„Dom Derwiszy. Dni Cyberabadu” – Ian McDonald

Dom derwiszy

Poniedziałek

I

Biały ptak unosi się nad Stambułem: to bocian, kreślący czarnymi lotkami spiralę w prądzie wznoszącym. Błysk piór – niosą go wydechy dwudziestu milionów ludzi. Jeden z dziesięciu tysięcy prowadzonych niewidzialną termiczną mapą z Afryki do Europy, szybujących od jednego prądu do następnego, wzlatujących znad Jeziora Wiktorii i Rowów Afrykańskich, lecących wzdłuż srebrnej kreski Nilu, przez Synaj i Liban, ku wielkiemu czworokątowi Azji Mniejszej. Tam migracja się rozdziela. Część kieruje się na północ, na brzegi Morza Czarnego, niektóre na wschód, nad jezioro Wan i podnóże Araratu, najwięcej jednak leci na zachód, przez Anatolię, nad lśniący Bosfor i dalej, ku lęgowiskom na Bałkanach i w Europie Środkowej. Jesienią bociany wrócą zimować do Afryki, pokonując w obie strony dwadzieścia tysięcy kilometrów. Miasto nad tą cieśniną istnieje od dwudziestu siedmiu stuleci, a to, od kiedy dwa razy do roku przelatują tędy bociany, pamięta tylko sam Bóg.

Wysoko ponad Üskudar bociany odrywają się od szczytu termiki, szeroko rozpościerają skrzydła, badają powietrze. Dwójkami i trójkami szybują w dół ku nabrzeżom i meczetom Sultanahmetu i Beyoğlu. W ­krążącym stadzie kryje się matematyka, misterne piękno utkane z prostych odruchów i algorytmów. Gdy ptak przestaje krążyć, na szczycie spirali, zmysł cieplny mówi mu, że podczas tego przelotu coś się zmieniło, coś przydało siły prądowi wznoszącego powietrza. Miasto pod jego skrzydłami dławi nietypowa dla tej pory roku fala upałów.

Minęła godzina modlitwy, ale nie godzina pieniędzy. Stambuł, Królowa Miast, budzi się z krzykiem. Poranny ruch dźwięczy wysokim blaszanym tonem, jękiem gazowych silników. Średnie tony to taksówki i dolmusze*, tramwaje na torowiskach i w tunelach, pociągi w głębszych wykopach, przebijających uskoki tektoniczne pod Bosforem. Od cieśniny dobiega basowe dudnienie ciężkiego transportu: wielkie statki zastawione piętrowo kontenerami przeciskają się obok rosyjskich gazowców jak pływające meczety o kopułach wyładowanych po sam szczyt na terminalach Odessy i Supsy. Warkot okrętowych silników to puls Stambułu. W każdą lukę pomiędzy nimi wskakują promy. Syreny, brzęczyki, hasła i odzewy; silniki dają całą wstecz i bulgoczą, dobijając do nabrzeży Eminönü. Krzyki mew; wszędzie te mewy. Brudne, cwane mewy. Im nikt nie buduje na kominach platform pod gniazda. Mewy szczęścia nie przynoszą. Klekot rolet, trzaskanie drzwi dostawczaków. Poranne radio, muzyka i gadanie. Dużo gadania, o piłce nożnej. Ćwierćfinał Ligi Mistrzów, Galatasaray kontra London Arsenal. Mądrale mądrzą się na pełny regulator ze stu tysięcy balkonów i tarasów na dachach. Muzyka pop, piłka nożna i upał. Dziesiąty dzień fali upałów. Trzydzieści trzy stopnie, w kwietniu, o siódmej rano. Nie do pomyślenia. Mądrale od klimatu spekulują, czy będzie to kolejny upał stulecia, jak w dwudziestym drugim, kiedy w samym tylko Stambule zmarło osiem tysięcy ludzi. To był żar z piekła rodem. Teraz telefon od jakiegoś sprytnego słuchacza, który skrzyżował razem dwa proroctwa i spekuluje: może ten upał nie jest wcale taki zły, jeśli zadławi tych angielskich piłkarskich bladawców?

Wszędzie, przez wszystko, przebija się chór klimatyzatorów. Skrzynka na oknie, wylot na ścianie, bateria wiatraków na dachu, startują jeden po drugim, ukręcając z upału coraz większy wir ciepłego powietrza. Miasto tchnie subtelnymi spiralami, splatając z nich większe wiry, kominy i mikrotermiki.

Bocian wyczuwa piórami puchowymi wznoszącą falę. Ciepło odpadowe miasta może oszczędzić mu paru uderzeń skrzydłami, które go zaniosą w kolejną termikę, albo pozwolą uciec przed spadającym z góry orłem. Jego życie to nieświadoma algebra, optymalizacja równań, z jednej strony pozyskiwanie, z drugiej wydatkowanie energii. Czarne lotki trzepocą, kiedy sunie w dół nad dachami.

