Daniel Abraham to pisarz bardzo płodny, o czym można się przekonać, sprawdzając jego bio w Wikipedii. W Polsce jest jednak mało znany. Kilka lat temu wydawnictwo MAG wydało jego „Cień w środku lata” – pierwszy tom czteroczęściowego cyklu „The Long Price Quartet”. Tu i ówdzie „mignęło” pojedyncze opowiadanie. W końcu była też powieść „Wyprawa łowcy”, którą Abraham skończył jako trzeci w kolejności po Gardnerze Dozois i George’u R. R. Martinie. Ostatnio na półkach w księgarniach można znaleźć komiksową adaptację „Gry o tron”, do której dialogi pisał właśnie Abraham. Sam nazywam go pieszczochem G.R.R. Martina, ale jest to komplement. Bo Daniel Abraham w swojej twórczości dostępnej na polskim rynku pokazał, że posiada potencjał do pisania nie wiernie naśladującego styl Martina, ale kreatywnego i inteligentnego. Niemniej jednak, jestem w mniejszości. Bo o ile o „Wyprawie łowcy” trudno napisać coś pozytywnego (ot, taka sobie powieść), to o „Cieniu w środku lata” czy opowiadaniach wyrażam się zawsze w ostrożnych superlatywach. Ostrożnych – ponieważ owa znana mi próbka twórczości Abrahama bardzo dobrze rokowała na przyszłość.  Tymi samymi słowy można by zresztą streścić sens poniższej recenzji.

„Smocza droga” to pierwsza część kolejnego, tym razem pięcioczęściowego cyklu „Dagger and the Coin” i w tym tytule zawiera się esencja fabuły. Naturalną koleją rzeczy porównywałem powieść do „Pieśni Lodu i Ognia”, ale nie jest to trafne porównanie. Choć Abraham rozwija fabułę podobnie jak Martin, jednak nic nie zapowiada, aby miała się ona rozrosnąć tak dalece, jak saga o Siedmiu Królestwach. Rzucającym się w oczy podobieństwem jest przypisanie kolejnych rozdziałów poszczególnym postaciom i przedstawianie zawartych tam wydarzeń z ich perspektywy. Na razie bohaterów jest czworo. Marcus Wester – ongiś znamienity wódz, którego imię nadal budzi respekt i szacunek. W wyniku zbyt wielkiej ceny, jaką przyszło mu zapłacić za sławę, został kimś w rodzaju najemnika dowodzącego kompanią złożoną z niego samego i wiernego adiutanta. Do czasu. Cithrin bel Sacour – wychowanica potężnego banku, niemal pełnoletnia dziewczyna, której losy na dobre i na złe zwiążą się z losami Marcusa Westera. Dalej mamy Gedera Palliako – szlachcica nie cieszącego się szacunkiem i poważaniem. Również – do czasu. Wreszcie lord Dawson Kalliam, głowa potężnego stronnictwa dworskiego, konserwatywny arystokrata, obracający się w cieniu spisków i walki o władzę. Tak jak w „Pieśni Lodu i Ognia”, fabuła zdecydowanie posiada potencjał do wprowadzania na scenę kolejnych postaci.

Początkowo powieść nie wciągnęła mnie wcale. Czytałem opornie. Fabuła rozwijała się powoli, zresztą jej niespieszność to cecha charakterystyczna i warto o tym wiedzieć, aby się nie zrazić na samym początku. Jednak Daniel Abraham udowodnił, że nie tworzy szablonowo. Bo w końcu nadszedł „punkt przełamania”, który sprawił, że losy bohaterów zaczęły toczyć się całkiem inaczej, niż się spodziewałem. I ten zwrot można uznać za znakomity. Była to seria ciosów w czytelnika – w moim przypadku sprawiły, że musiałem zmienić o książce zdanie. Od tej chwili zaczęła ona zyskiwać z każdym rozdziałem. Ucieszyło mnie przede wszystkim to, że Abraham ponownie (po „Cieniu w środku lata”) rozwija wątki związane z ekonomią. Już poświęcone temu rozdziały z Cithrin i Marcusem wystarczyłyby, aby windować moją ocenę wzwyż. Ale był również doskonały zwrot akcji w wykonaniu Gedera, który z kompanijnej ciamajdy stał się znaczącym graczem, a w kolejnych częściach cyklu dopiero zacznie rozwijać skrzydła (chociaż po finale powieści mam też podejrzenie, że może równie dobrze stać się marionetką). Najsłabiej wypadły intrygi dworskie i walka o władzę. Były znakomite, ale naczytałem się już tego u Martina i Abraham niczym mnie nie zaskoczył. Zatem choć było bardzo dobrze, to ani zaskakująco, ani zbyt świeżo.

Podobnie jak Martin, Abraham ostrożnie dawkuje magię, która tu również nie jest typowa ani nachalna. Bardziej przypomina jakąś wersję/wariant psioniki niż „typowe” dla gatunku rzucanie zaklęć czy inne magiczne szacher-macher. Wykreowany świat jest ciekawy (autor dorzucił do niego obowiązkową mapkę, aby nie pogubić się w krainach i zależnościach), chociaż – przynajmniej na razie – niezbyt skomplikowanie przedstawiony i rozwinięty. Być może nie było sensu obarczać czytelnika nadmiarem wiedzy już w pierwszym tomie cyklu. Przyjdzie na to czas. Akcja osadzona jest w quasi-średniowiecznym świecie, ale przecież nie stoi on – jak zazwyczaj – w miejscu, jeśli chodzi o rozwój. Potężne staje się kupiectwo i handel. Banki są nie mniej groźne niż królestwa, a i „ideały demokracji” pobrzmiewają tu i ówdzie, choć chyba raczej jako instrument w rękach graczy (np. idea rad chłopskich i udziału plebsu w sprawowaniu władzy), niż samodzielne rozsadniki rewolucji.

Reasumując, warto powieści dać szansę. Może tym razem Daniel Abraham zagości na polskim rynku na stałe. Zasłużył na to już „Cieniem w środku lata”, ale najwidoczniej przeszedł on w Polsce bez echa. Szkoda, powtórzę. Po tym, jak Steven Erikson zakończył pisanie „Malazańskiej Księgi Poległych” a George R. R. Martin nie kwapi się z systematyczną pracą nad „Pieśnią Lodu i Ognia”, brakuje w Polsce gwiazdy epickiej fantasy, którą można czytać bez obrzydzenia infantylnością i schematycznością (Terry Goodkind). Daniel Abraham nie zapewni czytelnikowi spektakularnej rozrywki jak Abercrombie czy Stover, jednak to, co przynosi „w darze” jego powieść, warte jest poświęconego czasu.

Autor: Roman Ochocki

Wydawnictwo: Ars Machina
Tytuł oryginału: The Dragon’s Path
Tłumaczenie: Andrzej Jakubiec
Data wydania: 25 kwietnia 2012
978-83-932319-9-7
Format: 130 x 195
Oprawa: miękka
Liczba stron: 576

This entry was posted on wtorek, Maj 8th, 2012 and is filed under Recenzje. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.