Po przeczytaniu czterech powieści tego pisarza mogę napisać jedno: w każdej kolejnej jest coraz lepszy. A piszę to po lekturze dwóch tomów trylogii „Pierwsze prawo” oraz „Zemsta najlepiej smakuje na zimno” i właśnie po „Bohaterach”. Powieść ta za każdym razem, kiedy brałem ją do ręki, z miejsca przykuwała mnie do lektury.

Fabuła rozgrywa się w tym samym świecie, w którym dzieje się akcja poprzednich książek. Jednak, tak samo jak przy „Zemście”, najnowsze dzieło pisarza można czytać spokojnie, nie znając poprzednich. Można wprawdzie stracić kilka smaczków, ale naprawdę są to szczegóły mało istotne. O wydarzeniach wcześniejszych wspomina się od czasu do czasu, ale tak, aby nie psuć czytelnikowi lektury zarówno „Bohaterów”, jak i poprzednich dokonań Abercrombiego. A wzmiankowane smaczki związane są choćby z postaciami z poprzednich książek. Wspomina się o Monzy z „Zemsty…”, pojawia się w drugoplanowej roli Caul Dreszcz czy Bayaz. Ale nie ma obaw, że coś czytelnikowi przez to umknie. Nawet fakt, iż imię Krwawego-dziewięć budzi strach i panikę wśród Północnych (pomieszane z nabożną czcią), spokojnie daje się uzasadnić na podstawie wydarzeń opowiedzianych w „Bohaterach”. A piszę to po to, żeby przekonać, iż nie warto czekać na poznanie zakończenia trzeciego tomu „Pierwszego prawa” (który może kiedyś się ukaże na polskim rynku), aby przystąpić do lektury dostępnych książek Abercrombiego.

Za sprawą „Bohaterów”, a dokładniej ich… bohaterów, Joe Abercrombie w moim prywatnym rankingu zdetronizował Matthew Stovera. Stoverowy Caine nie dałby chyba rady tym wszystkim charakternikom, choć przecież do ułomków nie należy. Ale natężenie testosteronu u Abercrombiego gwarantuje naprawdę godziwą rozrywkę. Zwłaszcza że pisarz jest szalenie inteligentny i ma talent do kreślenia w kilku zdaniach portretów niebanalnych i przykuwających uwagę swoją niejednoznacznością. Każda z pierwszoplanowych, jak i drugoplanowych postaci potrafi zainteresować do tego stopnia, że czytelnik będzie kibicował bohaterom, którzy mają przecież przeciwstawne cele, dążą ze sobą do zwarcia, konfliktu. To wprowadza znakomitą konfuzję – nie wiemy komu kibicować, bo obydwaj oponenci są tak samo lub podobnie fascynujący. A kiedy wiadomo, że jeden z nich musi przegrać – wtedy naprawdę robi się emocjonująco. To zasadnicza siła tych postaci.

Fabuła rozgrywa się w ciągu zaledwie tygodnia, przy czym trzy dni poświęcone są bitwie, do której dążą dwie strony: Północni pod wodzą Czarnego Dowa i Unia pod wodzą marszałka Kroya (choć tak naprawdę rządzi Bayaz), sprzymierzona ze „zdrajcą” Północy, czyli Wilczarzem. Sama bitwa rozegra się wokół tytułowego wzgórza. Choć tytuł powieści można spokojnie odnieść także do tego, iż mnóstwo w niej postaci. A nawet, zważywszy na finał, ma on swoje jeszcze jedno, realistycznie gorzkie znaczenie. Akcja ukazana jest z punktu widzenia kilku osób. Każda z nich ma – poza ogólnymi, wynikającymi z przynależności do określonej nacji – swoje własne cele. Niektórzy chcą po prostu przeżyć, inni zdobyć chwałę, jeszcze inni znaleźć śmierć, wreszcie są tacy, którzy pragną się obłowić i tacy, dla których ta bitwa to kolejne starcie w znacznie większym, wyrastającym poza politykę konflikcie (Bayaz i Ishri, jak łatwo się można domyślić w trakcie lektury). Nie wszystkie cele zostaną osiągnięte – to oczywiste, ale i nie wszystkie zostaną przed czytelnikiem odsłonięte. Być może na to przyjdzie czas w innych powieściach, bo Abercrombie zamierza nadal pisać dzieła osadzone w tym świecie. I bardzo dobrze, bo zarówno „Zemsta…”, jak i „Bohaterowie” pokazują, że tkwi w tym zamyśle znaczny potencjał. I już nie mogę się doczekać kolejnych książek.