Wybuch jest prawie niezauważalny w ogólnym zgiełku budzącego się miasta. Głuchy trzask. Potem cisza. Pierwsze odgłosy to gołębie i mewy, z wrzaskiem i trzepotem wzlatujące w górę. Potem głosy maszyn: autoalarmy, alarmy w sklepach, alarmy osobiste, hip-hop syren. Na koniec ludzkie okrzyki i wrzaski.

Tramwaj stanął pośrodku Necatibey Caddesi, parę metrów od przystanku. Bomba wybuchła z tyłu – błękitny dach jest wydęty, okna i drzwi wyleciały. Z tyłu drugiego wagonu sączy się cienka strużka dymu. Pasażerowie już sami ewakuowali się na ulicę i teraz kłębią się bezładnie, nie wiedząc, co właściwie zrobić. Niektórzy siadają na ziemi z podciągniętymi kolanami, głęboko w szoku. Przechodnie muszą podejść i pomóc. Podają kurtki i marynarki; inni dzwonią z komórek, usiłując opisać scenę gestami; więcej stoi naokoło, czując, że trzeba nieść pomoc, ale nie wiedząc, co właściwie mają robić. Większość trzyma się z tyłu – gapi się i ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Paru ich pozbawionych kręci wideo ceptepami. Kanały informacyjne dobrze płacą za amatorskie materiały.

Motornicza chodzi od gromady do gromady i pyta, czy wszyscy są, czy kogoś brakuje, czy nic im się nie stało? Ona też nie wie, co robić. Nikt nie wie. Teraz odzywają się syreny. To będą ludzie, którzy wiedzą, co robić. Światła błyskają za ludzką ciżbą, tłum się rozstępuje. Trudno odróżnić ofiary od pomagających, krew jest rozmazana wszędzie. Necatibey Caddesi to ulica międzynarodowych banków i koncernów ubezpieczeniowych, ale fala po wybuchu rozlała się po torach lekkiego transportu szynowego. Beyoğlu zatyka się, stacja po stacji, ulica po ulicy, tramwaj za unieruchomionym tramwajem. Teraz już wszyscy wiedzą o zamachu.

Oko bociana białego wlatującego nad miasto znad Bosforu widzi rozlewający się od epicentrum paraliż, lecz nie rozumie takich rzeczy, a syreny to tylko jedna z wielu niewartych uwagi nut w jazgocie budzącego się miasta. Miasto i bocian zamieszkują nakładające się na siebie, choć oddzielne wszechświaty. Ptak szybuje nad wysadzonym tramwajem otoczonym migającymi niebieskimi światłami, wpadając na podnóże kolejnej termiki. Potem obłoki ciepła niosą go spiralą, zwojem białych korpusów i czarnych skrzydeł, nad wschodnie przedmieścia miasta i dalej, ku Tracji.

***

Necdet widzi, jak tamtej kobiecie wybucha głowa. Właśnie próbował uniknąć bardziej bezpośredniego, wyzywającego kontaktu wzrokowego z młodą kobietą o ładnych kościach policzkowych i czerwonych pasemkach we włosach. Już trzy razy przyłapała go, jak na nią patrzył. Nie gapi się już na nią, nie jest jakimś oblechem. Wzrok rozogniskowuje się i wędruje po pasażerach, tak kulturalnie stłoczonych razem. To nowy tramwaj o nowej porze – dwadzieścia minut wcześniej – i dzięki przesiadkom Necdet dotrze do pracy z ledwo godzinnym spóźnieniem, a Mustafa, który nie cierpi robić za szefa, nie będzie musiał się denerwować. Zatem: współpasażerowie. Chłopczyk i dziewczynka w staromodnych, zapiętych pod szyję, niebieskich szkolnych mundurkach – Necdet myślał, że takich już się nie każe nosić. Mieli plecaki z OhJeeWah Gumi i bez przerwy bawili się ceptepami. Facet żujący gumę i gapiący się w okno – przeżuwanie podkreślone sumiastym wąsem. Obok elegancki człowiek interesu i mody, przeglądający na ceptepie wiadomości sportowe. Fioletowy aksamit, z którego ma garnitur, to pewnie ten nowy nanomateriał, chłodny latem, ciepły w zimie i zmieniający się w dotyku z jedwabiu w aksamit. Kobieta z wymykającym się spod chusty kosmykiem siwych włosów na czole i malującym się na twarzy nieobecnym bólem. Uwalnia z nacis­ku ciżby prawą rękę, unosi ją, dotyka kamienia na szyi. I wysadza sobie głowę.

