„Shriek: Posłowie” Jeff VanderMeer

1

Mary Sabon powiedziała kiedyś o moim bracie Duncanie Shrieku, że „nie jest istotą ludzką, lecz ciągle tylko zbacza i wykracza”. Nie jestem pewna, co miała nadzieję osiągnąć tymi słowami, lecz i tak je wypowiedziała. Wiem, że to zrobiła, gdyż przypadkiem byłam tego świadkiem trzy tygodnie temu na przyjęciu wydanym dla Martina Lake’a. Sama pomogłam zorganizować to przyjęcie, by uczcić najnowsze dzieło genialnego artysty: serię sztychów ilustrujących „Dziennik Samuela Tonsure’a”. (Jedno z wielu przyjęć, które przegapiłem na przestrzeni lat. Może gdybym tam był, wszystko potoczyłoby się inaczej. Może nawet wpłynęłoby to na przeszłość, którą Mary opisała w swoich książkach).

Sabon przybyła długo po tym jak Lake, powściągliwy człowiek o psychice niepozbawionej skaz, wyszedł, udając się w stronę kawiarni „Pod Czerwonogardłym Cielaczkiem”. Nie zaprosiłam jej, jednak pozostali goście najwyraźniej uznali jej obecność za pewnik: zgromadzili się wokół niej jak koraliki oszałamiającego, choć niewątpliwie podrabianego naszyjnika. Pary na parkiecie tańczyły z taką ambicją, że wydawało się, że naszyjnik Sabon krąży wokół niej, choć wielbiciele trwali w bezruchu.

Krople deszczu uderzały o świetlik przy wtórze odgłosu, który przypominał postukiwanie polakierowanych paznokci o szkatułkę na klejnoty. Przez otwarte drzwi balkonowe wpadał świeży zapach deszczu, pomieszany – jak zwykle w Ambergris – z wonią zielonej wilgoci. Pokuśtykałam w dół marmurowych schodów, prosto w ich objęcia, wyławiając każdy śmiech, każdą niedoskonałość i rysę na ich zroszonych potem obliczach. W skład naszyjnika ciał wchodziły nazwiska, które pewnego dnia powinny zostać odhaczone na liście i zasługujące na większą popularność.

Na parterze widziałam już tylko fragmenty Sabon – mignięcie rudych włosów, ziemiste policzki pokryte skupiskami uwodzicielskiego różu, błysk oka, rzęsy ciężkie od tuszu. Absurdalnie wydęte usta. Poczułam miażdżącą woń perfum, które bardziej pasowały do zakładu pogrzebowego. Wyglądała zupełnie inaczej niż podczas naszego pierwszego spotkania – wtedy była gibką studentką – i przez chwilę myślałam, że jest w przebraniu. Czyżby się ukrywała? Przed czym?

– On nie jest istotą ludzką, lecz ciągle tylko zbacza i wykracza.

Przyznaję, że roześmiałam się, słysząc komentarz Sabon, lecz powodowała mną serdeczność, a nie okrucieństwo. Ponieważ Duncan rzeczywiście słynął z dygresji. Rzeczywiście dopuszczał się wykroczeń. Mógłby rozerwać ten żywy naszyjnik na pojedyncze koraliki, w równie zabawny sposób opisując Sabon, gdyby nie zniknął, być może na zawsze, na kilka dni przed przyjęciem. Oto kolejna z jego cech – Duncan zawsze gdzieś znikał, już w dzieciństwie.

Komentarz Sabon był zabawny, ale, wbrew błędnej opinii jednego z dżentelmenów, nie był „ostatecznym stwierdzeniem faktu”. Szkoda, gdyż mój brat to uwielbiał. Gdy ktoś z przekonaniem stwierdzał jakiś fakt, Duncan zrywał się z krzesła i pozbawiał mówcę animuszu, spuszczał z niego powietrze za pomocą ostrza swego dowcipu, zadzierzystego geniuszu argumentacji, bezgranicznego wyczucia ironii. (Mam wrażenie, że oboje ze mnie kpicie. Kimkolwiek byłem za młodu – a nie pamiętam, bym kiedykolwiek był zręcznym rozmówcą – już dawno nie zajmują mnie sztuczki. To domena spór. Niech ci, którzy je ignorują – natywiści i tym podobni – tracą siły na efektowne słowne potyczki, które i tak nie przyniosą im żadnego pożytku).

*

Tak naprawdę powinnam zacząć jeszcze raz. Od nowa. Na razie pozostawić Sabon jej wielbicielom. Później będę miała czas, by do niej powrócić.
Duncan często tak robił – nic nie sprawiało mu większej przyjemności niż ponowne rozpoczynanie w środku książki, niczym magik, który udaje, że znika – pozostawiając czytelnika zawieszonego niepewnie nad otchłanią, by samemu zabrać się za budowanie kolejnej fabuły, a ostatecznie spleść wszystko w zgrabną całość, unikając katastrofy. Byłabym głupia, próbując powtórzyć taki wyczyn.

Był czas, gdy Duncan przesiadywał przy biurku w moim mieszkaniu – na starym wygodnym żółtym fotelu, który nasi rodzice kupili w Stockton wiele lat wcześniej. Blask pojedynczej lampki wydobywał jego sylwetkę z półmroku, w którym rozbrzmiewały tylko wezwania na modlitwę dobiegające z Dzielnicy Religijnej oraz chichot Duncana czytającego maszynopis najnowszego rozdziału swojej książki. Uwielbiał własne żarty, tak jak uwielbia się dzieci, które zasługują na miłość niezależnie od upośledzenia, braku kończyn czy złamanego kręgosłupa.

Jednakże najczęściej widywałam Duncana w jego ulubionej tawernie, Sporze Szarego Kapelusza, równie bliskiej jak stukanie tych klawiszy. (Ulubionej? Być może, ale czasami było to po prostu jedyne miejsce, do którego mnie wpuszczano. W bardziej przyzwoitych lokalach witała mnie cisza, jakby w progu nagle stanęło jakieś mityczne stworzenie). Trzeźwy czy pijany, Duncan uznawał Sporę za idealne miejsce do pracy. W jej mrocznych i zadymionych pomieszczeniach, odcięty od zewnętrznego świata za matowymi szybami o zielonym kolorze wodorostów, mój brat czuł się niewidzialny i niezwyciężony. Większość jego tekstów powstała w pokoju na tyłach Spory. Za sprawą nietypowej synchronii korytarzy, która kłóciła się z otaczającą lokal aurą labiryntu, klienci zebrani wokół ołtarza baru mogli, patrząc wzdłuż błyszczącego dębowego kontuaru, dostrzec sylwetkę Duncana oświetloną przez odprysk głównej sali – czasami pisał w natchnieniu w staroświeckim bloku listowym, a czasem leniwie wyglądał przez okno, które co prawda nie pozwalało dojrzeć świata zewnętrznego, lecz dzięki migoczącym zielonym odbiciom ujawniało sekrety wnętrza Duncana. (Świat zewnętrzny przychodził do mnie – przyjmowałem tam Mary, Sirina, Sybel, a nawet Bonmota, filar naszej społeczności).

