„Światło” – M. John Harrison (fragment)

Jeden
Rozczarowany rzeczywistością
1999:

Gdzieś pod koniec wszystkiego ktoś zapytał Michaela Kearneya: „Co będziesz robić w pierwszej minucie nowego milenium?”. W ponurej mieścinie w Anglii Środkowej, dokąd przyjechał na odczyt, tak właśnie zabawiano się po kolacji. Zimowy deszcz siekł w okna zarezerwowanej części sali restauracyjnej i spływał po nich w pomarańczowym blasku latarń. Wokół sypały się logicznie przewidywalne odpowiedzi, niektóre przewrotne, inne uczciwe, ale wszystkie – optymistyczne. Będą chlać do upadłego, kochać się, oglądać fajerwerki albo nieskończony wschód słońca z lecącego samolotu. Wtem ktoś nieproszony dodał:

– I to, kurna, z dzieciakami. – Wybuch śmiechu i natychmiastowe uzupełnienie: – Znaczy, z kimś w wieku moich dzieciaków.

Znów śmiech i ogólny aplauz.

Większość z tuzina osób przy stole rzucała tego typu pomysłami. Kearney nie miał o nich wszystkich zbyt wysokiego mniemania i chciał dać im to odczuć; był też wściekły na kobietę, która go tu zaciągnęła. Kiedy więc przyszła jego kolej, powiedział:

– Będę jechać cudzym samochodem pomiędzy dwoma miastami, których nie znam. – Odczekał, aż zapadnie cisza, i wtedy dodał: – Ale porządnym samochodem.

Urywane śmieszki.

– No, nie mogę – powiedziała jakaś kobieta. Uśmiechnęła się do ludzi wokół. – Jakie to ponure!

Ktoś inny zmienił temat.

Kearney odpuścił ich sobie. Zapalił papierosa i zastanowił się nad tym pomysłem – właściwie sam się nim zdziwił. Kiedy go wyartykułował i objął myślą, uświadomił sobie, jaki jest drażniący. W tej enklawie łagodnego naukowego i politycznego samozadowolenia bulwersował nie samotnością, egocentryzmem czy samą wizją – lecz infantylizmem. Przedstawione w tym pomyśle wolności – ciepło i pustka samochodu, zapach plastiku i papierosów, dźwięk cicho grającego w mroku radia, zielona poświata wskaźników, poczucie wagi maszyny i wagi szeregu decyzji, podejmowanych i realizowanych na każdym zakręcie drogi, były tyleż infantylne, co satysfakcjonujące. Doskonale opisywały jego dotychczasowe życie.

Gdy wychodzili, jego towarzyszka rzuciła:

– No, to nie było specjalnie dojrzałe.

Kearney rzucił jej najbardziej chłopięcy ze swych uśmiechów.

– Prawda?

Miała na imię Clara. Dobrze po trzydziestce, rudowłosa, ciało wciąż młode, ale twarz już była pomarszczona i obwisała od wysiłku ciągłego pośpiechu. Musiała zawzięcie robić karierę. Musiała być dobrą samotną matką. Musiała co rano przebiec osiem kilometrów. Musiała być dobra w łóżku, nadal potrzebować seksu, lubić go i wiedzieć, jak się mówi, takim jękliwym szeptem: „O tak. Tak, tak. O, tak”. Czy zdziwiła się, lądując w ceglano-terakotowym wiktoriańskim hotelu, z gościem, który najwyraźniej nie rozumiał żadnego z tych osiągnięć? Kearney nie miał pojęcia. Rozejrzał się po lśniących szarobiałych ścianach korytarza, kojarzącego mu się z podstawówkami z dzieciństwa.

– Co za nora – powiedział.

Wziął ją za rękę, razem zbiegli po schodach. Na dole wciągnął ją do pustego pomieszczenia, gdzie stały dwa czy trzy stoły bilardowe, i zabił tak szybko, jak wszystkie poprzednie. W jej oczach, zanim się zaszkliły, zaciekawienie ustąpiło zdumieniu. Znał ją od jakichś czterech miesięcy. Na początku znajomości określiła go jako „seryjnego monogamistę” – może teraz dostrzeże paradoks tego określenia, jeśli nie pewne nadęcie lingwistyczne.

Na ulicy – wzruszając ramionami i pośpiesznie ocierając dłonią usta – wydało mu się, że dostrzega ruch, cień na ścianie, sugestię ruchu w ­pomarańczowym świetle latarń. Padał deszcz ze śniegiem. Ta mieszanina na chwilę zalśniła mu dziesiątkami świetlnych drobinek. Iskry, pomyślał. Iskry we wszystkim. Potem podniósł kołnierz płaszcza i szybko się oddalił. Szukając zaparkowanego samochodu, zaraz zabłądził w plątaninie ulic i deptaków prowadzących do stacji kolejowej. Pojechał więc pociągiem i nie wracał przez parę dni. A kiedy to uczynił, czerwona lancia integrale, którą jednak lubił, nadal stała tam, gdzie ją zostawił.