***

Odgłos wybuchającej czaszki to głęboki basowy huk, pochłaniający wszystkie inne dźwięki, tak że przez moment po eksplozji słychać tylko idealną ciszę. Potem ta cisza rozpryskuje się we wrzaski. Tramwaj staje z szarpnięciem; bezwładność niemal przewraca Necdeta. Upadek w tej panice to śmierć na miejscu. Nie sięga do poręczy, więc opiera się o napierających nań rozkrzyczanych pasażerów. Ich ciała trzymają kobietę bez głowy w pozycji pionowej. Facet w eleganckim aksamicie krzyczy wysokim głosem szaleńca. Jedna strona jego garnituru lśni od ciemnej czerwieni. Necdet czuje wilgoć na twarzy, ale nie może unieść ręki, żeby to sprawdzić ani się wytrzeć. Drzwi otwierają się z westchnieniem. Napór jest tak silny, że Necdet boi się, że pękną mu żebra. I już wylewa się na ulicę bez celu ani sensu, bez niczego poza pragnieniem wyjścia z tego tramwaju.

Motornicza chodzi od grupki do grupki i pyta, czy kogoś brakuje, czy ktoś jest ranny? Oczywiście, nic nie poradzi, ale reprezentuje tutaj IETT, więc musi coś robić: rozdaje ludziom wilgotne chusteczki wyciągane z tuby, którą miała w swojej wielkiej, zielonej torbie. Necdet jest pełen podziwu, że po tym, jak w jej tramwaju odbył się samobójczy zamach, pamiętała, by zabrać torebkę.

Wilgotne chusteczki pachną cytryną. Dla Necdeta ten zwinięty biały stożek to najczystsza, najświętsza rzecz, jaką w życiu widział.

– Proszę odsunąć się od tramwaju – mówi motornicza, gdy on zachwyca się kwadracikiem chłodnej cytrynowej bieli. – Może nastąpić kolejna eksplozja.

Na głowie ma kosztowną chustę od Hermèsa, która kojarzy się Necdetowi z tą drugą chustą, na głowie tamtej kobiety. W ostatniej chwili zau­ważył, że smutek i żal na jej twarzy ustąpił, jakby oświeciło ją w kwestii jakiegoś odwiecznego rodzinnego konfliktu. Uśmiechnęła się. Potem dotknęła klejnotu na szyi.

Pasażerowie kucają wokół płaczących uczniów, starają się ich pocieszyć, przytulić. Nie widzicie, że boją się jeszcze bardziej, bo macie krew na twarzach? – myśli Necdet. Przypomina sobie ciepłe, wilgotne kropel­ki na własnej twarzy. Patrzy na zmiętą w dłoni chusteczkę. Nie jest czerwona. To nie była krew.

Wszyscy zadzierają głowy, słysząc łoskot helikoptera. Prześlizguje się nad dachami, zagłuszając rozmowy i telefony. Teraz przez odgłosy porannego korka przebijają się syreny. Na pewno policja przyjedzie szybciej niż karetki. Necdet nie ma ochoty oglądać policji. Będzie zadawać mu pytania, na które nie chce odpowiadać. Ma dokumenty, każdy ma dokumenty. Policja je zeskanuje. Odczytają węglowy debet, którym zapłacił rano za bilet, wypłatę gotówki wczoraj wieczorem i kolejny debet węglowy z przedwczoraj o osiemnastej trzydzieści. Mogą zapytać o tę gotówkę. To podejrzane, ale nic nielegalnego.

I czy to pana aktualny adres zamieszkania?

Nie, mieszkam w starym domu derwiszy na Adema Dede w Eskiköy. Z bratem.

A pana brat to kto? Tu może się okazać, że mają kolejne pytania.

Ismet wymienił kłódkę na nowo kupioną. Błyszczący mosiądz, jak złoty medal na łańcuchu. Zamknięte okiennicami drewniane balkony tekke wiszą nad schodami; to było dyskretne, osłonięte wejście za przemysłowymi stalowymi kubłami herbaciarni Fethiego Beja oraz tłustymi wyziewami z kuchennych wyciągów. Drzwi ze starego osmańskiego drewna, szare i spękane od stuleci letnich upałów i zimowej wilgoci, misternie zdobione w tulipany i róże. Drzwi do tajemnic. Otworzyły się na półmrok i kwaśny odór gołębi. Necdet ostrożnie wszedł w ciemność. Światło wpadało paskami przez zamknięte i zaparte sztabami okiennice.

– Nie powinniśmy tego robić – szepnął. Ta architektura domagała się szeptu. – Tu mieszkają ludzie.

– Jakiś stary Grek i małżeństwo, od frontu. I dziewczyna, która pracuje w biurze. Sama. A w starej semahanie** jest sklep z bluźnierstwami. Przyjdzie czas, załatwimy to wszystko. W tym skrzydle nic nie ma, gnije od pięćdziesięciu lat, dosłownie się rozpada. – Ismet stanął dumnie pośrodku podłogi. Już ją sobie wziął w posiadanie. – Na tym polega zbrodnia. Bóg chce, żeby tu było to, co kiedyś. Tu będziemy sprowadzać braci. Popatrz tylko.

