Ta powieść to czwarta, osadzona w wiktoriańskiej Anglii, odsłona przygód lady Alexii Maccon (de domo Tarabotti) – kobiety bez duszy, zajmującej się rozwiązywaniem różnych nadprzyrodzonych tajemnic, uczestniczącej w czymś, co można określić gabinetem cieni królowej Wiktorii. Kobieta, do której kłopoty lgną na potęgę. Przyznaję się już na wstępie – poprzednich trzech powieści nie czytałem. To może zdyskwalifikować moją opinię o tej książce, szczególnie w oczach fanów (znalazłem kilka entuzjastycznych recenzji poprzednich przygód tejże damy). Ale ja sam wcale nie uważam za problem tego, że „wskoczyłem” w ten cykl dopiero w czwartym tomie. Co więcej, uważam to wręcz za zaletę, która – dodatkowo – podnosi moją ocenę tej powieści.

Gdybym czytał poprzednie odsłony przygód lady Maccon, z pewnością przy „Bezwzględnej” umierałbym z nudów jeszcze przed dobrnięciem do połowy powieści. Choć jej czytanie nie było nieprzyjemne, to jednak jest to literatura bardzo schematyczna i mało skomplikowana. Autorka stara się prostotę intryg i ich małe wyrafinowanie (co, ostatecznie, nie musi być zarzutem, przyznaję) „przykryć” zaludnieniem wykreowanej rzeczywistości i samej zasadniczej fabuły, fantastyczną menażerią, która może przyprawić o zawrót głowy. I stwarza przez to wrażenie tętniącego życiem świata. Niestety, jest to tylko pierwsze wrażenie i na dodatek mylące. Ale dzięki temu, że nie miałem okazji poznać wcześniejszych przygód, nawet ciekawe były próby odkrywania tego, co się wydarzyło wcześniej i co zaprowadziło bohaterów do miejsca, w którym ich spotykamy na progu zawiązania akcji „Bezwzględnej”. Zatem lekturę rozpocząłem z werwą. Chyba nie ma sensu uciekać w łatwiznę i opisywać tego, o co w powieści chodzi – spisek na życie królowej Wiktorii, tajemnica z przeszłości, na drugim planie walka siostry głównej bohaterki o równouprawnienie. Czytelnikom, którzy znają poprzednie tomy, reklamować w ten sposób fabuły nie potrzeba. A – jak myślę – ci, którzy sięgną po tą powieść z pominięciem poprzednich, uczynią to tylko przypadkowo.

Powieść, jak i cały cykl, reklamowana jest tu i ówdzie jako połączenie Jane Austen i miejskiej fantastyki. Z tym drugim się zgodzę, z tym pierwszy w ogóle. Fantastyki jest tu zatrzęsienie. I to byłoby nawet przyjemne, gdyby nie prowadziło do przesytu. Wampiry, wilkołaki, duchy i jeżozwierze mordercy w wiktoriańskiej Anglii – że pozostanę tylko przy zachętach oficjalnych. Ale co zrobiłby z tym bardziej wytrawny pisarz, jak np. Neil Gaiman… Ech… Autorka może i stara się czerpać ze stylu Jane Austen, ale – jako tejże cichy wielbiciel – muszę się jednak wzdrygnąć. Uczynienie bohaterką kobiety w wiktoriańskiej Anglii to chyba jednak trochę zbyt mało, aby przyznawać autorce „pokrewieństwo” literackie. Nawet czerpiąc wiedzę z Wikipedii, każdy czytelnik Gail Carriger bez trudu dostrzeże, że porównywanie jej z panną Austen to jawne nadużycie marketingowe. Lizzy Bennet jednym celnym i uprzejmym zdaniem pokazałaby lady Maccon jej miejsce i niestosowność zachowania, a gdyby postawić Alexię obok lady Katarzyny de Bourgh, to zostałaby bohaterka „Bezwzględnej” zmiażdżona samym uniesieniem brwi. Hałaśliwość i wyniosłość to zbyt mało, aby porównywać lady Maccon do znaczących, głównych bohaterek powieści Jane Austen.

Drugi „zachwyt” – powieść wypełniona humorem. To również przesada. Owszem, trzeba przyznać, że autorka pisze stylem lekkim i przyjemnym w odbiorze. Stara się żartować, ironizować, mrugać oczkiem do czytelnika. Ale wzbudzało to u mnie tylko niewielki uśmiech na twarzy. I na bardzo krótko. Komizm sytuacyjny występuje w niewielkim natężeniu (albo ja mam jego wyczucie upośledzone), jednak zdarzają się i niewielkie porcje niewymuszonego humoru słownego: „Felicity, poznaj majora Channinga Channinga z Channingów chesterfieldzkich, wilkołaka i gammę mojego męża. Majorze Channing, to moja siostra, Felicity Loontwill. Jest człowiekiem, jeśli uwierzy pan w to po dziesięciu minutach rozmowy”. Albo „Felicity zatrzepotała rzęsami, aż poszedł przeciąg”. Jak na humor wyższych sfer, to przyzwyczajony jestem do lepszej literatury pod tym względem. Ale nie jest źle. Jest na tyle dobrze, aby umilić lekturę i zamaskować wady i niekonsekwencje fabuły.

Wychodzi na to, że to powieść słaba. Ale i to nie jest prawdą. Z pewnością nie jest to literatura (czy też fantastyka) wysokich lotów. To dosyć zgrabna, lekka powieść, do której fabuły trudno się przywiązać. Bohaterka wzbudza sympatię, ale sama w sobie nie jest w ogóle przekonująca. W tej powieści autorka uczyniła ją ciężarną i to w ósmym miesiącu. Wydawałoby się, że będzie to ciekawy zabieg, który zdeterminuje w zasadzie wszystkie akcje podejmowane przez lady Maccon. Miałem jednak wrażenie, że autorka ciąży bohaterki używa tylko wtedy, kiedy jej to pasuje. Raz ta ciąża jest obciążeniem i przeszkodą, innym razem wcale nie przeszkadza. Wydawało mi się to oczywistą niekonsekwencją. A z pewnością nie prowadziło do żadnych zabawnych sytuacji. Mimo owej ciąży akcja nie stoi w miejscu i wydarzenie rzeczywiście (jak pisze wydawca na okładce) goni wydarzenie do tego stopnia, że „Alexia nie ma czasu pamiętać, że jest w ósmym miesiącu ciąży”. Szkoda, że nie ma okazji tego zapamiętać także czytelnik.

Powieść jest idealna do czytania na przystanku autobusowym. I do natychmiastowego zapomnienia. Umili czas, ale nie pozostawi po sobie śladu w pamięci. Do niczego nie zmusi, do niczego nie przekona, nie pozwoli się zaangażować. To taki fantastyczny fast food, którego nie można przecież spożywać w nadmiarze, bo może skończyć się to nieciekawie. Ale od czasu do czasu skosztować nie zaszkodzi. Bywa nawet smaczny na chwilę. Właśnie jak „Bezwzględna”.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tytuł oryginału: Heartless
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Data wydania: 06 marca 2012
ISBN: 978-83-7839-070-1
Format: 125 x 195 mm
Oprawa: miękka
Rok wydania oryginału: 2011
Liczba stron: 364

This entry was posted on niedziela, Kwiecień 1st, 2012 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.