Był już wtedy potężnym mężczyzną, nosił brodę i ubierał się w szare marynarki bądź płaszcze, które ukrywały wciąż rozwijające się osobliwe właściwości jego ciała. Czasami pozwalał sobie na cygaro – nowy zwyczaj, który zawdzięczał znajomości z alternatywnym historykiem Jamesem Lacondem – a wtedy rozpierał się w fotelu i palił, a ja znajdowałam go zatopionego we wspomnieniach, które nie zawsze byłam w stanie z nim dzielić. W tych chwilach problemy i choroba nie mogły go dotknąć.

Zdecydowanie wolę pamiętać mojego brata z tamtych chwil, spokojnego i skupionego. Gdy tam przebywał, wielu stałych klientów tawerny nazywało go Bogiem Zielonego Światła, sprawiał bowiem wrażenie zarazem ponadczasowego i nadszarpniętego upływem czasu. Teraz, kiedy odszedł, myślę sobie, że stał się Duchem Zielonego Światła i zapisze się w annałach Spory jako cicha, świetlista legenda. Duncanowi by się to spodobało: niech więc tak będzie.

***

Jednakże postanawiam zacząć od nowa – w końcu Duncan często tak czynił. Był jak snop zielonego światła przemierzający labirynt korytarzy Spory, a każda nowa analiza i perspektywa przedstawi zaledwie ułamek albo ułomek wizerunku człowieka, którego pod wieloma względami nigdy nie poznałam.

Gdybyśmy chcieli wskazać jakiś punkt startowy w życiu Duncana, musiałby to być dzień, w którym nasz ojciec, Jonathan Shriek, mało znany historyk, umarł pod wpływem gwałtownego przypływu radości w naszym domu w Stockton, mieście położonym o jakieś sto mil na południe od Ambergris, na drugim brzegu rzeki Moth. Radość przeszyła naszego ojca i zniszczyła mu serce, gdy miałam trzynaście, a Duncan zaledwie dziesięć lat. Pamiętam, że właśnie siedziałam przy stole w kuchni i odrabiałam lekcje, gdy pojawił się listonosz. Tata usłyszał dzwonek i skoczył do drzwi. „Skoczył” to nie przesada – był wyzywająco brzydkim mężczyzną zbudowanym jak ropucha, miał pofałdowane podgardle i masywne nogi. Usłyszałam, jak w przedpokoju rozmawia z listonoszem o pogodzie. Trzask zamykanych drzwi. Szelest papieru, gdy otwierał kopertę. Chwila ciszy, jakby wciągał powietrze. A potem straszliwie głośny śmiech, okrzyk radości lub triumfu, albo obu. Wpadł do kuchni i przemknął obok mnie, zmierzając otwartym korytarzem do tylnych drzwi.

– Gale! – zawołał. – Gale!

Imię mojej matki. Wytoczył się na podwórko, a ja biegłam zaraz za nim, zapomniawszy o lekcjach, nie posiadając się z niecierpliwości. Stało się coś cudownego i chciałam się dowiedzieć co to takiego.

Na drugim końcu trawnika Duncan, dziesięcioletni i wciąż rudawy, pomagał matce w ogródku ziołowym. Ojciec pobiegł ku nim, w sam środek letniego dnia. Drzewa leniwie kołysały się na wietrze. Pszczoły gromadziły się wokół żółtych kwiatów. Ojciec wymachiwał listem ponad głową i wrzeszczał:

– Gale! Duncanie! Gale! Duncanie!

Był do mnie odwrócony plecami. Biegłam za nim, pytając:

– Co, tato? Co się stało?

(Pamiętam to równie intensywnie jak ty, Janice. Tata biegł w naszą stronę. Uśmiechałem się, bo uwielbiałem jego entuzjazm. Uwielbiałem, gdy euforia choć na chwilę pozbawiała go nieśmiałości).
Już prawie był na miejscu. Udałoby mu się. Nawet dziś nie wątpię, że by mu się udało. Ale stało się inaczej. Potknął się. Upadł na słodką, dziwną trawę. („Upstrzoną cieniami drzew”, zapisałem później w dzienniczku. To właśnie te cienie najlepiej zapamiętałem z tamtego dnia – łaty kontrastujących ze sobą światła i ciemności). Jako ostatnia upadła dłoń z listem, a druga dłoń zacisnęła się przy piersi.

Gdy zobaczyłam, jak upada, zatrzymałam się, myśląc, że się potknął. Spojrzałam ponad trawnikiem na matkę i brata. Mama przewróciła oczami, widząc niezdarność męża, ale twarz Duncana była blada z przerażenia. Duncan wiedział, że nasz ojciec się nie potknął, lecz coś go powaliło. (Nie wiem, skąd to wiedziałem, po prostu pamiętam, że ojciec przestał się uśmiechać, a jego oblicze nagle pobladło i pojawił się na nim smutek, gdyż, padając, zrozumiał, co się z nim dzieje). Po chwili mama także zdała sobie z tego sprawę i całą trójką podbiegliśmy do niego, otoczyliśmy go, podtrzymywaliśmy, szukaliśmy pulsu, dzwoniliśmy po lekarza i siedzieliśmy zapłakani, gdy się nie poruszył, nie wstał, nie powiedział, że to wszystko żart lub wypadek. (Do dziś zapach świeżej trawy kojarzy mi się ze śmiercią. Czy już wtedy jakiś wartownik obserwował nas z cienia?).

To Duncan wyjął ojcu list z ręki i gdy lekarz już sobie poszedł, a przedsiębiorca pogrzebowy zabrał ciało, usiadł w kuchni, by go przeczytać. Najpierw przeczytał go sam, a potem odczytał na głos. Mama siedziała na kanapie w salonie, patrzyła nieobecnym wzrokiem i nie usłyszała ani słowa.

List zdezorientował Duncana bardziej niż podejrzewałyśmy. Zagiął powierzchnię jego świata i wpuścił do niego czarną nutę tego, co nieracjonalne, nielogiczne i nonsensowne. Dla mnie ojciec był martwy i nie miało znaczenia, jak i dlaczego to się stało, gdyż nic nie mogło przywrócić mu życia. Jednakże dla Duncana było to niezwykle istotne. Bezpiecznie zakorzeniony w tym miejscu i rodzinie, był dzieckiem szaleńczo nieustraszonym – badaczem tuneli i wilgotnych, mrocznych miejsc. Nigdy nie doświadczył brutalnej interwencji przypadku i ironii. Aż do tej chwili. (Czy to rzeczywiście było istotne? Nie wiem. Zawsze wydawało mi się, że moja determinacja pochodzi wyłącznie z wewnątrz).

Ponieważ nasz ojciec, Jonathan Shriek, zmarł u szczytu kariery. W liście, który był oznaczony pieczęcią samego Kalifa, gratulowano mu „zdobycia Najwspanialszego Wyróżnienia – Laskiańskiej Nagrody Historycznej” za artykuł opublikowany w biuletynie Ambergriańskiego Towarzystwa Historycznego i zapraszano na w pełni opłaconą wycieczkę na dwór Kalifa, gdzie ojciec miał studiować księgi, których nie czytano od pięciu wieków, wliczając najświętszy ze świętych „Dziennik Samuela Tonsure’a”.