Rzucił na tylne siedzenie swój bagaż – starego laptopa oraz dwa tomy Tańca do muzyki czasu i wrócił autem do Londynu. Porzucił je na ulicy gdzieś w South Tottenham, nie zapominając zostawić niezamkniętych drzwi i kluczyków w stacyjce. Następnie pojechał metrem do laboratorium, gdzie przeważnie pracował. Niuanse finansowania, zbyt bizantyjskie, by je prześledzić, ulokowały je w bocznej uliczce między Gower Street a Tottenham Court Road. Razem z fizykiem Brianem Tate’em mieli tu do dyspozycji trzy długie pokoje wypełnione spiętymi w klaster Beowulf komputerami, podłączonymi do sprzętu, który według Tate’a z czasem pozwoli im wyizolować z magnetycznego szumu tła oddziaływania par jonowych. Teoretycznie, może to umożliwić kodowanie danych na zdarzeniach na poziomie kwantowym. Kearney miał wątpliwości, ale Tate był po Cambridge, potem MIT i, co ważniejsze, po Los Alamos. To pozwalało mieć także nadzieję.

Dawniej, gdy mieścił się tu pracujący z żywymi kotami zespół neurobiologów, lokal był kilka razy podpalany przez ekstremalnych bojowników o wolność zwierząt. W wilgotne poranki ciągle można było poczuć delikatną woń spalonego drewna i plastiku. Kearney, świadom moralnego oburzenia naukowego światka, rozpuścił pogłoski, że jest członkiem Frontu Wyzwolenia Zwierząt i dolał jeszcze oliwy do ognia, ściągając do laboratorium parkę orientalnych kotów, czarnego kocura i białą kotkę. Długonogie, chude jak nieszczęście, przechadzały się po pokojach jak modelki, robiąc cudaczne pozy i plącząc się Tate’owi pod nogami.

Kearney wziął kotkę na ręce. Przez chwilę wyrywała się, potem zamruczała i pozwoliła się ułożyć na jego ramieniu. Kocur, przyglądając mu się tak, jakby w życiu go nie widział, położył uszy i schował się pod ławkę.

– Jakieś nerwowe dzisiaj – zauważył Kearney.

– Był Gordon Meadows. Wiedzą, że ich nie lubi.

– Gordon? Co chciał?

– Pytał, czy czujemy się na siłach zrobić prezentację.

– Tak się wyraził? – zapytał Kearney, a gdy Tate roześmiał się, dodał: – Dla kogo?

– Chyba dla jakichś ludzi z Sony.

Teraz z kolei Kearney się roześmiał.

– Gordon to bałwan – powiedział.

– Gordon – odparł Tate – to pieniądze. Mam ci przeliterować? Zaczyna się: pe, i…

– Pe, i, erdol się – rzucił Kearney. – Sony zeżarłoby takiego Gordona na śniadanie. – Rozejrzał się po sprzęcie. – Nieźle muszą być zdesperowani. Coś nam się w tym tygodniu udało zrobić?

Tate wzruszył ramionami.

– Ciągle ten sam problem.

Był dość wysokim facetem o łagodnych oczach, który w wolnym czasie, o ile go w ogóle miał, wymyślał oparte na teorii chaosu układy architektoniczne, pełne kształtów i krzywizn, określanych przezeń mianem „naturalnych”. Mieszkał w Croydon, a jego żona, starsza o dziesięć lat, miała dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa. Tate, może chcąc przypominać o swej alamoskiej przeszłości, darzył wielkim upodobaniem koszulki do gry w kręgle, okulary w rogowych oprawkach i staranne uczesanie, upodabniające go do Buddy’ego Holly’ego.

– Da się spowolnić szybkość, z jaką kubity nabierają fazy. Właściwie wychodzi nam to lepiej niż Kielpinskiemu. W tym tygodniu udało mi się czterokrotnie albo i bardziej. – Wzruszył ramionami. – A potem szum wygrywa. Zero kubitów i zero kwantowego komputera.

– I tyle?

– Tyle. – Tate zdjął okulary i podrapał się po grzbiecie nosa. – A, zaraz. Coś jeszcze było.

– Co?

– Chodź, zobacz.

Na komodzie naprzeciwko Tate ustawił trzydziestocalowy superpłaski monitor. Zrobił coś z klawiaturą, ekran rozbłysł lodowatym błękitem. Klaster komputerów zaczął modelować gdzieś w swych równoległych labiryntach bezdekoherencyjną podprzestrzeń – przestrzeń ­Kielpinskiego – dla pary jonów. Jej zwiewne, energiczne macki skojarzyły się Kearneyowi z zorzą polarną.

