Catherynne M. Valente dane było nam poznać ponad rok temu. Wtedy to został wydany w naszym kraju pierwszy tom „Opowieści sieroty”. Cudowna książka, baśń, zbiór przypowieści w formie powieści szkatułkowej. Autorka zauroczyła czytelników swoim stylem, poetyckością języka. Druga część dylogii, choć wydawałoby się to nieprawdopodobne, jeszcze bardziej rozbudziła apetyty odbiorców na piękno oraz rozkochała ich w sobie. Teraz przyszedł czas na kolejną odsłonę talentu amerykańskiej pisarki – „Palimpsest” to jej najnowsze dzieło. Utwór, dzięki któremu znowu zanurzymy się w inny świat, gdzie każda następna strona będzie odkrywała przed nami niezwykłości świata, prawdziwie baśniowego, a zarazem rzeczywistego aż do bólu.
„Sklepik z marzeniami” Stephena Kinga na pierwszy rzut oka może odpychać. Przez dłuższy czas nie chciałem mieć z nim nic wspólnego, omijałem szerokim łukiem, a wszystko za sprawą uprzedzeń. Choć głoszę wszem i wobec, że nie należy oceniać książki po okładce, to tym razem sam złamałem tę zasadę. Odstawiłem powieść na dalszy tor tylko dlatego, że przypominała kioskowe wydania romansów, a wydawca zachęcał do spotkania z demonem nawiedzającym przeciętne miasteczko z jeszcze bardziej przeciętnymi Amerykanami. Koniec końców przeczytałem wspomnianą powieść i muszę powiedzieć, że zostałem przyjemnie zaskoczony.
Przyjemność z czytania Alastaira Reynoldsa można porównać do przyjemności picia dobrego wina. Jeśli jesteś w stanie rozpoznać smaki i aromaty, ocenić je (docenić) i opisać, to ogarnia cię snobistyczna satysfakcja, że miałeś do czynienia z czymś wyjątkowym i dostępnym tylko niewielu. Zważywszy na fakt, iż bardzo dobre wina można kupić za stosunkowo niewielką cenę – łatwo poczuć się jego koneserem. Lekturę powieści Alastaira Reynoldsa porównałbym zatem do kosztowania Brunello di Montalcino.
„Otchłań Rozgrzeszenia” to kontynuacja dwóch wcześniejszych powieści tego pisarza: „Przestrzeni Objawienia” i „Arki Odkupienia”. Tytuły tych książek mogą wprowadzać mylące wrażenie, że mamy do czynienia z fantastyką zahaczającą o motywy religijne. Nic bardziej mylnego. Science fiction oferowana przez Reynoldsa jest pozbawiona mistyki i łatwych ucieczek w te rejony. Chyba że za takie uznamy wprowadzenie do wykreowanego wszechświata obcych cywilizacji i potężnych technologii (głównie militarnych), które nadają ich użytkownikom status niemal boski. Do tego bowiem doszło w tej powieści. Wskutek poczynionych wcześniej eksperymentów z nowo odkrytymi technologiami i przy czynnym współudziale urządzenia w Hadesie, bohaterowie zyskali nowe możliwości do walki z Inhibitorami. W „Otchłani rozgrzeszenia” powrócą niemal wszystkie postacie znane z przywołanych wcześniej powieści Reynoldsa. Ci, którzy przeżyli, jak i ci, o których czytelnik myślał, że nie przetrwali. Pojawi się także kilka nowych oraz nieoczekiwany zwrot akcji pod koniec powieści, który jednak nie będzie sprawiał wrażenia wyciągniętego z kapelusza królika. W zasadzie tylko wydarzenia opisywane na planecie z wędrującymi katedrami mają, na pierwszy rzut oka, religijne tło. Jednak do czasu, bo u Reynoldsa wszystko ma racjonalne wytłumaczenie.
Można powiedzieć, że debiutancka powieść Joanny Skalskiej była jedną z oczekiwanych przeze mnie książek, które miały się ukazać w tym roku. Sięgając po nią, w pamięci miałam dobre wrażenie z lektury „Wyspy”, opowiadania, które znalazło się w antologii „Nowe idzie”, nie do końca wiedziałam jednak, czego powinnam spodziewać się teraz. Czegoś podobnego do tego krótkiego tekstu, czy też odwrotnie, zupełnie odmiennego? Adnotacja z tylnej okładki niekoniecznie wiele wyjaśniała, jak również niespecjalnie zachęcała. Tuż przed lekturą pojawiła się nawet mała obawa przed rozczarowaniem. Jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie „Eremanta” okazała się pozycją jak najbardziej godną uwagi.