List stał się bronią. Uratował naszego ojca przed przeciętnością, a następnie go zabił, rozpędzając krew w jego żyłach do morderczej prędkości. (Nie mogłem pozbyć się myśli, że umarł przez coś, co odkrył w trakcie swoich badań, choć wydawało się to irracjonalne. Te podejrzenia wpędziły mnie w paranoję. Przez pewien czas dopuszczałem możliwość, że list został zatruty przez ludzi Kalifa, gdyż tata znalazł się zbyt blisko odkrycia jakiejś historycznej tajemnicy, której wyjścia na jaw pragnął uniknąć Kalif).

Pogrzeb okazał się farsą i tragedią. Pojawiliśmy się przy niewłaściwej trumnie i zaszokowani ujrzeliśmy oblicze młodego mężczyzny, zupełnie jakby śmierć korzystnie wpłynęła na ojca. Tymczasem inna rodzina pogrzebała naszego ojca w zamkniętej trumnie.
„Ze śmiercią mu do twarzy”. To oczywiste kłamstwo wydawało się nam prawdą. Zanurzył się w śmierci jako starzec, a wyszedł jako młodzieniec. Jeszcze bardziej pocieszała nas myśl, że być może nastąpiła jakaś pomyłka i on wciąż gdzieś żyje.
Z nas wszystkich Duncan najdłużej wpatrywał się w młodego mężczyznę, który nie był naszym ojcem, zupełnie jakby szukał wyjaśnienia zagadki, której nie da się rozwiązać.

*

Cztery lata później przeprowadziliśmy się ze Stockton do Ambergris, gdzie zamieszkaliśmy z rodziną matki w wilgotnej starej posiadłości z zalaną piwnicą. Dom stał nad brzegiem rzeki Moth, z dala od większości zabudowań Ambergris, i trudno było go uznać za lepsze lokum od domu, w którym dorastaliśmy, był jednak tańszy, a matka doszła do wniosku, że po śmierci męża nic jej już nie trzyma w Stockton. Dlatego dzieliliśmy przestrzeń życiową ze stale zmieniającym się tłumem ciotek, wujków, kuzynów, siostrzeńców, siostrzenic oraz przyjaciół rodziny. (Chociaż w ­ciągu kolejnych lat tę kakofonię dalekich krewnych zastąpiła sama matka, czego zapewne pragnęła od samego początku).

Przybyliśmy do Ambergris promem poprzez gęste wody błotnistej rzeki Moth. Pamiętam, że podczas podróży zauważyłam w kieszeni koszuli Duncana jakąś kartkę. Gdy go spytałam, co to, wyjął papier i mi go pokazał. Okazało się, że zatrzymał wiadomość Kalifa do naszego ojca; z tego co wiem, list nadal jest w jego posiadaniu, rozsypujący się i porwany. (Owszem, mam go – a przynajmniej jego resztki. Nie mam już odwagi go otwierać, gdyż boję się, że obróci się w proch).

– Nie chcę zapomnieć – wyjaśnił, obdarzając mnie wyzywającym spojrzeniem, jakby czekał, aż podam w wątpliwość jego lojalność wobec ojca.

Nic nie odpowiedziałam, lecz przyszło mi do głowy, że chociaż podróżujemy do nowego miejsca, to zabieramy ze sobą przeszłość.

Co prawda, Ambergris miało własną bogatą przeszłość, tyle że po prostu znacznie gorzej ją znaliśmy. Wiedzieliśmy tylko, że w mieście mieszkają najwięksi artyści świata; że żyją tu tajemnicze szare kapelusze; że klan kupiecki Hoegbotton i Synowie siłą przejął kontrolę nad miastem od długiej linii królów; że Kalif i jego wielkie Zachodnie Imperium trzykrotnie próbowali zdobyć Ambergris; że dawno temu, przed kilkoma wiekami, nastąpiła tutaj katastrofa zwana Ciszą; oraz że doroczny Festiwal Słodkowodnych Kałamarnic często prowadzi do gwałtownych aktów przemocy i nerwowego bezprawia, które niektórzy przypisują szarym kapeluszom. Szare kapelusze, jak dowiedzieliśmy się od uczynnych krewnych, którzy starali się nas uspokoić, już dawno wycofały się do podziemnych jaskiń i katakumb. Pierwotnie wpędził je tam założyciel Ambergris, despotyczny wielorybnik Manzikert I, który zrównał z ziemią miasto szarych kapeluszy, dokonując możliwie największej masakry, po czym zbudował Ambergris na dymiących zgliszczach. (Byliśmy w takim wieku, że to wszystko wydawało się nam niezwykle ekscytujące i egzotyczne, a nie przerażające).

Wkrótce po przybyciu zauważyliśmy liczne ślady obecności artystów – olbrzymie malowidła na ścianach magazynów – jak również klanu Hoegbottonów, gdyż musieliśmy uiścić ich opłatę celną, by móc opuścić doki i wjechać do właściwej części miasta.

Co zaś się tyczy szarych kapeluszy, to zgodnie z zapewnieniami krewnych odkryliśmy niewielkie ślady tej „starej, niewysokiej tubylczej rasy”, jak ją określają przewodniki. Za dnia nieczęsto widywało się jej przedstawicieli na powierzchni, ale o zmroku i w nocy przemykali bocznymi uliczkami i cmentarzami. Cała nasza wiedza pochodziła z rzadkich, lecz niepokojących matczynych opowieści na dobranoc, dotyczących „grzybian z Ambergris”, a także krótkiego opisu, który znaleźliśmy w pewnej książce dla dzieci, a który jednocześnie nas zachwycił i wytrącił z równowagi:

„Z niszy wysypało się już pięćdziesięciu grzybian; w ich spokoju i rytmicznym oddechu było coś makabrycznego: wyglądali, jakby przestali nagle rosnąć, byli odziani w szaty o barwie szarej zieleni, jak podbrzusze żaby, a głowy ukrywali pod filcowymi kapeluszami z szerokim rondem, przypominającymi kapelusze organizmów, od których wzięli swe miano – zakrywały ich aż po kark. Jedyną nieosłoniętą częścią ich ciała były szyje, niewiarygodnie długie i blade. Naprawdę przypominali grzyby”.

O Ciszy wiedzieliśmy jeszcze mniej – słyszeliśmy szepty wśród doros­łych, mieliśmy poczucie, że nie powinniśmy o nią pytać. Nawet w Stockton, daleko od miejsca tragedii – zarówno pod względem czasu, jak i geografii – wydawało się nam, że ludzie obawiają się, iż tamte wydarzenia mogą się powtórzyć za sprawą choćby najbardziej błahego komentarza. Nie, Ciszę odkryłam dużo później – dopiero podczas krótkiego pobytu w Hoegbottońskiej Szkole Nauk Zaawansowanych dowiedziałam się, że adnotacje w książkach o historii Ambergris (Prz.C. i P.C.) oznaczają „przed Ciszą” i „po Ciszy”. O dzienniku Samuela Tonsure’a, nierozerwalnie związanym z Ciszą, nie usłyszałam nawet szeptu, dopóki nie uświadomił mnie Duncan. (Być może odebrałem najbardziej osobistą i ekscentryczną edukację w temacie Ciszy w historii Ambergris!).