– Takie coś już widzieliśmy.

– Patrz dalej – odpowiedział Tate. – Tuż przed tym, jak się rozpada. To jest spowolnione z milion razy, ale i tak ciężko zobaczyć… o!

Kaskada fraktali jak ptasie skrzydło, tak mała, że Kearney ledwo ją dostrzegł. Ale orientalna kotka, z serwomotoryką o czasach reakcji wyewoluo­wanych z całkiem innych biologicznych warunków, w ułamku sekundy zeskoczyła mu z ramienia. Podeszła do ekranu, teraz już całkiem pustego, i zaczęła uderzać go przednimi łapami, co chwila przerywając i patrząc na nie, jakby spodziewała się coś złapać. Po chwili samiec wylazł z kryjówki i spróbował się przyłączyć. Spojrzała nań z góry, sycząc gniewnie.

Tate zaśmiał się i wyłączył monitor.

– Robi tak za każdym razem – powiedział.

– Widzi coś, czego my nie dostrzegamy. Coś, co się dzieje po fragmencie widocznym dla nas.

– Tak naprawdę nic tam nie ma.

– Puść to jeszcze raz.

– To tylko jakiś artefakt – upierał się Tate. – W danych nic nie ma. Gdybym tam coś znalazł, nie pokazałbym ci

Kearney zaśmiał się.

– Miło z twojej strony – zauważył. – A da się to jeszcze zwolnić?

– Mogę spróbować. Tylko po co? To jakiś błąd.

– Spróbuj – powiedział Kearney. – Po nic. – Pogładził kotkę. Wskoczyła mu z powrotem na ramię. – Dobra dziewczynka – rzucił z roztargnieniem.

Wyciągnął parę rzeczy z szuflady, wśród nich wyświechtany skórzany woreczek z kośćmi do gry, ukradzionymi Shranderowi dwadzieścia trzy lata temu. Wsunął dłoń do środka. Kości były ciepłe w dotyku. Kearney wzdrygnął się na nagłe, wyraźne wspomnienie kobiety z Anglii Środkowej, klęczącej na łóżku w środku nocy i szepczącej do siebie: „Chcę mieć orgazm, bardzo, bardzo”. Do Tate’a zaś powiedział:

– Chyba będę musiał na trochę wyjechać.

– Dopiero co wróciłeś – zwrócił mu uwagę Tate. – Jakbyś częściej tu wpadał, w ogóle posuwalibyśmy się szybciej. Gostkowie od zimnego gazu depczą nam po piętach. Potrafią uzyskać trwałe stany tam, gdzie my nie; jeszcze trochę podgonią i to my zostaniemy marginesem. Wiesz o tym?

– Wiem.

Kearney, stojąc w drzwiach, podał mu białą kotkę. Wiła mu się w dłoniach. Jej braciszek wciąż wpatrywał się w pusty ekran.

– Nazwałeś je już jakoś?

Tate zrobił zakłopotaną minę.

– Tylko kotkę – powiedział. – Myślałem, żeby nazwać ją Justine.

– Bardzo trafnie – zgodził się Kearney.

Tego wieczoru, żeby nie siedzieć w pustym domu, zadzwonił do swojej pierwszej żony, Anny.

Dwa
Poszukiwacze złota, rok 2400

K-kapitan Seria Mau Genlicher ze swoim statkiem, Białą kotką, szukała sobie właśnie klientów w galaktycznym halo.

W górze, na pół nieba rozciągał się odległy o tysiąc lat świetlnych od Centrum galaktyki Trakt Kefahuchiego, wionąc niewidzialnymi kłębami ciemnej materii. Seria Mau lubiła to halo. Lubiła też nieregularne obrzeża samego Traktu, nazywane przez wszystkich „Plażą”, gdzie po chao­tycznych orbitach kręciły się skorodowane przedludzkie obserwatoria, platformy wytwórcze i laboratoria, porzucone przed milionami lat przez istoty niemające już pojęcia, gdzie one są, a może i do czego służą. Wszyscy oni chcieli się bliżej przyjrzeć Traktowi. Niektórzy przyprowadzili tu nawet całe planety, a potem się z nich wyprowadzili albo wymarli. Niektórzy przyprowadzili tu i całe układy słoneczne, po czym je stracili.

Po halo i bez tego ciężko się latało. Zatem dla Serii Mau był to świetny teren łowiecki. Czaiła się teraz na zdobycz w czymś w rodzaju nienewtonowskiego stabilnego punktu na klasycznej orbicie oplecionej wokół białych karłów. Takie chwile lubiła najbardziej. Silniki wyłączone, łączność też. Wszystko wyłączone, żeby mogła słuchać.