Choć fabuła „Bohaterów” to przede wszystkim losy mężczyzn, nie brakuje w niej miejsca i dla kobiet. Do tego nie są to kobiety banalne. Cudna to Północna wojowniczka i ona zaskakuje najmniej. W tym świecie kobieta dźwigająca miecz nie może być po prostu nijaka. Ciekawszą postacią jest Finree – szlachcianka z Unii, córka marszałka Kroya, inteligentna, przebiegła, odważna intrygantka dążąca do zdobycia jak najwyższej pozycji dla swojego dzielnego, ale uczciwego i szlachetnego męża. I niedostrzegająca przy tym miłości, jaką darzy ją złamany, zhańbiony Gorst, niegdyś dowódca królewskiej straży, odtrącony przez monarchę po pewnym wydarzeniu w „Zemście…” (ale to nieważne, jak pisałem, ponieważ go nie zapamiętałem i musiałbym kartkować gorączkowo „Zemstę…”, aby się upewnić, że tam rzeczywiście występuje).

Abercrombie ciekawie wygrywa różnice charakterologiczne między Północnymi a Unionistami. To, co uchodziłoby w Unii za rozwagę i przejaw inteligencji (zachowanie Caldera), wśród Północnych budzi szyderstwo i hańbę. Autor pokazuje jednak, że obydwie strony są w stanie się od siebie sporo nauczyć i te „wartości” przeciwnika przenikają na drugą stronę (jak to, że Czarny Dow przyznaje rację Calderowi, ale tylko wśród zaufanych, bo wie, że wojsko również jego uznałoby za tchórza, gdyby przyznał mu rację publicznie). Takich małych, satysfakcjonujących smaczków można znaleźć jeszcze sporo. Fabuła, choć dotyczy tak naprawdę bitwy, nie jest utkana tylko z opisów walk. Znalazło się w niej również miejsce na mniejsze i większe intrygi polityczne. Jak potoczą się losy niektórych bohaterów, da się od pewnego momentu przewidzieć, ale nie do końca. Nie chcę zdradzać szczegółów ani nawet wskazywać, o kogo chodzi, aby nie psuć frajdy. Dość napisać, że nawet w przypadku dającego się przewidzieć finału któregoś z wątków, Abercrombie potrafi tyleż nagle, co nieoczekiwanie (ale jak doskonale) zmienić sytuację bohatera albo dorzucić jakiś szczegół, który stawia klęskę bądź sukces w nowym świetle. W zasadzie, jeśli chodzi o bohaterów, zawiodła mnie tylko kreacja potężnego dzikusa, który zwie się Nieznajomy-u-Bram. A zawiodła dlatego, że najpierw Abercrombie wykreował postać, która od pierwszej sceny fascynuje, a potem nieco po macoszemu ją potraktował. Może to z powodu przesytu, jeśli chodzi o ilość bohaterów? A może Nieznajomy-u-Bram jeszcze powróci w kolejnych powieściach? I w tym miejscu mogę wytknąć Abercrombiemu jedną, zasadniczą wadę. Właśnie na przykładzie Nieznajomego-u-Bram można stwierdzić przesycenie powieści znakomitymi postaciami. A jest ich tak wiele, że nie dla wszystkich starczy miejsca na tyle, aby zaspokoić czytelniczy głód. Może autor powinien jednak się pohamować następnym razem?

Joe Abercrombie stworzył (po raz kolejny) czysto rozrywkową, ale inteligentną i doskonale skonstruowaną fabułę, która daje czytelnikowi mnóstwo frajdy. Czytając i „Zemstę…” i „Bohaterów” można dostrzec, że pisarz lubi bawić się konwencją, stylami, rozpycha się łokciami i zawłaszcza dla siebie nowe obszary. I o ile u Matthew Stovera historia wykreowanego przez niego twardziela dobiega już końca i wydaje się wyeksploatowana do dna – o tyle u Abercrombiego w piątej powieści (czwartej na polskim rynku) można bez trudu zaobserwować ciągłą zwyżkę formy i potencjał na kolejne historie z nowymi/starymi bohaterami, w nowych/starych lokacjach. I to jest najlepsza nowina dla czytelników, którzy dadzą się pisarzowi porwać.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: MAG
Tytuł oryginału: The Heroes
Tłumaczenie: Robert Waliś
Data wydania: 13 kwietnia 2012
978-83-7480-248-2
Format: 135 x 202
Oprawa: miękka
Liczba stron: 764

This entry was posted on czwartek, Kwiecień 19th, 2012 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.