Kim jest Christopher Moore, nie muszę pisać. Jak pada to nazwisko, od razu czytelnicy odpowiadają, że to ten gość od „Najgłupszego anioła”. Autor zabawnych książek, przesadza w nich gdzie się da, bywa wulgarny i niesmaczny, obrzydliwy i złowieszczy, a nawet zdarza mu się być uroczym – to tak w przerwach między obrzezaniem rzymskiego posągu, a gwałtem na bardzo, ale to bardzo chętnej kucharce. Jak wielu czytelników wie, Moore tworzy także romanse, troszkę specyficzne. Cała historia zaczęła się w 1995 roku, kiedy to zostali wydani „Krwiopijcy”. Powieść o wampirach zamieszkujących San Francisco tak przypadła do gustu fanom, że po latach nalegań i listów z pogróżkami autor napisał jej kontynuację. „Ssij, mała, ssij” ukazała się 12 lat po pierwszej części, jak się dzisiaj okazuje, mini cyklu. Nie dorównała poprzedniczce, ale utrzymała poziom – mówienie o poziomie przy uwłaczających ludzkiej estetyce, etyce i obyczajowości treściach wpędza mnie w konsternację… Reasumując, Moore dopisał kontynuację kontynuacji i wyszło z tego… aj, szkoda gadać.
Miałem problem z „Fioletem”. Wynikał on z tego, że powieść ta jest całkowicie nie z mojej bajki. Brakuje jej rozmachu, epiki, bogatego tła, czyli wszystkiego, co składa się – na ogół, dla mnie – na co najmniej dobrą książkę, wartą polecenia. Ale postanowiłem jej nie skreślać tylko dlatego, że nie jest pisana z myślą o mnie.
Przy czytaniu „Fioletu” widać gołym okiem, że autorka znalazła sobie niszę, którą stara się wypełnić i zawłaszczyć dla siebie. Czytelnikom jej poprzednich książek nie trzeba chyba tego tłumaczyć, ale dla mnie był to pierwszy kontakt z twórczością Magdaleny Kozak i bardzo wyraźnie rzuciło mi się to w oczy. Generalnie rzecz ujmując, mógłbym sprowadzić wszystko do stwierdzenia, że pisarka jest polską wersją light Toma Clancy’ego (i to z tego schyłkowego okresu jego twórczości, poza cyklem o Ryanie) w „dekoracjach” fantastycznych. I po lekturze „Fioletu” właśnie takie przekonanie rzuciło mi się na mózg i będzie decydować o odbiorze kolejnych jej powieści, jeśli wpadną mi w ręce. Jednak to połączenie nie jest do końca, moim zdaniem, udane.
Po „Uciekiniera” sięgnąłem z jednego powodu. Kilka lat temu oglądałem film „Żywy cel”. Opowiadał o grupce najemników, którzy w celach treningowych porywali obywateli Stanów Zjednoczonych i polowali na nich. Pewnego dnia spotkali godnego siebie przeciwnika. Scenariusz przypadł mi do gustu i to nie tylko dlatego, że już wtedy szalałem na punkcie Rambo. Motyw samotnego rycerza wymierzającego sprawiedliwość zawsze mnie fascynował. Właśnie dlatego nie mogłem przejść obojętnie obok historii Richarda Stuarta.
„Uciekinier” to kolejne spotkanie z twórczością Stephena Kinga. Tym razem autor zabiera czytelnika w podróż do przyszłości, do Stanów Zjednoczonych funkcjonujących pod wodzą potężnej Korporacji Gier. Choć na pierwszy rzut oka świat zaprezentowany w powieści może uchodzić za odmienny od naszego, jest to odczucie mylące. Pewne cechy charakterystyczne dla XX wieku są w nim nadal aktualne. Kapitalizm, slumsy, pogarszająca się kondycja środowiska naturalnego, wyzysk niższych warstw społecznych. Novum przyszłości polega natomiast na całkowitym podporządkowaniu życia gospodarczego i politycznego kraju chciwej korporacji. Z góry jednak zaznaczam, że Stephen King skupia się tylko i wyłącznie na przedstawieniu swojej ojczyzny. To co znajduje się poza nią owiane jest tajemnicą i tylko między wersami można przeczytać, że Francja nadal istnieje. Czy także jest ogarnięta szałem na punkcie teleturniejów? Trudno powiedzieć. Książka jednak nie traci przez to na atrakcyjności. Wręcz przeciwnie. Czytelnik całą uwagę poświęca alegorycznej wizji Stanów Zjednoczonych.