Parę godzin temu zwabiła w ten ciemny kąt niewielki konwoik – trzy frachtowce z napędem dynaflow – cywilne statki wywożące „archeologiczne” artefakty z pasa wydobywczego leżącego dwadzieścia lat świetl­nych dalej wzdłuż Plaży, poganiane niespokojnie przez szybki uzbrojony jol La Vie Féerique. Zostawiła ich tak i zabrała się za coś innego. Matematyka jej statku doskonale wiedziała, jak ich odnaleźć; oni natomiast, uwiązani do standardowych przekształceń Tate’a-Kearneya, ledwo wiedzieli, jaki dziś dzień. Kiedy wróciła, jol, wymęczony ciągłym stróżowaniem, wprowadził frachtowce w cień starego gazowego olbrzyma i usiłował wyliczyć sobie jakieś wyjście z pułapki. Obserwowała to z zainteresowaniem. Była spokojna, oni zaś nie. Słyszała ich rozmowy. Zaczynali się domyślać jej obecności. La Vie Féerique wysłał kilka automatycznych próbników. W miejscu, gdzie trafiły na pola minowe, które rozsiała w grawitacyjnych podprądach gromady na wiele dni przed przylotem frachtowców, pokazały się drobne, aktyniczne, świetlne błyskotki.

– Aaa – powiedziała Seria Mau Genlicher, jakby mogli ją słyszeć. – Tutaj, w pustym kosmosie, powinniście bardziej uważać.

Gdy to mówiła, Biała kotka wpadła w chmurę niebarionowego śmiecia. Oddziaływało słabo przy kontakcie, prześlizgując się po kadłubie jak duch. W pustych kajutach przeznaczonych dla ludzi obudziło się parę wskaźników rezerwowego, ręcznego układu sterowania. Zamigotały i opadły z powrotem do zera. Materii było w tej chmurze tyle co nic, ale i tak zwabiła do iluminatorów operatory-cienie. Zgromadziły się przy nich, ustawiając się tak do padającego światła, by przybrać tragiczne pozy, patrząc na siebie w lustrach, szepcząc, przesuwając po ustach lub włosach chudymi paluszkami, szeleszcząc suchymi skrzydełkami.

– Szkoda, że tak nie urosłaś, Kopciuszku – ubolewały w starym języku.

– Cóż za wspaniały dar – mówiły.

Nie zmuszajcie mnie teraz do tego, pomyślała.

– Wracać na stanowiska – rozkazała. – Bo każę zlikwidować iluminatory.

– My zawsze jesteśmy na stanowiskach…

– Nie chcieliśmy cię zirytować, kochanie.

– …zawsze na stanowiskach, kochanie.

La Vie Féerique, lecąca w górę miejscowego słońca, jakby na dany sygnał wpakowała się na pole minowe.

Miny, dwa mikrogramy antymaterii zaholowane na miejsce postoju przez hydrazynowy silniczek wytrawiony na centymetrze kwadratowym krzemu, nie były wiele inteligentniejsze od myszy. Ale kiedy zorientowały się, że jesteś obok, już nie żyłeś. Odwieczny dylemat. Nie wolno się ruszać i nie wolno się zatrzymać. Załoga La Vie Féerique zorientowała się, co się z nimi dzieje, mimo że wszystko odbyło się bardzo szybko. Gdy jol pękł wzdłuż i się rozpadł, Seria Mau słyszała ich wrzaski. Niedługo po tym dwa z frachtowców zderzyły się ze sobą, wylatując spod osłony na rozpaczliwą, po partyzancku wyliczoną trajektorię ucieczki, wczepiając się pazurami napędów dynaflow w kanwę przestrzeni. Trzeci zanurzył się w morzu odłamków wokół gazowego olbrzyma, wyłączył wszystko i postanowił przeczekać.

– Oj nie, nie tak się to robi – powiedziała Seria Mau. – Mój mały tłuścioszku.

Pojawiła się znikąd po lewej stronie jego rufy i pozwoliła mu się wykryć. Statek rozjazgotał się wewnętrznymi rozmowami i przyjemnie rzucił się do ucieczki, którą zakończyła, korzystając z nieco cięższej – choć mniej wyrafinowanej – broni. Rozbłysk eksplozji rozświetlił kilka małych asteroid oraz wrak jola, który dostał się w szpony jakiegoś miejscowego chaotycznego atraktora i koziołkował, spowity całkiem ładnie wyglądającym radioaktywnym poblaskiem.

– Co to znaczy? – zapytała operatory-cienie. – La Vie Féerique?

Nie odpowiedziały.

Trochę później zrównała prędkość z wrakiem i zawisła tak, że wirował powoli wokół niej: powyginane płyty kadłuba, monolity napędu dynaflow i coś przypominającego wiele kilometrów powoli wijącego się kabla.

– Kabel? – zdziwiła się ze śmiechem Seria Mau. – Co to w ogóle za technologia?