Niewiele o tym wszystkim dowiedzieliśmy się od matki, która przez sporą część naszej młodości w Ambergris rzadko wstawała przed południem. W niektóre dni prawie się z nią nie widywaliśmy. Miała w tym domu wiele pokojów, w których mogła się ukryć. Przestawiła swój wewnętrzny zegar na nocny, chaotyczny tryb. Nadal malowała, ale zdarzało się, że po powrocie do domu odkrywaliśmy, że zamiast płótna pokryła mieszaniną gryzących się ze sobą kolorów ścianę któregoś z nieużywanych pomieszczeń. Zanim woda z rzeki zaczęła zalewać piwnicę podczas każdego deszczu, matka uwielbiała tam przesiadywać w wilgoci i czytać przy starej lampie naftowej, którą przywieźliśmy ze sobą z Morrow – pamiątce rodzinnej pamiętającej czasy wielorybników-piratów. (Janice i ja czasami tam do niej dołączaliśmy. Siadaliśmy obok siebie na krzesłach i słuchaliśmy szepczących westchnień rzeki, próbującej przedostać się przez podłogę, oraz czytaliśmy książki lub odrabialiśmy lekcje. Matka rzadko cokolwiek mówiła, ale przebywanie razem w tym samym pomieszczeniu sprawiało, że czuliśmy się komfortowo. Wydaje mi się, że ona także to lubiła, ale nie jestem pewien).

Za to dobrze pamiętam, że podczas nieobecności matki jedna z moich ciotek próbowała pomóc nam lepiej poznać miasto, mówiąc: „Jest Dzielnica Religijna, Dzielnica Kupiecka i stara Dzielnica Biurokratyczna, a oprócz tego miejsca, w które się nie zapuszczamy niezależnie od okoliczności. Od nich trzymajcie się z daleka”. W obliczu tak niejasnych ostrzeżeń na początku musieliśmy odkrywać Ambergris, wypuszczając się na samodzielne wyprawy oraz wypytując kolegów z klasy.

Przeprowadzka do Ambergris zmieniła moją relację z Duncanem. Przedtem Duncan był irytującym cieniem, naśladowcą, który zawsze musiał robić to, co ja. Gdy w wieku ośmiu lat zaczęłam kolekcjonować skały, zainspirowana odsłoniętym złożem granitu na wzgórzu w pobliżu naszego domu w Stockton, Duncan również się tym zajął, choć sam nie rozumiał dlaczego. Odpędzałam go, lecz on uparcie wędrował za mną w górę zbocza. Przezornie trzymając się poza zasięgiem moich poirytowanych mruknięć, przysiadał na drżących nogach i przebiegał dłońmi po kamykach, szukając tych najbardziej błyszczących. Z czasem coraz bardziej się przybliżał, kołysząc się jak kaczka, i zanim się zorientowałam, szukaliśmy kamieni wspólnie, a moja kolekcja stała się naszą kolekcją.

Kiedy zafascynowały mnie opowieści dla dzieci autorstwa teriologa Rogera Mandible’a, Duncan nie tylko ukradł książki z mojego pokoju, ale je pokolorował i pismem eleganckim jak u pijanego marynarza nabazgrał na znacznej części stron swoje imię.
Gdy skończyłam czternaście bądź piętnaście lat, zrozumiałam, że naśladował mnie, ponieważ mnie kochał i podnosił na mnie wzrok z podziwem. (Nie podnosiłem go zbyt długo – o ile dobrze pamiętam, przestałaś rosnąć w wieku czternastu lat).

Jednakże śmierć ojca i przeprowadzka do Ambergris sprawiły, że przestałam być tylko siostrą Duncana. Najwyraźniej coś we wzajemnej relacji taty z mamą dodawało im obojgu energii – czyniło ich czymś więcej niż byli osobno – ponieważ bez taty mama zapomniała, jak się nami opiekować. Jestem pewien, że gdyby to ona umarła, tata zachowywałby się w taki sam sposób. Wcale nie był praktyczniejszy od matki. Przewracał się lub uderzał w duży palec u nogi podczas wkładania piżamy równie często, jak mama kaleczyła się podczas siekania marchewki. Łączyło ich ogólne roztargnienie, które Duncan i ja z dorosłej perspektywy uznaliśmy za urocze. Tata szukający gazety, którą trzymał w zgięciu ręki. Mama szukająca kolczyków, które przed chwilą odłożyła do szkatułki. Dopiero wspólnie udawało im się jakoś brnąć przez życie i maskować indywidualne rodzicielskie braki.

Śmierć taty i przeprowadzka do Ambergris pozbawiły mamę resztek troski o dzieci. Pod wieloma względami stałam się matką dla Duncana. Dbałam o to, by wstawał rano do szkoły. Robiłam mu śniadanie. Pomagałam mu w lekcjach. Pilnowałam, by o właściwej porze kładł się spać. Przestał mnie naśladować, a zaczął się mnie słuchać. (Chociaż czyniłem to z niegasnącym brakiem szacunku dla władzy, którą nagle zaczęła uosabiać moja surowa siostra. Nie, to nieprawda. Tak naprawdę się z tego cieszyłem. Potrzebowałem porządku. Wtedy potrzebowałem kogoś, kto powie mi, co mam robić. Wciąż byłem tylko dzieckiem. Często wystraszonym, pomimo moich licznych wypraw. Dowodzenie podczas wędrówek wydawało mi się naturalne; robienie tego samego w codziennym życiu okazywało się potwornie trudne). Zniknął podziw, ale wraz z nim także niszcząca choroba współzawodnictwa. Przynajmniej na jakiś czas.

W jakiś sposób, pomimo niewiedzy oraz wspomnianej zmiany życiowych ról, udało nam się dopasować, porozumieć, poczuć się częścią Ambergris łatwiej niż oczekiwaliśmy. Myślę, że miało to wiele wspólnego z naszym podejściem. Duncan i ja powinniśmy być niezadowoleni z opuszczenia naszej starej szkoły i kolegów, ale tak nie było. Nic z tych rzeczy. W pewnym sensie poczuliśmy ulgę, że możemy uciec od współczucia i troski, które nam okazywano, od pułapki postrzegania samych siebie jako ofiary. Wolność od tego wszystkiego oznaczała niejako wolność od tamtej chwili, w której umarł ojciec. To rekompensowało nam inne niedogodności.

(Czy odważyłbym się pozbawić czytelnika pierwszego spojrzenia na Ambergris? Tego pierwszego drażniącego spojrzenia z okien powozu jadącego od nabrzeża? Rozległej połaci Bulwaru Albumuth, zabudowanego w połowie cegłą, a w połowie lakierowanym drewnem? Jego brudu, jego smrodu perfum i nieprzyzwoitej zgnilizny. A pod spodem kolejnego zapachu – nęcącej woni grzybów, zarodni, spór splątanych z kurzem i powietrzem, opadających spiralnie jak śnieg. Okrzyków handlarzy, wrzas­ków świeżo okradzionych i nowo wyświęconych. Pierwszego kontaktu buta z ulicą po wyjściu z powozu – głośnej twardości ziemi i buczącej wibracji energii nagromadzonej pod chodnikiem, która przepływa przez but do stopy, a przez stopę do reszty ciała, gwałtownie je ożywiając i pobudzając. Nagłego odczucia gorączkowej atmosfery – ileż możliwości! – oraz stale wyglądającej z kanałów burzowych i bocznych uliczek kuszącej ciemności, która stanowi zapowiedź tuneli i rychłych badawczych wypraw. Z pewnością nie sposób opowiadać o naszej przeprowadzce do Ambergris, nie opisując tych okoliczności! W pierwszych latach pobytu w mieście bulwar stał się naszym probierzem, tak jak dla niezliczonych rzesz ludzi przed nami. Właśnie tak wjeżdża się do Ambergris i tą samą drogą cię stamtąd wynoszą, gdy wreszcie opuścisz miasto).

