej kontynuacją (to pierwsza część zamierzonej trylogii), albo stracił zapał do pisania w ogóle. Tak czy owak, trudno znaleźć w sieci informacje dotyczące literackich projektów, w szczególności zapoczątkowanej tą powieścią trylogii „A Land fit for Heroes”.

Nie należy jednak zrażać się do „Stal nie przemija” z powodu nieznanych dat publikacji kolejnych części. Jak w każdym niemal szanującym się cyklu fantasy, pierwszy tom został skonstruowany jako zamknięta całość. Zatem nieusatysfakcjonowany czytelnik może bez żalu porzucić śledzenie dalszych losów bohaterów cyklu – o ile te, oczywiście, powstaną. Wszystkie rozpoczęte wątki znajdą swój mikro-finał, pozostawiając pole do rozpisania kolejnych w następnych tomach. A zakończenie jest na tyle efektywne, aby czytelnik, który połknie haczyk, czekał z niecierpliwością na ciąg dalszy.

Odpowiedź na pytanie podstawowe: jak to można zjeść – jest prosta. „Stal nie przemija” to heroiczna fantasy. W podziękowaniach Richard Morgan przyznaje się do inspiracji twórczością Michaela Moorcocka (Hawkmoonem, Elricem i Corumem), Karla E. Wegnera (Kane) czy Poula Andersona. Jednak przyznać trzeba, że autor dorzucił swoje trzy grosze do kreacji głównego bohatera, nadając jej oryginalny rys, z pewnością rzadko spotykany w literaturze fantasy. A na pewno tej znanej najniżej podpisanemu. Myślę, że nie będzie ogromnym spoilerem, jeśli napiszę, iż główny bohater jest homoseksualistą. Ale to zasadniczo jedyna cecha wyróżniająca go spośród innych herosów fantasy. Poza tym jest on znakomitym rębajłą, nieco cynicznym twardzielem i bywa brutalnym i bezwzględnym zabójcą pozbawionym skrupułów (choć czasami jednak sumienie również się w nim odzywa). Poznajemy go gdzieś na zapadłej wsi, niedaleko miejsca ostatniego triumfu okupionego ogromnym, tragicznym kosztem. Ta klęska-zwycięstwo nieco go naznaczyła i sam bohater żyje w zawieszeniu, dorabiając sobie jako lokalna atrakcja turystyczna. Punkt wyjścia powieści jest zatem nieciekawy, jeśli chodzi o dalszą przyszłość Ringila (bo takie nosi imię). Ale z marazmu wyrywa go spotkanie z matką i perspektywa odnalezienia zaginionej kuzynki, która za sprawą męża nieudacznika wpadła w tarapaty. Bohater wraca zatem w rodzinne strony, do przeszłości, bolesnej i okrutnej, z którą, siłą rzeczy, będzie musiał się zmierzyć.

Wspomniany homoseksualizm głównego bohatera jest tu przedstawiony bez sentymentów. Żyje on przecież w quasi-średniowiecznym świecie. Dodatkowo jest to typowy świat fantasy: rządzony przez mężczyzn, zwyczaje, wierzenia, dla których homoseksualizm to aberracja, rzecz niegodna mężczyzny, upadlająca. Z tego też powodu przeszłość Ringila jest taka bolesna; wciąż niezabliźnione rany i urazy muszą dać o sobie znać w trakcie rozwoju fabuły. Ta, w miarę ciekawa, konstrukcja głównego bohatera nie jest dosyć sprawnie rozegrana, jeśli chodzi o jego warstwę psychologiczną, ale i tak budzi szacunek, że autor porwał się na coś takiego. Richard Morgan ponadto nie zamierza oszczędzać czytelnika i silić się na oryginalność na pół gwizdka. Skoro już przyjął, że bohater jest gejem, to poszedł na całość. A zatem nie skąpi czytelnikowi opisów homoseksualnych gwałtów, ale, dla kontrastu może, odmalowuje też namiętny stosunek seksualny między dwoma mężczyznami (z których jeden nie jest tak do końca rzeczywisty). O ile w poprzednich powieściach Morgana takie dosłowne i naturalistyczne sceny erotyczne nie budziły wzdrygnięć (bo opisywały kontakty heteroseksualne), o tyle w „Stal nie przemija” czytanie opisów homoseksualnych wymaga nieco zaciśnięcia zębów u co wrażliwszych czytelników. Z pewnością mogę napisać, że miałem z tym problem. Jednak Richard Morgan nie stara się szokować na siłę. Jak pisałem, w każdej jego powieści można spotkać takie dosadne opisy kontaktów seksualnych. „Stal nie przemija” jest zatem pod tym względem oryginalna głównie poprzez wprowadzenie opisów aktów homoseksualnych. A że świat wykreowany nie należy do łagodnych i przyjaznych słabym jednostkom, to i ta brutalność, także w opisach owych aktów, nie wybija się spośród ogólnej konstrukcji.