Na Plaży spotykało się jednak najdziwniejsze rzeczy, przerobione i zainstalowane w takich właśnie pękatych statkach. Generalna zasada brzmiała: Wszystko działa. Gdzie spojrzysz, tam coś znajdziesz. Sytuacja jak z najgorszego koszmaru. Ale to właśnie było ekscytujące. Pogrążona w takich myślach, przybliżyła się Białą kotką do obracających się w próżni trupów. Były ludzkie. Przed dziobem przepływali mężczyźni i kobiety mniej więcej w jej wieku, opuchnięci, zamarznięci, z kończynami powyginanymi pod dziwnymi, erotycznymi kątami, powoli turlający się przez atmosferę złożoną z ich własnych przedmiotów. Wcisnęła się pomiędzy nich, wypatrując czegoś w ich twarzach, wyrażających tępy strach i pogodzenie z losem. Sama nie wiedziała, czego szuka. Dowodów. Dowodów na własne istnienie.

– Dowodów na własne istnienie – pomyślała na głos.

– Są wszędzie – wyszeptały operatory-cienie, rzucając jej tragiczne spojrzenia zza koronkowych palców. – Popatrz tylko!

Namierzyły pojedynczego rozbitka w skafandrze próżniowym, pękatą białą figurkę młócącą rękami, usiłującą stąpać po nicości, otwierającą się i zamykającą jak jakieś morskie żyjątko, wijące się z bólu, a może tylko strachu, dezorientacji i niezgody. Zapewne, pomyślała Seria Mau, nasłuchując jego komunikatów, zamykasz oczy, mówisz sobie: „Jeśli zachowam spokój, mogę się uratować”, a potem je otwierasz i na nowo uświadamiasz sobie, gdzie jesteś. To by wystarczyło, żeby tak się drzeć.

Zastanawiała się właśnie, jak by wykończyć tego rozbitka, gdy przemknął po niej ułamek cienia. Kolejny statek. Olbrzymi. W całym K-statku rozległy się alarmy. Operatory-cienie rozbiegły się. Biała kotka wyrwała w lewo, a potem w prawo, w kipieli kwantowych zdarzeń, nieprzemiennych mikrogeometrii oraz nietrwałych egzotycznych stanów próżni, po czym pojawiła się kilometr dalej z całym sprzętem bojowym w gotowości. Seria Mau z niesmakiem zauważyła, że nadal jest w cieniu intruza. Był tak wielki, że mógł należeć tylko do jej pracodawców. Ale i tak oddała strzał ostrzegawczy. Dowódca Nastyków wykonał statkiem gniewny unik. Jednocześnie wysłał na Białą kotkę swoją holograficzną zjawę. Kucnęła przed zbiornikiem, w którym mieszkała Seria Mau, z realistycznymi zaciekami w okolicach stawów kilku żółtawych nóg, od czasu do czasu poćwierkując bez wyraźnego powodu. Koścista głowa miała tyle macek, fasetkowych oczu i nitek śluzu, że Serii Mau nie chciało się na nią patrzeć. Ale nie dało się jej zignorować.

– Wiesz kim jesteśmy – powiedziała.

– Myślisz, że to mądrze, tak znienacka wypadać na K-statek?

Zjawa zacmokała.

– Nie chcieliśmy cię płoszyć. Podeszliśmy otwarcie. Ale ignorowałaś nasze komunikaty odkąd zrobiłaś… – przerwała, jakby szukając słowa; nie znalazłszy, niepewnie zakończyła: – …to.

– To było przed chwilą.

– To było pięć godzin temu – powiedziała zjawa. – Od tamtej pory cały czas próbujemy nawiązać z tobą kontakt.

Seria Mau była tak wstrząśnięta, że przerwała łączność, a gdy zjawa rozpłynęła się w coś w rodzaju brązowego dymu, slajdu samej siebie, ukryła Białą kotkę w niedalekiej chmurze asteroid, żeby dać sobie czas na zastanowienie. Wstydziła się. Czemu tak postąpiła? Co jej strzeliło do głowy, żeby tak bezmyślnie i bezbronnie sterczeć tu przez pięć godzin? Gdy próbowała to sobie przypomnieć, matematyka statku Nastyków znów zaczęła ją ścigać, zgadując jej pozycję w dwóch czy trzech miliardach strzałów na nanosekundę. Po sekundzie czy dwóch pozwoliła jej się wykryć. Zjawa natychmiast powróciła.

– Z czym ci się kojarzy „dowód na własne istnienie”? – zapytała ją Seria Mau.

– Z niczym specjalnie – odparła zjawa. – Po to to zrobiłaś? Żeby zostawić dowód własnego istnienia? A my tu się zastanawiamy, czemu wy się tak zabijacie w ramach własnego gatunku.

Seria Mau słyszała już to pytanie.

– To nie jest mój gatunek – odpowiedziała.

– To ludzie.