***

Pomimo zafascynowania Ambergris Duncan wybrał inne miejsce na zdobywanie wykształcenia. Za namową matki, która w ten sposób dopuściła się jednego z nielicznych aktów rodzicielskich, Duncan ukończył studia historyczne w Religijnym Instytucie w Morrow (przez historyków często nazywanym „tym drugim miastem nad rzeką Moth”, oddalonym od Ambergris o ponad sto mil), skupiając się na sylwetkach licznych artystów, którzy urodzili się lub zdobyli fortunę w Ambergris oraz na dworze Kalifa – gdyż w tych dwóch geograficznych przeciwnościach dostrzegał sposób na objęcie swymi badaniami obu biegunów świata. Nie mógł studiować artystów z Ambergris, nie studiując samej anatomii miasta – od kultury po politykę, od gospodarki po teriologię. A ponieważ macki Ambergris sięgały bardzo daleko, niczym u najstarszych olbrzymich Słodkowodnych Kałamarnic, Duncan musiał badać Morrow, Aan i całe południe. Studiowanie Kalifa, co u Duncana wydawało się sprawą drugoplanową, oznaczało sporządzenie map całego zachodu i północy. (Początkowo nie miałem pojęcia, co jest „sprawą drugoplanową”. Wszystko mogło się okazać użyteczne. Liczyło się gromadzenie informacji i staranie się, by mnie one nie przytłoczyły).

Duncan nigdy nie był osobą religijną, dlatego uważam, że imponujący krąg jego zainteresowań stanowił próbę ponownego znalezienia dla siebie miejsca w świecie, odkrycia swojego rdzenia, utraconego po śmierci ojca, bądź zbudowania nowego w oparciu o gromadzenie wiedzy. W pewnym sensie Historia zawsze była dla Duncana sprawą osobistą, nawet jeśli nie zawsze potrafił to wyrazić.

Gdybym stwierdziła, że Duncan ciężko pracował, umniejszyłabym zapał, z jakim poszukiwał wiedzy. Pożerał teksty tak samo jak pożerał jedzenie, rozkoszując się nimi po połknięciu w całości. Zapamiętywał swoje ulubione książki: „Odbicie światła w więzieniu”, „Dziennik Samuela Tonsure’a”, „Kroniki Hoegbottońskie”, „Arie: Biografia Vossa Bendera”. Wiele lat później zwykł mnie zachwycać – niezależnie od tego, w jak dziwacznych okolicznościach się spotykaliśmy – teatralnymi czytaniami, podczas których naśladował wyobrażony ton głosu poszczególnych autorów, okazując tak namiętną miłość do słów, że nieustannie uważałam swój własny entuzjazm za niewystarczający.

Mówiąc w skrócie, Duncana dopadła nadgorliwość. Obsesja. Determinacja. Wszystkie te obosieczne słowa. Nie dopuszczał do głosu ludzkiej słabości ani potrzeby bliskości ze światem za pośrednictwem ciała bądź kontaktów z innymi ludźmi. Z pewnością czuł, że lepiej będzie zostać martwą dłonią przeszłości, jej narzędziem.

Duncan nie miał znajomych. Nie miał też przyjaciółki. Gdy odwiedzałam go w jego pokojach w Instytucie podczas przerw w roku akademickim na Akademii Trilliana, gdzie studiowałam sztukę, ani razu nie przedstawił mi nikogo poza swoimi nauczycielami. Zapewne uchodził za jedną z najbardziej pobożnych osób wśród wszystkich pobożnych mnichów w historii. (Owszem, miałem znajomych. Twoje wizyty były tak rzadkie, że widziałaś moje życie w Instytucie z perspektywy wąskiej niczym promień szmaragdowego światła w Sporze, o którym ciągle wspominasz. Musiałem rozmawiać z ludźmi, by sprawdzać swoje teorie, mierzyć poziom sprzeciwu i odkrywać, które z moich pomysłów rozpływają się w powietrzu po wypuszczeniu na światło dzienne).

Uznając geniusz Duncana oraz jego pragnienie odosobnienia, Instytut – którego szczodrość wzrosła za sprawą drobnego stypendium, jakim Duncan go wspomógł, a także ze względu na pamięć o naszym ojcu, który przemierzał te same rozległe korytarze – od drugiego semestru pozwolił mojemu bratu odizolować się w pokojach, które rozrastały się wraz z jego samotnością. Jedyne okno w jego lokum wychodziło na masywną, nieciekawą ceglaną ścianę Budynku Filozofii, nie dając Duncanowi żadnej alternatywy dla energicznego życia wewnętrznego. (W końcu taki był cel istnienia Instytutu – skupiać się na niezbadanym życiu. Nie było w tym niczego złego).

Jakby pragnąc odzwierciedlić w świecie zewnętrznym złożoność i kruchą radość wewnętrznego życia, Duncan stopniowo zaczął pokrywać ściany swojego pokoju mapami, rysunkami, diagramami, nawet kartkami wyrywanymi z książek. Władcy Ambergris spoglądali w dół szelmowsko, choć nieco krzywo, na wpół zakryci mapami przedstawiającymi ostatnią epicką bitwę Kalifa z niewiernym Stretcherem Jonesem. Akwaforty wykonane na korze przez lokalne plemię Aan dzieliły przestrzeń z ponurymi edyktami rozdawanymi przez jeszcze bardziej ponurych truffidiańskich kapłanów. Słynny akrylowy obraz Jamesa Alberona przedstawiający Bulwar Albumuth stanowił tło dla setki malutkich portretów członków pierwszego synodu Skamoo. Oszałamiające zielenie i fiolety „Budek na Placu Vossa Bendera” Darcimby rywalizowały z wyblakłą żółcią map dawnych badaczy i czerwienią strzałek, którymi na wojskowych schematach oznaczano zbrojne potyczki.

Duncan poświęcił jeden mroczny zakątek tak zwanemu „zmieniającemu się obliczu Ambergris”. Początkowo umieszczał tam tylko nakładające się na siebie mapy ulic, jakby tworzył obraz miasta, zaczynając od szkieletu. Surowy biały papier pokryty czarnymi jak noc żyłami tuszu ostro kontrastował z resztą wystroju pomieszczeń. Mapy były tak stłoczone i tworzyły tak grubą warstwę, że ogólny efekt przypominał mi schemat ludzkiego ciała. Czy może raczej, ujmując rzecz poprawniej pod względem metaforycznym, gęsty las splątanych winorośli (jak w lasach mojej młodości w Stockton), przez który nikt nie byłby w stanie wędrować, nawet uzbrojony w maczetę. (Moje pierwsze wielkie osiągnięcie – znalazłem sposób na nakreślenie odniesień pomiędzy dziesiątkami pozornie niepowiązanych ze sobą zjawisk, by w pewnym świetle, w pewnej ciemności, móc dostrzec schematy, połączenia. Później korzystałem z tej samej techniki, na zupełnie inną skalę, w Akademii Blythe’a).

