„Teranezja” – Greg Egan (fragment)

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Wyspa była zbyt mała, by zamieszkiwali ją ludzie, i zbyt odległa od często uczęszczanych tras morskich, by móc służyć za punkt nawigacyjny, tak więc mieszkańcy Wysp Kai i Tanimbar nigdy nie mieli powodu, by ją nazwać. Władcy z Jawy i Sumatry, ściągający daninę z Wysp Korzennych, prawdopodobnie byli absolutnie nieświadomi jej istnienia, a Prabir nie potrafił jej znaleźć na żadnej z holenderskich czy portugalskich map morskich, które po zeskanowaniu umieszczono w sieci. Dla obecnie panujących władz indonezyjskich wyspa była zaledwie pyłkiem kurzu na mapie propinsi Moluki, pyłkiem, który znajdował się tam jedynie ze względu na dokładność owej mapy, razem z tysiącem innych niezamieszkałych przez nikogo skał wystających z morza. Jeszcze przed opuszczeniem Kalkuty Prabir uświadomił sobie szansę, jaka przed nim stanęła. Od razu zaczął więc tworzyć listę potencjalnych nazw, lecz decyzja nie należała do tych, którą mógł podjąć ot tak, lekką ręką. Od przeszło roku mieszkał na wyspie, nim wreszcie ostatecznie zdecydował się na nazwę.

Początkowo sprawdził wymyślone przez siebie słowo na przyjaciołach i kolegach z klasy, by wreszcie, włączając je do rozmowy, podsunąć rodzicom. Ojciec początkowo uśmiechnął się z aprobatą, po chwili jednak nabrał wątpliwości.

− Dlaczego sięgnąłeś do greki? Jeśli nie chcesz używać miejscowego języka… czemu nie skorzystasz z bengalskiego?

Zakłopotany Prabir wpatrywał się w ojca. Przecież zbyt łatwo zrozumiałe nazwy były nudne. Po co zadowalać się kiepsko brzmiącym „Wielka Rzeka”, gdy miało się do dyspozycji majestatyczne „Rio Grande”? Ale z pewnością ojciec zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Przecież Prabir podążał właśnie jego śladem

− Z tego samego powodu, dla którego ty nazywasz swoje motyle po łacinie.

− I tu cię ma! − zaśmiała się matka, a ojciec ustąpił, unosząc Prabira w powietrze, łaskocząc i okręcając wokół. − W porządku, w porządku! Teranezja!

Lecz wszystko to miało miejsce, nim przyszła na świat Madhusree, kiedy to jeszcze nie posiadała nawet imienia (z wyjątkiem zbyt dosłownego Przypadkowa Wypukłość). Tak więc Prabir stał teraz na plaży, unosząc siostrę ku niebu, okręcając ją wolno wokół i powtarzając raz za razem: „Teranezja! Teranezja!”. Madhusree wpatrywała się w niego, bardziej zaintrygowana przyglądaniem się bratu, wypowiadającemu to dziwne słowo, niż chłonięciem wzrokiem roztaczanej przed nią panoramy, którą ten tak usilnie chciał się podzielić. Czy aby na pewno krótkowzroczność w wieku piętnastu miesięcy była czymś normalnym? Prabir postanowił to sprawdzić. Opuścił dziewczynkę niżej, zbliżając do siebie ich twarze, po czym hałaśliwie pocałował siostrę i zachwiał się przy tym, niemal tracąc równowagę. Rosła o wiele szybciej, niż jemu przybywało sił. Rodzice upierali się, że sami nie stają się nic a nic silniejsi, i zarówno mama, jak i tata nie chcieli go już unosić w powietrze.

− Nadejdzie rewolucja − rzekł do Madhusree, sprawdzając, czy w miejscu, w którym chciał ją położyć na oślepiająco białym piasku, nie ma porozrzucanych żadnych muszli ani koralowców.

− Co?

− Przeprojektujemy nasze ciała. A wtedy już zawsze zdołam cię unieść w powietrze. Nawet kiedy będę dziewięćdziesięciojednoletnim staruszkiem, a ty skończysz osiemdziesiąt trzy lata.

Roześmiała się, gdy tak mówił do niej o metafizycznie odległej przyszłości. Prabir był raczej przekonany, że rozumiała osiemdziesiąt trzy przynajmniej tak dobrze jak, powiedzmy, dziesięć do setnej potęgi. Stojąc więc nad nią, odliczył jej to na dłoniach, osiem razy otwierając obie, by potem dodać do nich jeszcze trzy palce. Niepewnie obserwowała jego wyczyny, zahipnotyzowana całym przedstawieniem. Prabir wpatrywał się w jej kruczoczarne oczy. Rodzice nie rozumieli Madhusree, nie potrafili bowiem rozróżnić tego, jak sami ją odbierali, od tego, jaka była naprawdę. Prabir rozumiał siostrę tylko dlatego, że sam, co prawda dość mgliście, pamiętał, jak to było w jej wieku.