Skwitowała ten argument milczeniem, na które zasługiwał, po chwili dodając:

– Gdzie pieniądze?

– A, pieniądze. Tam gdzie zawsze.

– Nie interesują mnie miejscowe waluty.

– Nie używamy ich prawie nigdy – stwierdziła zjawa – choć czasem nimi obracamy. – Było widać, że wypuszcza jakiś gaz z większych stawów. – Jesteś gotowa, żeby znowu sobie powalczyć? Mamy do zaoferowania parę misji, czterdzieści lat świetlnych dalej na Plaży. Przeciwko wojskowym okrętom. Prawdziwa wojna, a nie takie napadanie na cywili.

– A, ta wasza wojna – rzuciła lekceważąco.

Pod samym Traktem Kefahuchiego toczyło się z pięćdziesiąt większych i mniejszych wojen, ale walczyło się tylko o jedno: o łupy. Nigdy nawet nie zapytała, kto jest ich wrogiem. Nie chciała tego wiedzieć. Już Nastykowie byli wystarczająco dziwni. Motywów obcych właściwie nie można było zrozumieć. Motywy, pomyślała, patrząc na kłębowisko nóg i oczu przed sobą, to kwestia sensorium. I środowiska. Trudno kotu wyobrazić sobie motywy muchy plujki, którą ma w zębach. Zastanowiła się nad tym. Ale mucha ma jeszcze trudniej, zawyrokowała.

– Mam wszystko, czego chcę – odpowiedziała zjawie. – Nie będę już dla was walczyć.

– Możemy zaproponować więcej.

– To nic nie da.

– Możemy cię zmusić.

Seria Mau zaśmiała się.

– Zniknę stąd szybciej, niż wasz statek zdąży pomyśleć. I jak mnie znajdziecie? To jest K-statek.

Zjawa milczała przez wykalkulowaną chwilę.

– Wiemy, dokąd lecisz – powiedziała.

Seria Mau poczuła chłód, ale tylko przez ułamek sekundy. Dostała już od Nastyków to, co chciała. Niech spróbują. Zerwała łączność i otworzyła matematyczną przestrzeń statku.

– No, popatrz tylko! – przywitała ją matematyka. – Możemy polecieć tu. Albo tam. Albo jeszcze tutaj. Gdziekolwiek. Lećmy gdziekolwiek!

Wszystko odbyło się dokładnie zgodnie z jej przewidywaniami. Zanim statek Nastyków zareagował, Seria Mau odpaliła matematykę; matematyka chwyciła się za to coś, co robiło tu za rzeczywistość i Biała kotka zniknęła z tego sektora przestrzeni, zostawiając po sobie tylko niknący wir naładowanych cząstek.

– Widzisz? – mruknęła Seria Mau.

Potem nastąpił nudny, rutynowy lot. Olbrzymia siatka anten statku, o rozpiętości jednostki astronomicznej, składana fraktalnie, aby zmieścić się w dwudziestometrowym wycięciu na kadłubie – nie wykrywała niczego poza szeptem fotin. Parę operatorów-cieni, kląskając i marudząc, zebrało się przy iluminatorach i wpatrywało w nie, jakby coś im tam wpadło. Może i tak było.

– W tej chwili – obwieściła matematyka – rozwiązuję równanie Schrödingera dla wszystkich punktów siatki dziesięciu wymiarów przestrzennych i czterech czasowych. Nikt inny tego nie potrafi.

Trzy
Nowy Wenusport, rok 2400

Tig Vesicle miał farmę tanków na Pierpoint Street.

Był typowym Nowym Człowiekiem – wysokim, o bladej twarzy, z charakterystyczną szopą pomarańczowych włosów, dzięki której wyglądali jakby życie nieustannie ich zaskakiwało. Farma tanków leżała zbyt daleko na Pierpoint, żeby mieć wielu klientów, czyli na odcinku, gdzie numery ulicy przekraczały siedemset, a dzielnica bankowa ustępowała miejsca sklepom z ubraniami, krawcom, tanim dziuplom tłukącym przestarzałe typy kultywarów i rozumne tatuaże.

To oznaczało, że Vesicle musiał kręcić na boku jeszcze jakieś inne lody.

Ściągał czynsze dla sióstr Cray. Od czasu do czasu pośredniczył przy interesach zwanych niekiedy „pozaświatowym importem” towarów i usług zabronionych przez Earth Military Contracts. Trochę też handlował pewną szczególną heroiną, przeżenioną z wydzielinami nadnerczy miejscowej fauny. Żadna z tych spraw nie zajmowała mu dużo czasu. Przeważnie siedział na swojej farmie i co jakieś dwadzieścia minut masturbował się do hologramowych pornoli – Nowi Ludzie byli świetnymi onanistami. Pilnował tanków. A przez resztę czasu spał.