Otworzył identyczne drzwi po drugiej stronie sali. Wlał się przez nie kolor i coś więcej: zamknięta w pudełeczku bujna zieleń; zapach ogrzanego słońcem drewna: szmer wody i niespodziewany śpiew ptaków. Jakby otworzył drzwi do Raju.

Ogród miał sześć kroków na sześć, ale zawierał cały wszechświat. Wokół niego biegł cienisty krużganek ze ścianami z kafelków z Izniku w kwietne motywy, zapewniający cień lub osłonę o każdej porze roku. Fontanna składała się z jednej bryły ciepłego od słońca marmuru, woda spływała po wyrzeźbionych liściach lilii wodnej do niecki. Skrząca się jak klejnot jaszczurka, odpoczywająca na słońcu, spłoszyła się i przebiegła po ząbkowanej krawędzi, znikając w cieniu pod nią. Na małych, pooddzielanych listewkami grządkach rosły wysokie i chłodne rośliny zielne.

Ziemia była żyzna i ciemna, jak czekolada. Istny ogród botaniczny. Jaskółki oknówki krążyły i nurkowały pod okapami drewnianego balkoniku piętro wyżej. Powietrze wypełniały ich piski. Na marmurowej ławce żółkł wczorajszy „Cumhuriyet”.

– Wszystko zostało, jak było – zauważył Ismet. – Deweloperzy nigdy nie dotarli na tył. W dawnych celach jest rupieciarnia, ale to się sprzątnie.

– Ktoś się tym opiekuje – powiedział Necdet. Mógł sobie wyobrazić, że tu mieszka. Przychodziłby wieczorem, kiedy słońce pada przez dach na tę ławkę jedną jasną plamą. Siadałby tam i palił zioło. Dobre miejsce na dymka.

– Będzie nam tu dobrze. – Ismet rozejrzał się po wiszących balkonach i prostokąciku błękitnego nieba. – Zajmę się tobą.

Necdet nie może pozwolić, by służby bezpieczeństwa wiedziały, że wprowadził się do domu derwiszy, i że jego brat chce urządzić w nim siedzibę tajnego islamskiego zakonu, do którego należy. Policja myśli, że tajne islamskie zakony wysadzają tramwaje. A jeśli sprawdzą stary adres, dowiedzą się, co zrobił w Başibüyük i dlaczego Ismet Hasgüler przejął opiekę nad bratem. Nie, nie: on chce tylko w spokoju ducha dostać się do pracy. Nie, dzięki, żadnej policji.

Powietrze nad ciągle dymiącym tramwajem gęstnieje od brzęczących owadów. Rojoboty. Urządzonka wielkości komarów, które potrafią się połączyć w różne kształty, do różnych celów; nad Necatibey Caddesi łączą się, jak krople deszczu, w roboty kryminalistyczne wielkości wróbli, które polatują na szumiących wiatrakach nad płoszącymi się gołębiami, szukając w powietrzu chemicznych śladów, odczytując historię trasy z samochodów i osobistych ceptepów, tworząc trójwymiarowy obraz miejsca przestępstwa, wyszukując ocalałych i fotografując ich umazane krwią i umorusane dymem twarze.

Necdet dryfuje na obrzeże tego młynu, starając się poruszać chaotycznie, żeby nie zwrócić uwagi polatujących robotów. Dwie kobiety w zielonych kombinezonach sanitariuszek przysiadają obok motorniczej. Trzęsie się cała i płacze. Mówi coś o głowie. Zobaczyła ją, zaklinowaną pod dachem, między poręczami. Patrzyła na nią z góry. Necdet słyszał, że z zamachowcami-samobójcami tak się dzieje. Ich głowy po prostu lecą w powietrze. Znajduje się je potem na drzewach, na słupach elektrycznych, wbite pod okapy albo na szyldach sklepów.

Necdet dyskretnie wmieszał się w krąg gapiów i teraz delikatnie przeciska się między nimi ku pustej ulicy.

– Przepraszam, przepraszam.

Został jeden człowiek, wielki facet w za dużym białym T-shircie, stoi mu na drodze z dłonią uniesioną do przytkniętego do oka ceptepa. W dzisiejszych czasach taki gest oznacza: filmuję cię. Necdet próbuje zakryć twarz ręką, ale wielki facet cofa się i kręci, i kręci, i kręci. Może myśli: „Jak to trafi do wiadomości, będzie z kilkaset euro”, a może: „Dam to do sieci”. A może po prostu: „Zaimponuję kumplom”. Stoi Necdetowi na drodze, a Necdet już słyszy za sobą terkot silniczków rojobotów jak wysysające duszę komary.

