„Rozgwiazda” Peter Watts (fragment)

Rozgwiazda

W mesie jest pusto, ale coś rzuca ledwie widoczny cień przez właz pomieszczenia łączności. Z jego wnętrza dochodzi cichy głos: brzmi jak Clarke. Scanlon nasłuchuje przez kilka sekund. Kobieta informuje o tempie spożywania zapasów i ostatnich usterkach sprzętu. Wygląda to na rutynowe połączenie z GA. Kobieta rozłącza się na chwilę przed tym, jak Scanlon pokazuje się w zasięgu jej wzroku.

Clarke siedzi rozwalona na krześle, w zasięgu jej ręki stoi kubek z kawą. Oboje przez chwilę przyglądają się sobie bez słowa.

– Jest ktoś jeszcze w okolicy? – pyta Scanlon.

Kobieta kręci głową.

– Wydawało mi się, że coś słyszałem kilka minut temu.

Clarke odwraca się z powrotem twarzą do pulpitu. Na głównym wyświetlaczu miga kilka ikon.

– Co robisz?

Kobieta wskazuje na pulpit, wykonując niejasny gest dłonią.

– Prowadzę nadzór. Pomyślałam, że to, dla odmiany, ci się spodoba.
– Ale przecież mówiłem…
– Żeby nie zmieniać ustalonych zajęć – przerywa mu Clarke. Wygląda na zmęczoną. – Zawsze oczekujesz ślepego posłuszeństwa od badanych obiektów?
– Uważasz, że o to właśnie mi chodziło?

Kobieta prycha cicho, wciąż odwrócona do niego plecami.

– Słuchaj – zaczyna Scanlon. – Jesteś pewna, że nie słyszałaś czegoś, co brzmiało jak… jak… – jak duch, Clarke?
– Nie zwracaj na to uwagi – odpowiada Lenie.

Aha

– A więc jednak coś słyszałaś. – I wie, co to takiego. Oni wszyscy wiedzą.
– To, co ja słyszę, jest moją prywatną sprawą.

Lepiej zrozum aluzję, Scanlon. Ale on nie ma dokąd pójść, poza swą własną kajutą. A perspektywa przebywania tam samotnie właśnie teraz – nawet towarzystwo wampira wydaje się od niej lepsze.

Kobieta ponownie odwraca się w jego stronę.

– Coś jeszcze?
– Niezupełnie. Jakoś nie mogę zasnąć. – Scanlon przywołuje na usta rozbrajający uśmiech. – Po prostu chyba nie jestem przyzwyczajony do takiego ciśnienia – Bardzo dobrze. Spraw, by poczuła się swobodnie. Uznaj jej wyższość.

Clarke jedynie wpatruje się w niego.

– Nie mam pojęcia, jak to znosicie, miesiąc za miesiącem – dodaje.
– Wiesz doskonale. Jesteś psychiatrą. Wybrałeś nas.
– Właściwie, to jestem raczej kimś w rodzaju mechanika.
– Naturalnie – przytakuje kobieta; jej twarz nie wyraża absolutnie niczego. – Twoim zadaniem jest, by wszystko pozostawało zepsute.

Scanlon odwraca wzrok.

Clarke wstaje i robi krok w kierunku włazu, najwyraźniej zapominając o dalszym nadzorowaniu. Scanlon odsuwa się. Kobieta przeciska się obok niego, jakimś cudem unikając kontaktu fizycznego pomimo ciasnoty.

– Słuchaj – wypala nagle Scanlon. – Co powiesz na szybkie przypomnienie, jak wygląda procedura nadzoru? Nie znam się aż tak dobrze na całym tym sprzęcie.

To zbyt oczywiste. Scanlon wie doskonale, że przejrzała go na wylot, jeszcze nim słowa padły z jego ust. Lecz jednocześnie jest to w pełni uzasadniona prośba, biorąc pod uwagę jego rolę. W końcu to rutynowa kontrola.

Clarke przygląda mu się przez chwilę, przechyliwszy nieco głowę na bok. Na jej twarzy, jak zwykle całkowicie pozbawionej wyrazu, jakimś cudem pojawia się wrażenie nieznacznego uśmiechu. Ostatecznie siada znów na krześle.