Fabuła powieści rozwija się niespiesznie, powoli odsłaniając kolejne elementy potencjalnego uniwersum, w którym rozgrywać się będzie cała trylogia. Wprawdzie Ringil jest tu główną postacią, jednak Richard Morgan wprowadził także dwie kolejne z nim związane, których losy rozgrywają się przez większą część powieści niezależnie od siebie. A ich splecenie się w okolicach finału to prolog do kolejnego tomu. Tak samo jak to, co przeżyje i odkryje główny bohater, starając się znaleźć zaginioną kuzynkę. Wprowadzenie nowych postaci daje też szansę na pełniejszy opis świata, ponieważ przygody każdego z nich rozgrywają się w innych jego częściach. Z pewnością można napisać, że niezależnie od tego, gdzie by oni nie przebywali, to i tak łączy owe miejsca jeden wspólny mianownik: brutalny, pozbawiony sentymentów świat, gdzie wygrywa silniejszy i bardziej bezwzględny. Nieważne, czy to rozległy step, czy serce imperium. Skoro nawet budzący strach tyran może okazać się bezradny w starciu z oficjalnie panującymi kultami, to co dopiero zwykli ludzie wystawieni na łaskę jego „wyzwoleńczej” armii?

Tych, którzy twórczości Richarda Morgana dotąd nie poznali, odsyłam do „Modyfikowanego węgla” i kolejnych książek, których bohaterem jest Takeshi Kovacs. Sam zastanawiam się, czy sobie ich nie przypomnieć, bo „Stal nie przemija” rozbudziła mi apetyt na ponowną lekturę dzieł tego autora. W „Stali…” udowodnił, że potrafi odnaleźć się w konwencji fantasy i dołożyć do niej jakiś niewielki autorski rys. Fakt, że powieść nie jest miałką, standardową heroiczną fantasy i wymaga od czytelnika otwartości (chociażby zaakceptowanie homoseksualizmu Ringila, ale bez żenującego dydaktyzmu) – siłą rzeczy nie jest dobrym prognostykiem komercyjnego sukcesu na miarę innych starych wyjadaczy w tym gatunku. Tym większe uznanie należy się wydawcy, któremu zawdzięczamy polskie wydanie. Choć nie jest ono tak ładne, jak w przypadku poprzednich powieści Morgana – to niemal kieszonkowy format, który nijak mi nie będzie pasował do dużych, twardych wydań poprzednich książek.

Chętnie przeczytałbym ciąg dalszy przygód Ringila i jego towarzyszy. Problem w tym, że nie wiadomo, kiedy się one pojawią na rynku. Mogę chyba polecić lekturę „Stali…” przede wszystkim fanom Richarda Morgana. Jako początek trylogii jest to powieść udana, ale nie odstaje od innych początków cykli fantasy, poza wspomnianymi wcześniej elementami oryginalnej kreacji głównego bohatera. Trudno mimo to przewidzieć, w którym kierunku rozwinie się cała fabuła i z jakim skutkiem. Jedno wiadomo z pewnością: będzie brutalnie, mrocznie i krwawo.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: ISA
Tytuł oryginału: The Steel Remains
Tłumaczenie: Przemysław Bieliński
Data wydania: 25 listopada 2011
ISBN: 978-83-7418-233-1
Format: 115 x 175
Oprawa: miękka
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 400

This entry was posted on środa, Styczeń 25th, 2012 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

2 komentarze to “„Stal nie przemija” – Richard Morgan”

  1. O ile sie nie mylę to drugim tomem cyklu zapoczątkowanego „Stalą …” jest powieść „Cold Commands”, która ukazala sie w 2009 r. Od tego czasu faktycznie R.Morgan nic nowego nie opublikował, ale kontynuacja „Stali…” jak najbardziej się ukazała.
    Dla mnie taka szaro – bura kreacja świata Ringila była mocno odświeżająca po kilku spotkaniach z powieściami o bardziej czarno – białej charakterystyce. Poza tym takim dodatkowym smaczkiem może się okazać wieksze lub mniejsze powiązanie świata Ringila ze światem wykreowanym przez R.Morgana w powieściach o Takeshim Kovacsu. Mamy co do tego pewne wskazówki, ale na razie chyba jeszcze zbyt nikłe, żeby ogłosić je nawet tylko prawdopodobnymi.
    Pozdrawiam.
    ryba72rk

  2. Rzeczywiście, mój błąd. Oparłem się w tym zakresie na Wikipedii, ale ta pokazuje ten tytuł z datą 2011 i przysiągłbym, że gdy pisałem to jeszcze tego tytułu nie było. Niemniej jednak, mój błąd.