– Odsuń się! – Pcha oburącz wielkiego faceta, spychając go w tył. Jeszcze raz.

Mężczyzna otwiera usta, ale kiedy Necdet słyszy własne imię, zostaje wypowiedziane kobiecym głosem tuż za jego plecami.

Odwraca się. Głowa wisi na poziomie jego oczu. To ona. Kobieta, która zostawiła głowę pod sufitem tramwaju. Ta sama chusta, ten sam wymykający się spod niej siwy lok, ten sam smutny, przepraszający uśmiech. Z rozerwanej szyi promienieje stożek światła, złotego światła. Kobieta otwiera usta, żeby znów się odezwać.

Cios barkiem Necdeta omal nie wywraca tamtego faceta.

– Ej! – krzyczy.

Roboty monitorujące unoszą się, rój musuje po brzegach, gdy przygotowują się do rozproszenia i sformowania w nową konfigurację. Potem sklejają się z powrotem w wersję do monitoringu i latają wokół przybywających migających niebieskich świateł, które dopiero teraz przebiły się przez ogarniający całe miasto korek, rozchodzący się falą od miejsca zniszczenia tramwaju nr 157.

***

W wyciszonym świecie Cana Durukana wybuch jest cichym klaśnięciem. Jego świat to pięć ulic, którymi jest wożony do szkoły specjalnej, siedem ulic i jedna autostrada do centrum handlowego, plac Mistrza Adema przed tekke, korytarze, balkony, pokoje, dachy i ukryte dziedzińce domu derwiszy, w którym mieszka. W tym świecie, ściszonym dla niego do szeptu, zna na wylot wszystkie dźwięki. Ten jest nowy, inny.

Unosi głowę znad płaskiego ekranu na kolanach. Kręci nią. Rozwinął u siebie niemal nadnaturalną umiejętność oceny odległości i kierunku na podstawie nanodźwięków, jakim wolno wedrzeć się do jego świata. Jest czujny i osobliwy jak nietoperz. Dwie, trzy przecznice na południe. Pewnie Necatibey Caddesi. Z salonu widać kawałek tej ulicy, a jeśli wcisnąć się w sam róg tarasu na dachu nad ulicą Vermilion-Maker, także srebrny odłamek Bosforu.

Matka jest zajęta w kuchni, przygotowuje śniadanie z jogurtu i pestek słonecznika. Wierzy, że to pomoże Canowi na serce.

Nie biegaj! – miga. Şekure Durukan ma wiele min, którymi potrafi podkreślić gesty. Teraz jest to pełna obaw mina „wściekła-bo-dość‑mam-tego-ciągłego-powtarzania”.

– To bomba! – krzyczy Can. Can nie chce migać. Z jego słuchem jest wszystko w porządku. Chodzi o serce. Matka też ma słuch w porządku. Sam często o tym zapomina.

Nauczył się, że jego największą siłą w tym mieszkaniu na piętrze jest odwracanie się plecami. Można w ten sposób zignorować pół świata. Matka nie odważy się krzyknąć. Jeden okrzyk może go zabić.

Zespół wydłużonego QT. Sucha nazwa, w sam raz do formularza. Powinno się to nazywać „kardioszok” albo „wielki atak serca”; coś jak tytuł serialu dokumentalnego, w którym pokazują różne dziwadła: w dzisiejszym odcinku dziewięcioletni chłopiec z cudaczną i potencjalnie śmiertelną wadą serca. Przez serce Cana przepływają fale chaosu. Jony sodu i potasu ścierają się w spiętrzenia i piękne fraktalne wykresy, jak czarne tulipany. Szok może zaburzyć te zsynchronizowane elektryczne impulsy. Jeden nagły, głośny dźwięk wystarczy, żeby zatrzymać jego serce. Zawyje alarm, trzaśnie opadająca roleta, nagle wrzaśnie muezin albo pęknie balon i Can Durukan nie żyje. Dlatego Şekure i Osman urządzili dla niego taki mały, wytłumiony świat.

Odyseusz, starożytny żeglarz pływający po okolicznych, ciasnych morzach, zatkał swojej załodze uszy woskiem, żeby marynarze nie ulegli morderczemu śpiewowi syren. Jazon, bardziej wyrafinowany wilk morski, zagłuszał je grającym na lirze Orfeuszem. Zatyczki Cana są inspirowane tymi dwoma herosami. To inteligentny polimer przepleciony nanoukładami. Pasują dokładnie do kształtu jego uszu. Nie tłumią rzeczywistości. Biorą ją, odwracają, przesuwają w fazie i sumują, tak że sygnały niemal całkiem się wyciszają. Niemal całkiem. Bo sto procent oznaczałoby głuchotę. Do uszu Cana świat może przekraść się jako szept.