Podczas każdej z kolejnych wizyt widziałam, jak las się rozrasta – od ciemnej plamy do obiektu, który kształtem przypominał najpierw grzyb, potem mantę, a w końcu jakiegoś straszliwie egzotycznego owada, który mógłby zabić pojedynczym użądleniem. Stopniowo, na drodze niepowstrzymanej inwazji w czasie i przestrzeni, Ambergris zaczęło dominować w pokojach Duncana, aż wreszcie warstwa map stała się grubsza od ścian, a przynajmniej tak mi się często wydawało, gdy siedziałam na swoim fotelu przeglądając maszynopis.

Plama stała się tapetą, a pozostałości materiałów niezwiązanych z Ambergris stały się plamą. Czy, patrząc na te najwcześniejsze diagramy i montaże na ścianach, Duncan mógł podejrzewać, dokąd go doprowadzą? Jak daleko dotrze i za jaką cenę? (Pod spodem każdy przenikliwy obserwator mógłby znaleźć szalone bogactwo nowych informacji. Wystarczyło oderwać narożnik, by ukazała się tajemna obsesja: duchy Ciszy, szare kapelusze i wiele więcej. Wszystko to mówiło: „Schodzę pod ziemię”. Jeśli ktoś potrafił czytać).

– Twoja ściana się zmieniła. Czy teraz skupiasz się na czymś innym? – spytałam go kiedyś.

– Być może – odpowiedział. – Ale to także nie ma sensu.

– Co nie ma sensu? – spytałam.

– Tylko oni mogli to zrobić. Ale dlaczego? I jak?

Popatrzyłam na niego, niczego nie rozumiejąc.

– Cisza – odparł Duncan, a ja poczułam na plecach dreszcz niczym echo. Cisza i szare kapelusze.

Ponad dwieście lat wcześniej z miasta zniknęło dwadzieścia pięć tysięcy osób, niemal cała populacja, podczas gdy wiele tysięcy innych odpłynęło rzeką Moth, by wziąć udział w dorocznym połowie ryb i słodkowodnych kałamarnic. Rybacy, wliczając władcę Ambergris, po powrocie zastali opuszczone miasto. Do dzisiejszego dnia nikt nie wie, co się stało z tymi dwudziestoma pięcioma tysiącami dusz, jednak wcześniej czy później do świadomości każdego z mieszkańców Ambergis wsącza się pogłoska – za sprawą plamy grzybów na oknie, kapania zielonej wody, czerwonych flag używanych jako wizytówek – że odpowiedzialne są szare kapelusze. W końcu wymordowaliśmy tak wielu z nich, a resztę wpędziliśmy pod ziemię. Z pewnością mogli się w ten sposób zemścić?

Dowiedziałam się o Ciszy dopiero w poprzednim semestrze; to przerażające, jak skutecznie dorośli ukrywają przed dziećmi szczegóły dotyczące niektórych wydarzeń. Dla mnie i moich kolegów z klasy było to objawienie; trudno opisać, jak głęboko nas dotknęło.

– Wszystko obraca się wokół Ciszy – oznajmił Duncan. – Moje badania, badania taty. A także dziennik Samuela Tonsure’a.

Tonsure, jak mi powiedział Duncan, był jedną z osób, które zeszły w ślad za szarymi kapeluszami pod ziemię podczas masakry, która poprzedziła założenie Ambergris. Nigdy nie powrócił na powierzchnię, ale jego dziennik, dziwaczne dzieło, w którym podjął próbę opisania podziemnych królestw szarych kapeluszy, został odnaleziony po mniej więcej siedemdziesięciu pięciu latach, a wtedy historycy zaczęli dogłębnie go studiować w poszukiwaniu informacji, które mogłyby rzucić nowe światło na Ciszę lub jakikolwiek inny temat związany z szarymi kapeluszami. Duncan zauważył, że nadal nad nim ślęczą.

– Nie jesteś tatą, Duncanie – odrzekłam. – Mógłbyś zająć się czymś innym.

Już wtedy, jeszcze zanim zaczął pracować dla Jamesa Laconda, zanim spotkał Mary, wyczuwałam grożące mu z tej strony niebezpieczeństwo. Już wtedy wiedziałam, że Duncanowi coś grozi. (Wszystkim nam coś grozi. Uważam się za szczęściarza, nie uległem bowiem typowym zagrożeniom, jak uzależnienie od grzybów czy alkoholu). Duncan tylko popatrzył na mnie jakbym była głupia i odparł:

– Nie ma niczego innego do badania, Janice. Niczego ważnego.

Pamiętam, wyraźnie jak we śnie, niepowstrzymany rozwój obrazów na jego ścianach. Jednakże nie licząc kilku słów przytoczonych powyżej, nasze rozmowy rozpłynęły się w niepamięci.

***

Duncan wyłonił się ze swoich pokoi z dyplomem i dobrymi perspektywami (przesada; miałem w perspektywie krótki przebłysk sławy, a po nim pilną potrzebę zarabiania na życie w zawodzie innym niż ten, który wybrałem na swoją pasję), ale już wtedy różnił się od pozostałych studentów. (Mama, która coraz głębiej wycofywała się we wspomnienia, nie przyszła na uroczystość – odkąd dorośliśmy, rzadko ją odwiedzaliśmy). Podczas przyjęć organizowanych z okazji rozdania dyplomów widziałam, jak profesorowie schodzą mu z drogi. Traktowali go z obojętnym niepokojem, może nawet lękiem, jakby wyrósł na kogoś, kogo już nie potrafili łatwo zdefiniować, i obawiali się nawiązania z nim bliższej emocjonalnej relacji.

Później Duncan powiedział mi, że nigdy nie zaznał takiego odosobnienia i samotności jak podczas tamtych kilku godzin po ceremonii wręczenia dyplomów, gdy wędrował jak trędowaty przez pozłacane sale, gdzie stały stoły pełne przekąsek i rozbrzmiewały rozmowy przeznaczone dla wszystkich poza nim. Starsi profesorowie, wysocy jak wieże, mijali go w ciszy i skupieniu, stanowiąc antytezę Mary Sabon i jej rozentuzjazmowanego, pełnego zapału naszyjnika ciał. (Każdy czuje się osamotniony w takiej sytuacji, niezależnie od tego, jak udane jest przyjęcie i jak ­fascynujące toczą się podczas niego rozmowy, gdyż za chwilę mamy zostać wrzuceni w świat, usunięci z dobrze znanego zakątka).

Jednakże na fundamencie zapału, samotności i pasji, którą było widać nawet na ścianach jego pokojów, Duncan zbudował coś, co mogło zająć miejsce ciszy, a przynajmniej na nią odpowiedzieć. Napisał książkę „O Odbiciu światła w więzieniu”

Pomimo niezliczonych egzaminów, prac pisemnych i ustnych prezentacji, Duncan znalazł czas na napisanie przełomowego tomu, w którym analizował mistyczny tekst „Odbicie światła w więzieniu” (napisany przez Mnichów Truffidiańskich uwięzionych w wysokiej wieży na dworze Kalifa). Zapewne nikogo nie zdziwi fakt, że był to jeden z tematów, którymi chciał się zająć nasz ojciec przed swoim nagłym zgonem. (Jak mógłbym się nim nie zająć przed zabraniem się do dalszej pracy? Dzięki temu chociaż w niewielkim stopniu mogłem uczynić życie ojca pełniejszym. Pamiętam, jak patrzyłem na ukończoną książkę opatrzoną dedykacją „Mojemu ojcu, Jonathanowi Shriekowi” i myślałem, że na chwilę udało mi się go wskrzesić, że ponownie ożył w mojej książce. Kiedy wysłałem ją naszej matce, ta wreszcie ocknęła się ze stoickiej ciszy i napisała do mnie długi list, w którym zawarła opowieści o tacie, których nigdy wcześniej nie miała śmiałości nam przekazać).

