„Słońce Słońc” – Karl Schroeder (fragment II)

– Kto by pomyślał, że w całej Virdze jest tak wiele pirackich statków? – mruknął załogant. Chaison Fanning pozornie zignorował ten komentarz, ale przez głowę przeszło mu dokładnie to samo. Czyżby zebrali flotę z całego świata, żeby tylko zaatakować ten mały korpus ekspedycyjny? W tej chwili wyglądało na to, że zima istotnie stała się ogromnym, ponurym imperium powietrznych rozbójników i korsarzy, o jakim opowiadały niektóre pieśni i bajania.

Już na początku stracili Strzałę Rushu. Eksplozja statku natychmiast osłabiła ducha walki marynarzy. Chaison krążył teraz po pokładach, wydając rozkazy i rzucając optymistyczne uwagi do mijanych żołnierzy. Musieli wiedzieć, że ufa Sembryemu w kwestii dowodzenia Gawronem, a oni są jego głównym zmartwieniem. Na każdym kroku towarzyszył mu wianuszek zauszników, dlatego mężczyzna przystawał przy każdym iluminatorze, by obserwować walkę i od czasu do czasu przekazywał zwięzłe rozkazy do ekipy semaforowej.

Na chwilę zajrzał do hangaru aerocykli. Pomieszczenie stało niemal puste; wszystkie maszyny ruszyły do boju, za wyjątkiem absurdalnego ścigacza Venery z tymi swoimi przyczepkami, przy którym pracował właśnie jego kierowca. Wrota hangaru stały otworem. Kilku mężczyzn ze strzelbami przycupnęło na ich krawędzi pod różnymi kątami, niczym dziwacznie poustawiane gargulce gotowe odeprzeć potencjalny atak. Na rozkaz admirała okręty wystrzeliły flary, przez co chmury na zewnątrz rozświetlał teraz zielonkawy blask.

W zasadzie w hangarze zapewniona była doskonała widoczność; znacznie lepsza niż z mostku. Chaison doskoczył do drzwi i zakotwiczył się obok zaskoczonego lotnika.

– Macie tego więcej? – spytał, wskazując na strzelbę mężczyzny. – Mam ochotę na moją małą zemstę za Strzałę.

Marynarz odpowiedział szerokim uśmiechem i krzyknął:

– Strzeblę dla admirała, chłopcy!

Podano mu broń. Ostatnich kilka dłoni, które jej dotykały, należało do członków jego świty. Na ich twarzach malowało się zakłopotanie i niezadowolenie. Fanning pokazał im, by do niego dołączyli.

– Poprowadźcie rurę głosową stąd na mostek – rozkazał. Chwilę później Gawron wykonał obrót, po którym pole widzenia przesłonił im czarny kadłub pirackiego statku. Przepływał w odległości nie więcej niż trzystu stóp; przez otwarte furty rakietowe widać było płonące wewnątrz światła.

– Celować w ten statek! – wrzasnął Fanning, po czym wystrzelił ze strzelby. Ludzie wokół niego wydali okrzyk aprobaty. Huknęły kolejne wystrzały. Chwilę po nich niebo przecięły jasne smugi rakiet z Gawrona oraz gdzieś zza niego. Admirał zgadywał, że była to salwa ze Zrywu, który utworzył trójkową formację z okrętem flagowym oraz Niewidzialną Dłonią.

– Skoncentrować ogień na silnikach! – Oddał kilka strzałów demonstracyjnych. W czasie walki takiej jak ta, statki pozostawały w ciągłym ruchu i jednocześnie nieustannie obracały się wokół własnej osi, zwracając swoje baterie rakietowe w kierunku wroga. Aby wykonać ten manewr, statek zmuszony był wysunąć gondole silnika i ustawić je pod kątem dziewięćdziesięciu stopni; to jednak sprawiało, że stawały się one łatwym łupem ognia z broni ręcznej, a także ostrzału rakietowego.

Gawron także się obracał, przez co zaczynała działać siła ciążenia; Chaison zmuszony był przekręcić się i wpić palce we właz wyjściowy, ponieważ dół chwilowo oznaczał również na zewnątrz, nie przestawał jednak strzelać. Właśnie dlatego na czas walki należało przypiąć się do jakiegokolwiek wolnego pierścienia. Zbyt łatwo można było wypaść.

Gdy załoga hangaru straciła korsarza z oczu, Chaison kątem oka spostrzegł jeszcze jednego ze swoich aerocyklistów, nurkującego w ślad za okrętem. Mężczyzna ściskał w dłoni granat, który cisnął z całej siły, przelatując obok z prędkością ponad stu mil na godzinę. Zielonkawa kula zniknęła w dyszy wylotowej pirackiego silnika i eksplodowała tuż przed tym jak wrota hangaru przesłoniły admirałowi widoczność.

Teraz mogli obserwować drugą część bitwy. Dręczyciel, Jasność oraz Areszt posiadały zdolne załogi i utrzymywały formację trójkową, mimo, że otaczało je sześć wrogich okrętów. Jeden z pirackich statków stał w ogniu i zaczął szukać schronienia pośród chmur. Skoordynowany atak rakietowy całej trójki okrył innego korsarza rozbłyskami wybuchów, które wstrząsnęły jego burtami. Ciemny i milczący okręt zaczął dryfować.

Do tej pory okręty i kłębowiska chmur rozjaśniał zielonkawe światło flar, ale teraz pośród obłoków rozbłysły żółte i czerwone punkty. Były to lampy sygnałowe pozostawione przez aerocyklistów, którzy natrafili we mgle najprawdopodobniej na blok lodu lub inną przeszkodę. Zwrócił się do swoich podkomendnych:

– Wszystkie aerocykle: przypuścić atak na wroga.