Raz na miesiąc matka wyciąga te sprytne spiralne koreczki, żeby oczyścić je z woskowiny. To pełne napięcia pół godziny, zabieg wykonywany jest w specjalnie zaadaptowanej garderobie pośrodku mieszkania, gdzie Can i matka tłoczą się jak pestki granatu. Jest wyciszona jak studio nagrań, ale matka i tak wzdryga się i wytrzeszcza oczy przy każdym stłumionym stuknięciu czy szurnięciu, przenoszącym się przez stare belki tekke. Tylko wtedy do niego mówi, najcichszym z szeptów. Przez pół godziny w miesiącu Can słyszy głos matki, czyszczącej mu uszy leczniczymi patyczkami.

Dzień, w którym zniknęły dźwięki, to najdawniejsze wspomnienie w jakie jeszcze wierzy. Miał cztery lata. Biały szpital był kanciasty, nowoczesny, pełen szkła, przez co wyglądał, jakby świecił na słońcu. Ojciec powiedział, że to bardzo dobry szpital. I drogi, dodała matka i ciągle to odtąd powtarzała, przypominając Canowi o ubezpieczeniu medycznym, z powodu którego mieszkają w tym zrujnowanym tekke w podłej dzielnicy. Can wiedział, że musi być drogi, bo stał nad samą wodą. Za oknem przepływał ogromny statek załadowany piętrowo kontenerami. Nigdy wcześniej nie widział czegoś tak wielkiego i tak bliskiego, co w dodatku by się poruszało. Siedział na jednorazowym, jałowym prześcieradle i patrzył, jak w pole widzenia wpływa coraz więcej tego statku, aż wypełnia całe okno. A oni zaglądali mu do uszu.

– Jak ci z tym? – zapytał ojciec.

Can pokręcił głową, czując w uszach coś nowego.

– Przez parę dni może trochę uwierać – powiedział lekarz od uszu. Statek płynął dalej, wielki jak wyspa. – Raz na miesiąc trzeba będzie je czyścić. Elektronika jest bardzo odporna. Nie trzeba się przejmować, że coś się zepsuje. Spróbujemy? Can…

Jego słuch gdzieś odpłynął, wszystkie dźwięki świata uciekły na najdalszy jego skraj. Doktor, ojciec, zmienili się w maleńkie ptaszki. Własne imię w szept. Statek płynął w ciszy. Can myśli teraz o tym statku, że wywiózł wszystkie dźwięki świata. Gdy wspina się na taras, żeby patrzeć wzdłuż stromej ulicy Vermilion-Maker na ten skraweczek Bosforu, wciąż liczy, że go zobaczy, że dostanie je z powrotem, z każdego kontenera inny dźwięk.

Wieczorem tamtego dnia matka zrobiła aşure. Specjalny budyń na specjalne okazje. Wielki przysmak w jej rodzinie – pochodzili ze wschodu. Historię o budyniu Noego, o tym, że zrobiono go z siedmiu rzeczy, jakie zostały na arce, kiedy osiadła na Araracie, Can słyszał wiele razy od matki i babci, kiedy jeszcze żyła, ale tej nocy mama i tato opowiedzieli mu to rękoma. Can nie mógł potem zasnąć, nakręcony cukrem wiercił się, a zatyczki uwierały go w uszy. Jakieś powietrzne wybuchy rozbłysły na tapecie z Barneyem i robaczkami. Otworzył okiennice. Wybuchało niebo. Fajerwerki rozkwitały nad całym Stambułem, sypiąc srebrnym deszczem. Mrok dźgały żółte i niebieskie łuki. Brązowy ogień osypywał się srebrem z gwiazd rozbłyskujących tak wysoko, że Can musiał wyciągać szyję, żeby je dostrzec. Wszystko to wśród stłumionego łoskotu i cichych syków, detonacji ściszonych do poziomu łamanej skórki chleba. Dzięki tej niemal doskonałej ciszy, światła na niebie wydawały się jaskrawsze i egzotyczniejsze niż wszystko, co Can dotychczas widział. Może to kończył się świat, rozpękało się siedem kręgów nieba, wylewając ogień na ziemię? Pociski z moździerzy leciały coraz wyżej i wyżej. Can słyszał je jako pyknięcia na granicy słyszalności, jak pęknięcia sypiących nasionami strąków grochu. Teraz nad stambulskimi kolektorami słonecznymi i antenami satelitarnymi starły się świetliste armie: bataliony płomiennych janczarów uzbrojonych w błyskawice i artylerię przeciwko śmigłym, skrzącym się spahom, galopującym szeptem z jednego końca nieba na drugi. Nad nimi, tylko trochę niżej niż gwiazdy, anioły siedmiu nieb wojowały z aniołami siedmiu piekieł, przez jedną ognistą chwilę niebo zapłonęło, jakby nad Stambuł wróciły naraz wszystkie gwiazdy, jakie świeciły nad nim od początku świata. Can czuł na twarzy ich srebrzyste ciepło.

