„Tak jest dobrze” – Szczepan Twardoch (fragment)

ONA PŁYNIE W MOICH ŻYŁACH

W łóżku jest czarno i cicho. Na suficie rzadkie plamy samochodowych świateł suną tak, jakby nad ranem nawet ruch uliczny spał. Kołdra mnie parzy. Parzy mnie pusta druga połowa łóżka, miejsce Anety, jej równa poduszka, jej równa kołdra, pod którą nie ma żadnego ciała. Przesuwam dłonią pod martwym kocem: prześcieradło jest chłodne. Jest tak, jakby umarła, a przecież tylko wyszła z domu. Dwie przecznice dalej siedzą z moją siostrą przed jasnymi prostokątami monitorów, zmęczone śmiertelnie i szczęśliwe. Przestawiają na tych monitorach czarne kreski, wyznaczają domy, geometrię domów. Domów, w których ludzie będą spać, jeść, kochać się, a może nawet umierać. Jeśli dana będzie im łaska śmierci bez parszywego obrzędu szpitala, podłączania do maszyn i kroplówek.

Nie śpię. Jest czarno i cicho. Nie czekam na nią, od dawna już na siebie nie czekamy nocą. Nie musimy. I nie możemy. To niczego nie zmienia między nami, ale nie czekamy, już nie czekamy. A więc zmieniło się między nami wszystko.
Skrzypią deski na podłodze. To nie są kroki Jasia, więc to Emilka. Obudziła się, idzie tutaj.

— Mała! — wołam, odrzucając kołdrę. Już nie sypiam nago w domu. Nie można sypiać nago, kiedy ma się w domu dwójkę dzieci, nago sypiam tylko w hotelach.

— Emilia? — pytam, otwierając drzwi sypialni.

Nie zapalam światła, widzę ją, stoi na korytarzu. Piżamka z buzią bohaterki dziewczęcych marzeń, bose stopki na ciemnych deskach.

— Co się stało? — pytam.

Patrzy na mnie.

— Tato, ja jestem głodna, tato, głodna — szepcze, patrząc na mnie, oczy błyszczą w jasnej, miejskiej ciemności.

Myślałem, że zapyta o mamę, a okazuje się, że potrzebuje właśnie mnie. To miłe. Dzieci rzadko mnie potrzebują.

— Tak w nocy jesteś głodna? Nad ranem?

— Obudziłam się. Jestem głodna.

— No to chodź, zrobię ci kanapkę.

Biorę ją na ręce, to już duża dziewczynka, idziemy po ciemnej, nocnej podłodze. Jej rączki otaczają moją szyję, czuję wilgoć na jej skórze, spociła się pod kołderką. Wcale nie będzie jadła. Jej policzek na moim ramieniu, czuję jej oddech na szyi, pewnie poczuła się samotna i tylko potrzebowała, żebym wziął ją na ręce, pewnie zaraz zaśnie.

— Zanieść cię do łóżka? — pytam.

— Jestem głodna.

Więc dobrze, idziemy do kuchni. Sadzam ją na blacie, otwieram lodówkę, wyjmuję ser i masło, sięgam do szafki po chleb.

— Nie chcę kanapki, tato.

Odwracam się, zapalam światło. Moja córka jest umazana krwią. Wszystko we krwi: moje ręce, koszulka we krwi.
Świat się oddala. Zostaje tylko moje dziecko. We krwi.
Moje dziecko we krwi. Świat znika.

— Co ci jest? Co się stało? — Zdzieram z niej bluzę piżamki, szukam rany. Nie ma. — A Jasiek? Co z Jaśkiem?