Dostąpiłam przywileju przeczytania książki (a także pomogłaś ją zredagować na swój prowokacyjny sposób) w formie maszynopisu podczas jednej z podróży do Morrow. Do tego czasu moja edukacja w Stockton i Ambergris zdążyła dotrzeć do dość rozczarowującego końca, a ja byłam rozdarta pomiędzy karierą artystki a zanurzeniem się w historii sztuki. Prowadziłam liczne badania i nie raz natrafiłam na przejawy geniuszu, lecz pamiętam, że oszołomiła mnie wspaniała zuchwałość wniosków, do których doszedł mój brat. Jednocześnie martwiłam się, że książka może się okazać zbyt dobra dla docelowych odbiorców. Być może mój brat był skazany na zapomnienie. Przyznaję, że poczułam ukłucie satysfakcji, gdyż trudno o gwałtowniejsze emocje niż te towarzyszące rywalizacji między rodzeństwem.

Tak czy inaczej Duncan w ciągu zaledwie trzech miesięcy znalazł wydawcę w Morrow: Frankwrithe’a i Lewdena, specjalistów od publikacji encyklopedycznych, osobliwej beletrystyki i książek historycznych. Frankwrithe i Lewden było wiekowym wydawnictwem, które według plotek założono pod szyldem „Writhelewd” w ostatnim stuleciu istnienia Imperium Saphanckiego. Wraz z rozpadem Imperium, wkrótce po ­przemianowaniu miasta z Cinsorium na Ambergris, wydawnictwo przeniosło się do Morrow, a jego nazwę zniekształcono i zmieniono podczas długiej podróży płaskodennymi łodziami w górę rzeki. Któż inny mógłby opublikować ezoteryczne dzieło Duncana?

Frankwrithe i Lewden wypuścili piętnaście tysięcy egzemplarzy „O Odbiciu światła w więzieniu”. Za pośrednictwem barek, wozów i pojazdów mechanicznych książka spenetrowała południową połowę kontynentu. Zamawiały ją duże i małe księgarnie. Objazdowi handlarze książkami kupowali ją w celu odsprzedaży. Rozsyłano egzemplarze przeznaczone do recenzji, opatrzone barwnymi komentarzami czytelników, począwszy od dziekana Instytutu, a skończywszy na prostych ludziach spotkanych na ulicy (był to źle pomyślany chwyt reklamowy, gdyż zbieranie opinii od przypadkowych osób zaowocowało takimi recenzjami jak: „Nie tak dobra jak butelczyna miodu, ale mnie i żonce nawet się spodobał ten kawałek o seksie mnichów” – John Tennant, hydraulik).

Początkowo nic się nie działo. Zastój, cisza bez odpowiedzi. „Zupełnie”, Duncan powiedział mi później, „jakbym wcale nie napisał książki, nie poświęcił czterech lat na zgłębianie tematu. Prawdę mówiąc, miałem wrażenie, jakbym nie istniał”. Potem, powoli, książka zaczęła się sprzedawać. Niezbyt dobrze, ale wystarczająco dobrze: to było jak strumyczek nieprzerwanie płynący z kranu.

Reakcje krytyków, choć nieliczne, dawały Duncanowi nadzieję, ponieważ gdy już się pojawiały, były entuzjastyczne. „Po początkowym zakorzenieniu w chłodnych, twardych faktach, Shriek wznosi się na rzadko spotykane wyżyny naukowego dyskursu, po którym możemy odróżnić dobrą książkę od złej” – Edgar Rybern, magazyn Sztuka i Historia. Albo taki smakowity kąsek: „Nie miałem pojęcia, że mnichom jest tak ciężko. Ta oszałamiająca książka przedstawia ich życie, zarówno tych uwięzionych, jak i cieszących się wolnością, jako cichą kontemplację przerywaną transcendentalnymi wybuchami epifanii”. (Wspomniany wcześniej James Lacond, niech mu Truff błogosławi, w rzadkim gościnnym występie na łamach szacownego Dnia Ambergris).

Nieprzerwany strumyczek przybrał na sile, gdy właściciele państwowych i prywatnych bibliotek na Południu, dostosowując się do opinii mężczyzn i kobiet z dalekich stron (którzy równie dobrze mogli pisać swoje recenzje z zakładów dla obłąkanych lub pomiędzy schadzkami w burdelu), wypuścili strużkę monet, by nagrodzić określenia takie jak „niespotykane wyżyny”, „dobra” i „oszałamiająca”.

Jednakże nawet krytycy nie byli w stanie zmienić strużki w bystry nurt. To zadanie przypadło w udziale urzędującej głowie kościoła truffidiańskiego, samemu ambergriańskiemu Przedsionowi, zadzierzystemu (a jednak wysublimowanemu) Henry’emu Bonmotowi. Nigdy nie zdołałam ustalić, jak wszedł on w posiadanie egzemplarza „O Odbiciu światła w więzieniu” (ale chce mi się śmiać, gdy przypominam sobie, w jaki sposób został nam przedstawiony). Później dowiedziono, że pogłoska, jakoby Bonmot wyszukiwał bluźniercze teksty, by rozreklamować truffidianizm (ze względu na spadającą liczbę powołań), wyszła od schizmatyków manziistów. Z kolei pomysł, że to Duncan wysłał Bonmotowi egzemplarz książki, by wywołać kontrowersje, to przykład całkowitego niezrozumienia charakteru mojego brata, więc nie będę tej plotki komentować.

Pozostaje jedna teoria, która wydaje się najbardziej prawdopodobna: Frankwrithe i Lewden podstępem umieścili egzemplarz książki na nocnym stoliku kapłana, uprzednio sprytnie zaginając rogi tych stron, które powinny najskuteczniej go rozbudzić. Absurd? Być może, lecz pamiętajmy, jak złowroga stała się działalność F&L w ostatnich latach. (Dawno temu na odległym dziedzińcu spytałem o to

Bonmota, ale nie potrafił sobie przypomnieć szczegółów).

Tak czy inaczej, Bonmot zapoznał się z książką Duncana – wyobrażam sobie, jak siedział wyprostowany na łóżku, a włosy w jego uszach tliły się pod wpływem czytanych słów – po czym natychmiast ogłosił, że zawiera ona „osobliwe i niezaprzeczalne bluźnierstwa”. Zakazał jej czytania w tak ostrych słowach, że jego przełożeni później musieli go ocenzurować, częściowo dlatego, że „nie pozostawił żadnych gorszych inwektyw, jakimi w przyszłości można by określić literaturę lub sztukę, które na to zasłużą”. (Miałem szczęście, że natrafił akurat na moje objaśnienie do pierwszego rozdziału „Odbicia światła w więzieniu” pt. „Mistyczne pasje”, gdzie w ramach pochwały czystości wymienia się wszystkie niemoralne akty seksualne, jakie ludzie popełnili w ciągu ostatnich pięciu tysięcy lat. Uważałem, podobnie jak tata, że w ten sposób mnisi umożliwili dwojaką interpretację dzieła. Z pewnością nie pomogło mi zamieszczenie złośliwego przypisu autorstwa taty, w którym wskazywał on na zadziwiające podobieństwo pomiędzy formą niektórych truffidiańskich rytuałów a aktami opisanymi w tymże rozdziale).