Gdy niebo przygasło, miasto odwzajemniło dar. Najpierw od Bosforu popłynął cichy flet okrętowej syreny, nabrzmiewając chórem tankowców, promów, wodolotów i wodnych taksówek. Ulice odpowiedziały brzęczykami tramwajów, cichymi jak modlitwy, potem bardziej płaskim i blaszanym rykiem klaksonów aut i ciężarówek. Can wychylił się, próbując usłyszeć. Wydało mu się, że słyszy płynącą z herbaciarni na Adem Dede muzykę taneczną. Czuł jej rytm, puls na tle własnego. A pod tym wszystkim ludzkie głosy, wiwaty i okrzyki, śmiech i śpiew. Nie krzyczeli nic konkretnego – czysta radość z wydawania dźwięków zlewających się w jeden głos tłumu. Dla Cana był jak syczący szum. Ludzie wypełniali ulicę, mały placyk z jego dwiema herbaciarniami i jednym minimarketem. Wielu miało małe flagi, więcej – butelki. Can nie mógł uwierzyć, że na ciasnym, zamkniętym placu Adema Dede mieszka tyle ludzi. Samochody radośnie trąbiły klaksonami, a w ich oknach powiewały flagi: turecki biały półksiężyc z gwiazdą na czerwonym tle oraz niebieska flaga z kręgiem złotych gwiazdek. Ludzie na placu trzymali takie same flagi: półksiężyce i gwiazdki. Can patrzył, jak młody chłopak, nagi od pasa w górę, tańczy i kołysze się na balkonie konaka na rogu Vermilion-Maker i Kradzionych Kur. Na czerwonej twarzy miał wymalowane godło ojczyzny – półksiężyc i gwiazdę. Przez ten półksiężyc wydawało się, że się uśmiecha. Odwrócił się do tłumu, zamachał. Ludzie odpowiedzieli machaniem. Udał, że będzie skakał. Can wstrzymał oddech. Chłopak był na tej samej wysokości, co jego punkt widokowy. Teraz tłum jakby go zagrzewał. Nagle chłopak oderwał ręce od balustrady. Can na zawsze zapamiętał, jak leciał nad zalaną światłem ulicą – skóra lśniąca od potu, twarz z wiecznym uśmiechem w obliczu grawitacji. Przepadł w tłumie. Can nigdy się nie dowiedział, co się z nim stało.

Dopiero, gdy poczuł na ramieniu dotyk, zorientował się, że obok stoi matka.

– Co się dzieje? – zapytał. Jego własny głos wydawał się miniaturowy, jak u jaszczurki.

Matka uklękła obok niego, przycisnęła usta do ucha. Kiedy się odezwała, słyszał słowa i jednocześnie czuł ich łaskotanie.

– Can, skarbie, jesteśmy teraz Europejczykami.

Can biegnie wyciszonymi korytarzami domu derwiszy. Zna na wylot wszystkie punkty widokowe wychodzące na resztę świata. Wbiega na taras. Pachnie tu rozgrzanymi meblami ogrodowymi i usychającym geranium. Staje na palce, żeby się wychylić nad rozklekotaną drewnianą okiennicą. Rodzice skazują go na świat szeptów, ale nie przyjdzie im do głowy, że mógłby po prostu spaść z tarasu. Widzi dym unoszący się między krążącymi bocianami. Nie ma go zbyt wiele. Necatibey Caddesi, tak jak myślał. Potem jego palce bieleją na posiwiałej ze starości balustradzie. Powietrze nad placem Adema Dede wypełnia się ziarnistym ruchem, jak pyłowy wir albo rój szarańczy. Rojoboty wielkości owadów toczą się przez powietrze, omijając latarnie i kable elektryczne, spiętrzone w rozpędzony strumień przez stojące blisko siebie kamienice. Can z ekscytacją wali pięścią w balustradę. Każdy dziewięciolatek uwielbia boty. Na jego oczach zakręcają w powietrzu i leją się stromą Vermilion-Maker jak woda po skałach. Na otwartym niebie nad budynkami, między roztańczonymi bocianami, wiatr wygrałby z ich nanośmigiełkami i rozproszył je jak kurz. Can zauważa roje w rojach, nurty w nurtach, dziwne przepływy, fraktalne kształty, samoorganizujące się jednostki. Pan Ferentinou nauczył go, jak dostrzegać krew pod skórą świata: proste reguły małych rzeczy, składające się na z pozoru skomplikowane i wielkie.

– Małpa, małpa, małpa! – krzyczy Can Durukan, gdy końcówka roju znika za zakrętami i uskokami alei Vermilion-Maker. – Za nimi!