Jak większość Nowych Ludzi, nie sypiał dobrze. Całkiem jakby brakowało mu czegoś, czego nie potrafi zapewnić planeta typu ­ziemskiego – a co na jawie nie jest ciału aż tak potrzebne. (Nawet w cieple i mroku mrowiska, o którym myślał „dom”, wił się i pojękiwał we śnie, wierzgając długimi, chudymi nogami. Jego żona miała tak samo). Śniły mu się koszmary. W najgorszych z nich próbował windykować długi sióstr Cray, ale myliła go sama ulica Pierpoint – we śnie stawała się świadoma jego istnienia, zdradziecka i złośliwie inteligentna.

Był środek poranka, a już dwóch grubych policjantów wyciągało rikszarkę, która dostała drgawek, spomiędzy dyszli jej pojazdu. Wiła się jak ochwacony koń, siniejąc wokół ust, gdy wszystko wokół oddalało się i robiło tak małe, że aż niewidoczne. Osobista ścieżka dźwiękowa odtwarzała jej Street Life, a café électrique rozsadzało kolejne pełne determinacji serce. Wchodząc na Pierpoint mniej więcej w połowie długości, Vesicle odkrył, że nie widzi na budynkach numerów. Żeby pójść w górę numeracji, ma skręcić w lewo czy w prawo? Poczuł się jak idiota. To uczucie gładko przeszło w panikę: zaczął co chwila zmieniać kierunek, idąc pod prąd. W rezultacie nigdy nie oddalił się bardziej niż o przecznicę czy dwie od bocznej ulicy, z której wyszedł. Po jakimś czasie zauważył siostry Cray we własnej osobie, stojące ze swym orszakiem przed budką z falafelami i czekające na czynsze. Na pewno go dostrzegły. Odwrócił głowę. Miał skończyć pracę do lunchu, a nawet jeszcze nie zaczął. W końcu wszedł do jakiejś restauracji i pierwszą napotkaną osobę zapytał, gdzie jest. Okazało się, że to w ogóle nie Pierpoint. To jakaś inna ulica. Dojście tam, gdzie miał być, zajmie mu pewnie parę godzin. To jego wina. Za późno zaczął.

Zbudził się z tego snu ze szlochem. Mimo woli identyfikował się z umierającą rikszarką: co gorsza, gdzieś na pograniczu snu i jawy „czynsz” zmienił się w „płacz”; wydało mu się, że to podsumowuje życie całej jego rasy. Wstał, wytarł usta rękawem płaszcza i wyszedł na ulicę. Wydawało się, że ma coś nie tak ze stawami – poruszał się, człapiąc, jak wszyscy Nowi Ludzie. Dwie ulice dalej w stronę Szpitala Chorób Egzotycznych, kupił sobie rybne curry z Murano, które zjadł jednorazowym drewnianym widelcem, przytrzymując plastikowy pojemnik pod brodą i ładując jedzenie do ust niezręcznymi, łapczywymi ruchami. Potem wrócił na swoją farmę tanków i pomyślał o siostrach Cray.

Evie i Bella Cray zaczęły od digitalizowanej retropornografii, w której wyspecjalizowały się w pozorach tak realistycznych, że aż odczłowieczały akt seksualny, czyniąc zeń coś nowego, maszynowego i intere­sującego. Później, po załamaniu hossy w roku 2397, zdywersyfikowały ­działalność – weszły w tanki i inne pokrewne przekręty. I teraz siedziały na pieniądzach. U Vesicle’a budziły raczej podziw niż strach. Mógł godzinami opowiadać co zrobiły i zawsze usiłował naśladować ich sposób mówienia.

Pospawszy jeszcze trochę, Vesicle obszedł farmę i sprawdził tanki. Coś kazało mu się zatrzymać przy jednym i przyłożyć do niego dłoń. Był ciepły, jakby w środku zachodził jakiś proces. Jak jajko.
***

A w środku działo się tak:

Ed Chinol zbudził się i stwierdził, że nic mu w domu nie działa. Budzik przy łóżku nie zadzwonił, telewizor nic nie odbierał, a lodówka nie chciała z nim gadać. Po pierwszej filiżance kawy sytuacja jeszcze się pogorszyła – do drzwi zapukało dwóch gości z prokuratury okręgowej. Mieli na sobie dwurzędowe garnitury z błyszczącego jedwabiu, marynarki porozpinane, żeby było widać, że mają broń. Ed znał ich z czasów, gdy sam pracował w prokuraturze. Dwa przygłupy. Nazywali się Hanson i Rank. Hanson, gruby, traktował wszystko na luzie, natomiast Otto Rank był jak rdza – też nigdy nie spał. Mówiło się, że ma ambicje zostać prokuratorem okręgowym. Siedli na stołkach przy kuchennym barze. Ed zrobił im kawę.

– No i? – zagaił Hanson. – Ed?