Na szczęście dla Duncana nasz przemiły (i przebojowy) Przedsion podczas składania swojego oświadczenia tak znakomicie upodobnił się do psa toczącego pianę z pyska, że zażenowani członkowie bardziej ­praktycznej truffidiańskiej administracji kościelnej – „ci, co płacą rachunki”, jak to kiedyś ujął jeden z moich znajomych artystów – zrezygnowali z orzeczenia winy i nałożenia kary. Kościół Truffidiański wcale nie namawiał swoich wiernych, by „ukamienowali, pobili lub w jakikolwiek inny sposób zaatakowali” Duncana, jak kilka lat później sugerował nasz przyszły redaktor Sirin, który postanowił objąć patronatem książkę traktującą o „oczyszczających wartościach międzywyznaniowej romantycznej miłości”. (Sirinowi, którego ostrzegł życzliwy zecer, udało się zmienić treść orzeczenia i zawierające je ulotki, wskutek czego wyznaczony truffidiański mówca, u którego boku stał Przedsion, czytając orzeczenie przed obliczem słynnej porcelanowej podobizny Boga Truffa i całym zgromadzeniem w Katedrze Truffidiańskiej, wezwał do ukamienowania, pobicia i uczynienia jeszcze gorszych rzeczy samemu Przedsionowi. Później wielokrotnie drażniłem się z Bonmotem, wspominając to wydarzenie).

Zakaz doprowadził do przewidywalnego wzrostu sprzedaży książki, wznosząc ją na „niespotykane wyżyny”, które odróżniają bestseller od średniaka. (Przyznaję, że F&L niezwykle sprawnie wykorzystali zakaz, lecz to nieprawda, że na dwa dni przed wydaniem orzeczenia zlecono wydrukowanie dziesięciu tysięcy egzemplarzy nowego wydania z hasłem „Zakazana przez Przedsiona!” krzyczącym z okładki pogrubioną czcionką Nicean Monk Face rozmiar siedemdziesiąt dwa).

Niespodziewanie Duncan zyskał coś na kształt reputacji. Gazety, zwyk­łe i dużego formatu, historycy i filozofowie orzekali o książce, debatowali nad nią, wychwalali i szkalowali zarówno tekst, jak i samego Duncana – odnosząc się do nietypowo niejasnych elementów argumentacji Duncana. (Przykładowo, czy Wodny Lud zamieszkujący Niższą Deltę Moth kiedykolwiek zetknął się z nauką Truffa). Tymczasem dwór Kalifa zaprzeczał, jakoby nadal więził mnichów, którzy napisali pierwotne „Odbicie światła w więzieniu”, nową książkę zaś uznał za rozległą fikcję zbudowaną na równie fikcyjnym fundamencie. (Ponadto Kalif pośmiertnie odebrał ojcu nagrodę, czego nigdy mu nie wybaczyłem).

Jednakże niezależnie od tego, jakie stanowisko zajmowali poszczególni komentatorzy, nigdy nie kwestionowano tego, że „O Odbiciu światła w więzieniu” zawiera istotne i uczone treści. Duncana poproszono o napisanie artykułów do kilku większych i mniejszych czasopism historycznych. Jako że los mnichów stał się kwestią polityczną i, co za tym idzie, obiektem zainteresowania wielu ludzi, Duncana zapraszano na więcej przyjęć z udziałem Ważnych Osobistości niż był w stanie znieść, nawet podczas swoich najbardziej ekstrawertycznych dni… a jednak wszystkie zaproszenia pozostały bez odpowiedzi.

Co zniechęcało go do rozkoszowania się nowo uzyskaną sławą? To nie lęk przed skutkami zakazu uczynił z niego wyrzutka, ani nie wrodzona niepewność w sytuacjach towarzyskich. Prawdziwą odpowiedź można wydedukować z jego dziennika, który mam obok siebie dla celów weryfikacyjnych. Na marginesie wpisu z tamtego okresu znajdujemy nabazgrane słowa: „Czy tak się czuł tata?”. Wspominając zgon ojca, który umarł u szczytu szczęścia, Duncan rzeczywiście wierzył, że jemu również jest pisana śmierć, jeśli zbytnio odda się radości – jeżeli nie na skutek zawału serca, to w jakiś inny sposób. (Twoja teoria może być zgodna z prawdą na poziomie podświadomości, ale na powierzchni po prostu zmagałem się z obsesją i paranoją. Obsesyjnie myślałem o możliwościach, jakie daje mi następna książka. Paranoicznie bałem się tego, jak ludzie będą teraz odbierać moje badania. Martwiłem się, jak sobie poradzę sam, bez wsparcia, jakie zapewniały mi notatki z badań taty).

Oczywiście zrozumiałam to dopiero dużo później. Wtedy uważałam, że nieśmiałość doprowadziła go do zaprzepaszczenia być może jedynej okazji zajęcia stałego miejsca w powszechnej świadomości. Okazało się, że nie miałam racji. Zażarta debata jeszcze długo nie ustawała, być może dodatkowo podsycana przez nieobecność Duncana.
Potem, wprowadzając ludzi w jeszcze większe zdumienie, Duncan zniknął z pola widzenia – podobnie jak kilkadziesiąt lat później przed przyjęciem Martina Lake’a. Jego pokoje w Morrow (w których Instytut pozwolił mi mieszkać jeszcze przez rok po zakończeniu studiów) pozostały nietknięte – nie zabrał choćby jednej skarpetki, nie usunął ani jednego wykresu ze ścian… Po prostu go tam nie było.

Gdy przechadzałam się po tych pokojach razem z dziekanem i patrzyłam na zatłoczone ściany, nagle dotarło do mnie, że fizyczna obecność lub nieobecność Duncana nie ma żadnego znaczenia. Wszystko, co składa się na jego osobowość, zostało przypięte, przyklejone lub przybite do tych ścian, tworząc złożoną mozaikę obsesji.
Uczelnia najwyraźniej to rozumiała, gdyż urządziła w tych pomieszczeniach muzeum, w którym z czasem zaczęto prowadzić dyskusje o pracy Duncana. Dużo później „muzeum” zmieniło się w magazyn, ten przekształcił się w zabitą deskami rupieciarnię, a w końcu w niebezpieczną ruderę; oto jak trwała jest sława. (Szczerze mówiąc, nie oczekiwałem, że to potrwa tak długo).

Gdy tak razem wędrowaliśmy, dziekan pomrukiwał pocieszająco i wyrażał nadzieję, że Duncan „wkrótce wróci do domu”. Ale ja nie miałam złudzeń. Duncan wyłonił się ze swojego kokonu. Pozostawił po sobie tapetę z map, zdjęć i wykresów, niczym pustą skorupę, szczątki swojego innego ja. Rozpoczął przemianę w coś całkowicie odmiennego.
Oczywiście, zakładając, że nadal żył – nie mając jednak dowodu w postaci zwłok, wolałam wierzyć, że tak jest. (Żyłem. Dobrze o tym wiesz. Cóż za patos!).