Kilka sekund później usłyszał bzyczenie silników odrzutowych, w miarę jak na miejscu zaczęły pojawiać się formacje ich własnych aerocykli, które natychmiast rzucały się w wir chaotycznych walk z aerocyklistami piratów.

Ryk silnika rozbrzmiał bardzo blisko. Mógł to być jeden z wracających chłopców z Gawrona, być może ranny, albo… Wychylił się poza krawędź hangaru i rozejrzał. W odległości zaledwie dziesięciu metrów spostrzegł czarną puszkę próbującą dostosować prędkość do obrotów Gawrona. Jej kierowca miał na sobie cytrynowo zieloną kurtkę oraz spodnie w kolorze bordo. Mężczyzna wychylił się tak, by o mijaną furtę artyleryjską zaczepić hak, na którym wisiał granat.

Chaison wychylił się jeszcze mocniej, stojąc teraz na samym skraju otwartych wrót. Z okrętem łączyła go jedynie obwiązana wokół pasa lina. Wycelował broń i wystrzelił jednym płynnym ruchem. Po chwili zobaczył, jak lotnik dostaje konwulsji, a jego aerocykl gwałtownie skręca. Zanim wskoczył z powrotem do środka, upewnił się, że granat zniknął wraz ze swoim właścicielem.

Wisząc tak, nie do końca świadom wiwatów dochodzących z góry, obserwował dalszy przebieg bitwy. Jego siły wyraźnie dominowały jeśli chodziło o uzbrojenie, opancerzenie oraz dyscyplinę, ale wróg miał przewagę liczebną. Piraci – czy też ekspatriowani lotnicy z Aerie – nieustannie wyłaniali się spośród chmur i na nowo w nich chowali. Najwyraźniej mieli też własnych ludzi na aerocyklach, którzy wyszukiwali flary sygnałowe Slipstreamowców; Chaison obserwował jak kolejne świetliste punkty znaczące przeszkody we mgle gasły jeden po drugim. Odnotowawszy uprzednio pozycję lodowców i skał na swoich wewnętrznych systemach nawigacyjnych, piraci nie potrzebowali świateł, by znać swoje położenie.

Kolejny obrót i w polu widzenia pojawił się Zryw oraz Niewidzialna Dłoń zaciekle wymieniające ogień z trzema czarnymi cylindrami. Ich formacja została rozerwana, a dwa okręty zaczęły oddalać się z coraz większą prędkością. Gdy Chaison miał właśnie zapytać, dlaczego Sembry ich nie goni, Gawron wykonał jeszcze pół obrotu, a niebo przesłoniło coś olbrzymiego.

Był to czarny kadłub pirackiego statku. W odległości zaledwie kilku metrów. Cholerne bękarty jakimś cudem podeszły Sembry’ego. Szybki rzut oka wystarczył Fanningowi, by zdać sobie sprawę, że piraci zarzucili linę na wirującego Gawrona. Gdyby nie zerwało jej tarcie lub jakiś wystający fragment, korsarze mogli ściągnąć okręt na kolczaste tarany, które rozmieszczano właśnie wzdłuż furt rakietowych.

– Sembry! – ryknął Chaison. Za coś takiego miał ochotę rozkazać ciągnąć kapitana za statkiem przez cały dzień. Stojący wokół karabinierzy stali, gapiąc się na niego z otwartymi ustami, więc wykrzyczał: – Strzelać w te furty! – Czemu sam dał przykład.

Następnie zwrócił się do swoich ludzi.

– Przygotujcie okręt do abordażu. I sprawdźcie, dlaczego Sembry nie rusza nas z miejsca!

– To miny – rzekł ktoś. – Zaminowali przestrzeń pomiędzy nami a pozostałymi.

W istocie, gdy statek obrócił się ponownie, admirał dostrzegł na zielonkawym tle nieba gwiaździste kształty pomiędzy Gawronem a oddalającym się Zrywem.

– Niech je ktoś usunie! – Mówiąc to, zdał sobie sprawę, że w pobliżu nie było żadnego aerocykla Slipstreamu. Większość z nich brała udział w olbrzymiej potyczce na drugim końcu pola bitwy. Część dryfowała, płonąc lub nie dając znaku życia. Reszta gdzieś znikła.

Obrócił się w stronę pilota Venery, wskazując go palcem.

– Ty! Masz za zadanie oczyścić pole z min.

– S-słucham? – Młodzieniec zamrugał kilka razy, robiąc głupią minę. Oczywiście, był jedynie cywilem.

Chaison zwrócił się do żołnierzy:

– Czy któryś z was umie latać aerocyklem?

– Nie, chwileczkę, zrobię to. – Młody lotnik mierzył Fanninga spojrzeniem, jakby ten właśnie śmiertelnie go obraził. – Ale… – Czarnowłosy chłopak z frantowską miną rozejrzał się na boki. – Będę potrzebował pomocy. – Wskazał obie przyczepki maszyny.

– Nie interesuje mnie to – rzekł Chaison, lekceważąco machając ręką. – Weź kogo tylko chcesz. – A teraz przynieście mi szablę i pistolet.

Czekając na wykonanie rozkazu, obserwował jak pilot prowadzi aerocykl do wrót hangaru. Venerze nie spodoba się, jeśli zepsuję jej taksóweczkę, pomyślał. Sama myśl o tym wywołała uśmiech na jego twarzy.

[Fragment I]