Poruszenie w nadal ocienionym zakątku jadalni, szelesty w misternej drewnianej plecionce parawanu na tarasie. Z kątów i szpar wychodzą robociki, skrobiąc, tocząc się, pełznąc. Turlające się kłębki łączą się w pełznące kraby; wieloramienne pnące się stwory łączą się końcami i skręcają w ramiona. Element za elementem, montują się samoczynnie, aż ostatni trafi i zatrzaśnie się na właściwym miejscu: i na balustradę wskoczy ­plastikowa małpa, chwytając się jej dłońmi, stopami i ogonem. Odwraca usianą czujnikami głowę do swego pana.

Can wyciąga z kieszeni smartsilkowy komputer, rozwija go i otwiera pole dotykowe. Zgina palec. Małpa sztywnieje czujnie. Can wskazuje; ona już daje potężnego susa na kabel energetyczny, ręka za nogą galopuje nad ulicą i sprężyną przeskakuje na balkon naprzeciwko, gdzie ta Gruzinka ciągle uparcie suszy swoją bieliznę. Jeszcze wyżej i wyżej. Can widzi, jak przysiada na parapecie, odcinając się cieniem na tle nieba.

Zabawkowe BitBoty Cana nie mogą się równać z policyjnymi maszynami, które przemknęły ulicą, ale dzięki panu Ferentinou i tak są o wiele lepsze, niż były w fabrycznej specyfikacji. Can klika ikonę małpy. Jego BitBoty mają cztery wcielenia: Ptak, Wąż, Szczur i Małpa. Z tych czterech żywiołów składa się dla niego niedostępne miasto. Patrzy ich oczyma. Chichocze z ekscytacji, lecąc razem z baterią czujników Małpy po dachach, lawirując w labiryntach anten i kabli, skacząc przez oszałamiające przepaście między konakami. Na podstawie mapy i widoku z kamery Małpy Can nawiguje swymi oczyma po dachach starej, walącej się dzielnicy Eskiköy. Tylko dzieciak jest w stanie zrobić coś takiego. Jest trochę superbohaterem, trochę sportowcem ekstremalnym, trochę parkurowcem i trochę ninją. To najlepsza gra komputerowa na świecie. Z parapetu na parapet, na słup, dłonie, stopy i ogon wdrapują się na plastikowy szyld Allianz Insurance. Can Durukan przybywa na miejsce zamachu i zawisa do góry nogami pod wielką literą I.

Rozczarowanie. Wybuch nie był silny. Stoją karetki, straż pożarna, radiowozy policji z migającymi światłami, z każdą minutą przybywa ekip reporterskich, ale sam tramwaj w ogóle nie wygląda na uszkodzony. Can rozgląda się po tłumie. Twarze, kamery, twarze, kamery. Między gapiami rozpoznaje jedną twarz: ten typ o szczurowatej twarzy, który wprowadził się do pustego skrzydła domu; ten, który ma brata, jakiegoś sędziego ulicznego, czy coś. Na początku złościł się, że się tam zalęgli. Puste pokoje pełne kurzu i gołębiego gówna były dotąd jego bezludną wyspą. Myślał nawet, czy nie wysłać Małpy – jedynego wcielenia dysponującego rękami – żeby im przestawiała rzeczy, udając niespokojne duchy zmarłych derwiszy sprzed lat, ale Szczurowaty mógłby zastawić pułapkę na złośliwą małpę i złapać ją, zanim zdąży rozpaść się na części i uciec. Gra polega na obserwacji.

Szczurowaty próbuje się wymknąć. Prawie wszczyna bójkę z wielkim facetem w białej koszuli. A co teraz robi? Ma minę, jakby zobaczył ducha. Przepycha się przez tłum. Jeśli zobaczą to policyjne boty, ukłują go żądłami. Fajnie by było. Can wciąż źle życzy Szczurowatemu i jego bratu kadiemu, okupantom jego ukochanej kryjówki. Eee, jakoś mu się udało.

Małpa odczepia ogon od belki i przygotowuje się do wskoczenia z powrotem na dach. Nic ciekawego do wrzucania do sieci. Wtem Can zau­waża iskierkę ruchu na szyldzie Commerzbanku po lewej. Coś tam jest. Małpa obraca wypchaną czujnikami głowę i zoomuje. Klik, klik, klik. Ruch, miga coś plastikowego. Nagle bezładne ruchy łączą się w jeden. Can wstrzymuje oddech. Patrzy z bliska w twarz innego wielookiego robota-małpy. A kiedy się w nią gapi, oczy-kamery z inteligentnego plastiku wytrzeszczają się, ogniskują i odwzajemniają spojrzenie.

_____________________________________________________

* Dolmusz, dolmuş – taksówka lub mikrobusik współdzielony przez kilku pasażerów (przyp. tłum.).

** Semahana – sala taneczna, pomieszczenie przy domu derwiszy lub meczecie, wykorzystywane przez derwiszy do tańca (przyp. tłum.).