Przywołuje menu.

– To Gardło. – Grupka jaskrawych prostokątów wciśnięta wewnątrz linii zaznaczających kontury. – Odczyt termalny. – Obraz pogrąża się w fałszywej, psychodelicznej kolorystyce, zaznaczone na czerwono i żółto gorące punkty pulsują w nieregularnych odstępach wzdłuż głównej szczeliny. – Na ogół się w to nie bawisz przy prowadzeniu nadzoru – wyjaśnia Clarke. – Będąc na zewnątrz i tak dowiesz się szybciej z pierwszej ręki. – Psychodeliczne barwy zamieniają się znów w zieleń i szarość.

A co, jeśli kogoś tam to zaskoczy, a ty nie śledzisz odczytów, więc nawet nie dowiesz się, że ma kłopoty? Scanlon nie zadaje jednak tego pytania na głos. Kolejny przykład pójścia na łatwiznę.

Clarke przełącza widok na ujęcie panoramiczne i odnajduje parę ikon alfanumerycznych.

– Alice i Ken. – W lewym górnym rogu wyświetlacza pojawia się kolejny, czerwony gorący punkt.

Nie, chwileczkę; przecież wyłączyła odczyt termalny…

– Hej – odzywa się Scanlon. – To sygnalizator zgonu.

Nie ma alarmu dźwiękowego. Dlaczego nie zadziałał? – Przebiega wzrokiem po na wpół znajomym pulpicie. Gdzie to jest, gdzie… Kurwa.

Alarm został wyciszony.

Patrz! – Scanlon wskazuje na wyświetlacz. – Czy nie…

Clarke niemalże leniwie podnosi wzrok. Wygląda na to, że nie rozumie, o co mu chodzi.

Mężczyzna wykonuje ruch kciukiem.

– Ktoś właśnie tam zginął!

Lenie spogląda na ekran i powoli kręci głową.

– Nie.
Ty głupia dziwko, odłączyłaś alarm!

Scanlon wciska kontrolkę. Stacja zaczyna wyć. Mężczyzna odskakuje wystraszony i wpada plecami na gródź. Clarke przygląda mu się, marszcząc lekko brwi.

Co z tobą? – Scalon wyciąga ręce i chwyta ją za ramiona. – Zrób coś! Połącz się z Lubinem, połącz się z… – Alarm jest wręcz ogłuszający. Scanlon potrząsa mocno Clarke, wyciąga ją z krzesła.

I nagle przypomina sobie, ale jest już za późno: Nie należy dotykać Lenie Clarke.

W jej twarzy zachodzi jakaś zmiana. Wydaje się niemal pękać na jego oczach. Nagle znika gdzieś królowa śniegu Lenie Clarke. Zamiast niej pozostało tylko poturbowane, ślepe dziecko, które trzęsie się i porusza ustami powtarzając w kółko to samo; Scanlon nie słyszy niczego pośród wycia alarmu, ale jej wargi układają się w słowo Przepraszam, przepraszam, przepraszam…

Trwa to zaledwie kilka sekund, po czym kobieta krystalizuje się na nowo.

Wygląda na to, że uodparnia się na hałas i napaść Scanlona. Z jej twarzy znika wszelki wyraz. Podnosi się z krzesła i staje wyprostowana, sprawiając wrażenie o kilka centymetrów wyższej. Wyciąga rękę i chwyta Yvesa Scanlona za gardło. Popycha go.

Mężczyzna, zataczając się i wymachując rękami, wpada do mesy. Po jednej stronie dostrzega stół; chwyta się go, odzyskując równowagę.

Nagle Beebe na nowo pogrąża się w ciszy.

Scanlon bierze głęboki oddech. Kątem oka dostrzega kolejnego wampira, stojącego niewzruszenie u wejścia do korytarza; postanawia go zignorować. Bezpośrednio przed nim, Lenie Clarke siedzi znów przy pulpicie w pomieszczeniu łączności, odwrócona do niego plecami. Scanlon wchodzi do środka.