– Hanson? – odparł Ed.

– Gadaj, Ed, co tam wiesz? – zapytał Rank. – Słyszeliśmy, że interesujesz się sprawą Brady’ego. – Uśmiechnął się i nachylił, przysuwając twarz do twarzy Eda. – My też się interesujemy.

Hanson zachowywał się nerwowo.

– Ed, wiemy, że byłeś na miejscu – wtrącił się.

– Chuj z tym – dodał od razu Rank. – Nie musimy z nim o tym rozmawiać. – Wyszczerzył się do Eda. – No, czemu go wykończyłeś, co?

– Kogo?

Rank pokręcił głową, patrząc na Hansona, jakby mówił: no i co z tym gnojkiem zrobić? Ed powiedział:

– Rank, wrzuć na luz. Jeszcze kawy?

– Sam se wrzuć na luz – odparł Rank. Wyciągnął garść mosiężnych łusek i cisnął je na blat. – Colt .45 – powiedział. – Wojskowy model. Pociski dum-dum. Dwa różne egzemplarze. – Łuski brzękały i tańczyły po barze. – Pokażesz mi swoją broń, co? Te dwa colty, co je nosisz jak jakiś, kurwa, detektyw z telewizora? Będą pasować, założymy się?

Ed pokazał zęby.

– Do tego to sam musiałbyś wyciągnąć broń. Chcesz mi je zabrać, tu i teraz? Myślisz, Otto, że ci się uda?

Hanson poruszył się niespokojnie.

– Ed, po co tak?

– Możemy, kurwa, wrócić z nakazem i zabrać ci je – stwierdził Rank. Wzruszył ramionami. – Ciebie też możemy zabrać. I twój dom. Możemy zabrać twoją żonę, bo chyba jeszcze jakąś masz, i wyobracać ją tam i z powrotem aż do weekendu. Wolisz, Ed, na ostro czy łagodnie?

– Tak albo tak – odparł Ed.

– No nie – powiedział Otto Rank. – Nie tym razem. Dziwne, że tego nie wiesz. – Wzruszył ramionami. – A może i wiesz. – Uniósł palec, wycelował go jak pistolet w twarz Eda. – To na razie.

– Pierdol się, Rank – odpowiedział Ed.

Wiedział, że coś jest nie tak, bo Rank tylko się zaśmiał i wyszedł.

– Jasna cholera, Ed – mruknął Hanson. Wzruszył ramionami i też wyszedł.

Ed, gdy był pewien, że już sobie poszli, wsiadł do samochodu, dodge’a rocznik 47 z ręczną skrzynią biegów, do którego ktoś na siłę wcisnął silnik V8 z cadillaca rocznik 52. Odpalił go i przez chwilę siedział, słuchając, jak czterogardzielowy gaźnik zasysa powietrze. Spojrzał na swoje dłonie.

– Możemy tak albo tak, kutafony – szepnął. Potem puścił sprzęgło i ruszył do centrum.
Musiał się dowiedzieć o co chodzi. Znał w prokuraturze taką jedną dupę, nazywała się Robinson. Namówił ją na obiad w taniej restauracyjce Sullivana. Była wysoka, miała szeroki uśmiech, niezłe cycki i zwyczaj zlizywania majonezu z kącika ust w sposób sugerujący, że równie świetnie zlizywałaby majonez z kącika twoich ust. Ed wiedział, że gdyby zechciał, dałoby się to sprawdzić. Dałoby się, ale na razie bardziej interesowała go sprawa Brady’ego i to, co wiedzą Rank i Hanson.

– Cześć, Rita.

– Coś taki obleśnie miły, co, Ed? – Postukała palcami po stole, wyjrzała przez okno na tłoczną ulicę. Przyjechała tu z Detroit w poszukiwaniu czegoś nowego. Ale okazało się, że to tylko kolejne miasto tonące w dwutlenku siarki, pozbawione nadziei, za to pełne wydzielanej przez maszyny czarnej mgły. – Przestań mi tak słodzić – zanuciła.

Ed Chinol wzruszył ramionami. Już prawie wychodził od Sullivana, gdy usłyszał, jak mówi:

– Ed, a pieprzysz się jeszcze?

Odwrócił się. Dzień chyba zaczął wyglądać trochę lepiej. Rita szczerzyła się w uśmiechu, a on szedł ku niej, gdy nagle stało się coś dziwacznego. Coś zasłoniło światło wpadające przez drzwi. Rita, która mogła to dojrzeć, z rosnącym przestrachem patrzyła tam przez Eda. Ed, który nic nie widział, zaczął ją wypytywać, czy coś nie tak. Rita uniosła rękę i pokazała.

– Jezu, Ed – powiedziała. – Sam zobacz.

Odwrócił się i popatrzył. Do restauracji próbowała się wcisnąć olbrzymia żółta kaczka.