Nikt nie zna przepisu na bestseller, zatem i ja nie będę wróżył, czy „Upadli” staną się w Polsce hitem na miarę powieści Stephanie Meyer. Jednak, na pierwszy rzut oka, po lekturze mógłbym się zgodzić, że ma ona spore zadatki na przebój dla nastoletnich (i trochę starszych) czytelników.
Przede wszystkim główną bohaterką jest nastolatka, która trafia do szkoły dla podobnych do niej „trudnych przypadków”, zbuntowanych, „niegrzecznych”, z jakimś cieniem na młodocianym życiorysie. A w szkole tej spotyka Jego, dziwnego chłopaka, do którego czuje miętę tak mocną, że po prostu nie może dać mu spokoju, mimo że On od początku ją ignoruje, odpycha. Ale im bardziej główna bohaterka nie może się zbliżyć do chłopaka, tym bardziej się stara to uczynić. I podejmowane przez nią działania przynoszą nie tylko zamierzony skutek (czego nie sposób się nie domyślić), ale i wprowadzają w życie dziewczyny oraz kręgu jej znajomych sporo zamieszania, gwałtownych zwrotów akcji, przyspieszeń, nieoczekiwanych rozwiązań, zrzucania masek, zakładania nowych. A czasami pod maskami kryją się nowe maski – i nie dotyczy to tylko bohaterów drugoplanowych. Wszystko to jest przyprawione odpowiednią dawką tajemnic, a raczej Naprawdę Wielkich Tajemnic, bo sięgających Nieba (a także jego, jak się okazuje, Wstydliwych Zakamarków). Nie spoileruję – bez obaw. Większość tego, co napisałem do tej pory, da się spokojnie wydedukować z blurba a także internetowych trailerów promujących powieść. Bo przecież w takich powieściach element zaskoczenia oferowanego przez fabułę jest kwestią drugorzędną.
To była chyba jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier fantastycznych w tym roku. Lektura „Bohaterowie umierają” oraz „Ostrza Tyshalle’a” pozostawiła mnie bowiem z wrażeniem, że miałem do czynienia z zamkniętą fabułą, zwieńczoną gwałtownym i krwawym finałem. Po takich przygodach bohaterowie zazwyczaj przechodzą do fazy „i żyli długo i szczęśliwie”, bo trudno – na pierwszy rzut oka – wyobrazić sobie udany restart z nowymi przygodami. Dlatego wieść, że Stover nadal pisze o przygodach swego bohatera, wykreowanego w poprzednich częściach, była elektryzująca. Przyznam jednak, że obawy związane z oczekiwaniem premiery tej powieści były u mnie nikłe. Matthew Stover kupił mnie całkowicie poprzednimi książkami z tego cyklu i ufałem, że powrót będzie w doskonałym stylu. Ciekawość dotyczyła tylko i wyłącznie tego, czego dotyczyć będzie fabuła.
Sięgając po drugą wydaną w Polsce powieść Grahama Joyce’a spodziewałem się, że przeczytam książkę przypominającą raczej masowo wydawane po sukcesie „Kodu Da Vinci” Dana Browna thrillery, oparte o religijne teorie spiskowe. Wskazywały na to tak okładka jak i umieszczona na jej czwartej stronie opinia M. John’a Harrisona. Spodziewałem się książki, którą szybko przeczytam oraz niestety lub na szczęście – szybko zapomnę. Moje obawy okazały się być tylko częściowo zasadne, ale nie oznacza to bynajmniej, że książkę uznam za objawienie roku.
Tak jak i w przeczytanym pół roku temu „Indygo” tak i tu na pierwszy plan wysuwa się szaleństwo. Tom Webster, główny bohater powieści nie może otrząsnąć się po śmierci swojej żony. Porzuca pracę nauczyciela religii w szkole średniej i udaje się w poszukiwaniu ukojenia do Jerozolimy, gdzie chciał z nią pojechać. Obecnie mieszka tam jego jedyna przyjaciółka Sharon, którą poznał jeszcze na studiach










