„Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie” – Charles Yu (fragment II)

2

Wezwanie od klienta. Na ekranie wyświetla się:

SKYWALKER, L

– i w pierwszej chwili myślę: „O kurde, nieźle”, ale kiedy już tam docieram, okazuje się, że to nie, wiecie kto, w nieodłącznej, nieco dziewczęcej bluzie, miękkich butach i z talentem do wymachiwania mieczem świetlnym. To jego syn. Linus.

Jesteśmy na bardzo przeciętnej planecie pokrytej lodem, jakieś dziewiętnaście, dwadzieścia lat do tyłu. W oddali widać kilka chat. Jest tak zimno, że wszystko przybrało niebieski kolor, nawet powietrze. Oddychanie sprawia ból.

Miejsce wypadku znajduje się dwieście metrów stąd na północ, na wzgórzu. Parkuję maszynę, otwieram właz, słyszę znajome pssssss rozszczelniającej się śluzy. Kocham ten dźwięk.

Wspinam się z plecakiem z narzędziami aż do wystającej zamarzniętej skały. Kiedy usiłuję złapać oddech, zauważam ledwo widoczną smugę dymu wydostającą się z boku wypożyczonej maszyny Linusa. Otwieram pokrywę i widzę ogień tlący się na kolapserze funkcji falowych.

Wyciągam notatnik, pukam we właz. Nigdy wcześniej nie spotkałem Linusa Skywalkera, ale słyszałem opowieści o nim innych techników, więc wydaje mi się, że wiem, czego się spodziewać.

Ale nie spodziewam się małego chłopca. Linus otwiera właz i wychodzi na zewnątrz, odgarniając z czoła grzywkę. Ma najwyżej dziewięć lat. Pytam, co robił w chwili awarii, a on mamrocze coś o tym, że i tak bym nie zrozumiał. Mówię, żeby mnie sprawdził

Patrzy na swoje antygrawitacyjne buty o kilka numerów za duże, a potem podnosi na mnie wzrok. Jego spojrzenie mówi: „Jestem w drugiej klasie. Czego ode mnie chcesz?”.

– Słuchaj, koleżko – mówię. – Wiesz przecież, że nie możesz zmienić przeszłości.

– To po co, do diabła, są wehikuły czasu

– Nie po to, żeby próbować zabić swojego ojca, gdy był w twoim wieku.

Zamyka oczy, w dramatyczny sposób odrzuca głowę do tyłu, wypuszcza powietrze nosem.

– Człowieku, nie masz pojęcia, jak to jest dorastać z chrzanionym zbawicielem wszechświata jako ojcem.

Przekonuję go, że to nie musi być cała jego historia. Że może zacząć od nowa.

– Na początek – radzę – zmień nazwisko.

Otwiera oczy, spogląda na mnie z całą powagą, na jaką stać dziewięciolatka, i mówi: ta, może i tak, ale wiem, że nie traktuje tego poważnie. Jest uwięziony w schemacie mroczny ojciec-zagubiony syn-galaktyczny monomit i nie potrafi żyć inaczej.

Najczęściej maszyna nie jest nawet zepsuta. Muszę po prostu objaśnić klientowi zasady samozgodności Nowikowa, których nikt nie chce poznać. Nikt bowiem nie chce usłyszeć, że wszystkie jego wysiłki poszły na marne. Niektórzy wynajmują maszynę właśnie po to, żeby wrócić i naprawić swoje złamane życie.

Inni siedzą w pojazdach mokrzy ze strachu, bojąc się dotknąć czegokolwiek w paranoicznym lęku przed konsekwencjami zmiany historii. Wyrzucają z siebie potok słów: o Boże, a co jeśli znajdę się w przeszłości? Motyl inaczej machnie skrzydłami, stanie się to, tamto, wybuchnie światowa wojna, okaże się, że nigdy nie istniałem, i tak dalej, i w ogóle. Mówię im tak: Mam dwie wiadomości – dobrą i złą. Dobra jest taka: nie macie się o co martwić, nie możecie zmienić przeszłości. Zła jest taka: nie macie się o co martwić. Niezależnie od tego, jak bardzo będziecie się starać, nie możecie zmienić przeszłości.

Wszechświat po prostu na to nie pozwala. Nie jesteśmy wystarczająco ważni. Nikt nie jest. Nawet jako główny bohater własnego życia. Nie mamy wystarczająco dużo siły, woli, biegłości w manipulacjach chronodiegetycznych, aby choćby fuksem kompletnie zmienić bieg wydarzeń, nawet dotyczących wyłącznie nas samych. Nawigacja w przestrzeni możliwości nie jest łatwa. I jak w przypadku każdej umiejętności praktyka pomaga, ale tylko do pewnego stopnia. Kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że nikt nigdy nie opanuje do końca sterowania wehikułem w tym środowisku. W grę wchodzi tu zbyt wiele czynników, zbyt wiele zmiennych. Czas nie jest uporządkowanym strumieniem, spokojnym jeziorem, którego powierzchnia marszczy się przy każdym naszym dotknięciu. Czas jest lepki, jak olbrzymi rwący wodospad, samogojąca się substancja. Co znaczy, że prawie wszystko zostanie wchłonięte. Jesteśmy zbyt drobni, zbyt nieistotni, całe nasze miotanie się, wymachiwanie rękoma, uderzanie o taflę wody niewiele zmienia. Czas jest oceanem bezwładu, zagłuszającym niewielkie wibracje, wchłaniającym kałuże, fale, pianę i wiatr, a my tu, na górze szamoczemy się, zadając ciosy na oślep i ogólnie świrując. I pewnie zostanie z tego trochę rozprysków na jego powierzchni, ale w głębiny, gdzie królują potężne prądy unoszące nas tam, gdzie tego zapragną, nie dotrze nawet cień naszej aktywności.

Próbuję im o tym wszystkim powiedzieć, ale nikt nie słucha. Nie winię ich. I tak mogłoby być gorzej. W końcu to im zawdzięczam pracę. Dniami (cokolwiek to znaczy, gdyż nawet tego nie jestem już pewien) naprawiam wehikuły czasu, nocami śpię samotnie w cichym, bezimiennym, pozbawionym daty momencie, który znalazłem wetknięty w ukryty zaułek czasoprzestrzeni. Od kilku lat co wieczór w tym samym. W najbardziej odartym z wydarzeń fragmencie czasu, jaki znam. To samo każdej nocy, noc za nocą: absolutna cisza, zupełnie nic. Dlatego go wybrałem. Wiem, że nic złego nie może mi się tu przytrafić.