− Och, pięknotko − zanucił.

Na twarzy Madhusree wykwitł konspiracyjny uśmieszek.

Prabir zerknął przez ramię na rozciągające się za plażą spokojne, turkusowe wody Morza Banda. Z miejsca, w którym się obecnie znajdowali, fale rozbijające się o rafę zdawały się uległe, niemal oswojone, miał jednak za sobą wiele wyjątkowo przyprawiających o mdłości przepraw promem do Tual czy Ambon, by zdawać sobie sprawę, że nieustający monsun, nie wspominając o sztormie, może zdrowo porzucać człowiekiem po pokładzie. Lecz Teranezji oszczędzono potęgi otwartego oceanu, a osłaniające ją wielkie wyspy – Timor, Sulawesi, Seram czy Nowa Gwinea – leżały daleko poza zasięgiem ich wzroku. Nawet najbliższa, równie nieistotna i nikomu bliżej nieznana skała, znajdowała się za daleko, by dało się ją dostrzec z plaży.

− Dla niewielkich wysokości odległość dzieląca cię od horyzontu jest w przybliżeniu pierwiastkiem kwadratowym dwukrotności iloczynu twojej wysokości nad poziomem morza i promienia Ziemi. − Prabir naszkicował sobie w myślach odpowiedni trójkąt, posiadający wierzchołki w środku Ziemi, punkcie na horyzoncie i miejscu, gdzie znajdowały się jego oczy. Na swoim notepadzie już dawno temu sporządził funkcję odległości i wiele punktów tej krzywej znał na pamięć. Plaża opadała stromo, więc jego punkt widzenia znajdował się najprawdopodobniej na wysokości dobrych dwóch metrów nad poziomem morza. Co przekładało się na to, że sięgał wzrokiem na odległość mniej więcej pięciu kilometrów. Gdyby wspiął się w górę wulkanicznego stożka wyspy, aż w zasięgu wzroku pojawi mu się najbliższa z odległych Wysp Tanimbar, wysokość tego miejsca – a mógł mu ją podać system nawigacji satelitarnej, w który wyposażono jego notepad – pozwoliłaby dokładnie obliczyć dzielącą ich odległość.

Ale przecież znał tę liczbę z map: było to niemal osiemdziesiąt kilometrów. Mógł więc odwrócić wszelkie obliczenia i użyć ich do określenia własnej wysokości nad poziomem morza: najniżej położone miejsce, z którego dostrzeże ląd, będzie się znajdowało na wysokości pięciuset metrów. Oznaczy je, wbijając w ziemię słupek. Odwrócił wzrok, spoglądając w kierunku środka wyspy, czarnego szczytu, ledwie widocznego nad otaczającymi plażę palmami kokosowymi. Wyglądało mu to na wyczerpującą wspinaczkę, zwłaszcza że przez większość drogi musiałby dźwigać siostrę.

− Chcesz może do mamy?

Madhusree wykrzywiła twarz.

− Nie! − Nigdy nie miała dość mamy, jednak dobrze zdawała sobie sprawę, kiedy chciał się jej pozbyć.

Prabir wzruszył ramionami. Równie dobrze mógł przełożyć przeprowadzenie takiego doświadczenia; nie było to teraz warte wrzaskliwego napadu szału u siostry, który z pewnością by wywołało.

− Chcesz może w takim razie popływać, co?

Madhusree odpowiedziała mu entuzjastycznym kiwaniem głowy, któremu towarzyszyło gramolenie się, by stanąć na nogach, po czym niepewnym, nierównym krokiem pobiegła w kierunku krawędzi wody. Prabir dał jej fory. Po chwili, ciężko stąpając, z wrzaskiem ruszył jej śladem po piasku. Obróciła się, spoglądając na niego przelotnie nad ramieniem z pewną dozą pogardy, upadła, lecz niezwłocznie zebrała się i ruszyła dalej. Gdy dopadła do wody i brodząc, przemierzała płyciznę, Prabir obiegał ją wokół, rozchlapując wodę stopami, lecz pilnując się, by za bardzo się do niej nie zbliżyć, gdyż chlapanie siostrze prosto w twarz nie byłoby fair. Gdy woda sięgała jej odrobinę powyżej pasa, rzuciła się przed siebie i zaczęła płynąć, metodycznie uderzając o jej powierzchnię pulchnymi ramionami.

Prabir zamarł w miejscu, przyglądając się jej z zachwytem. Od tego nie dało się uciec i czasem również i on odczuwał fascynację Madhusree, ten sam słodki dreszcz, tę samą wrażliwość i delikatność, tę niczym w jego przypadku niezasłużoną dumę z siostry, dostrzeganą na twarzach rodziców.

Westchnął ciężko i padł na plecy do wody. Gdy dotknął dna, otworzył oczy, by poczuć w nich ukłucie soli i móc przez krótką chwilę obserwować spod powierzchni rozmazane światło słońca, nim wreszcie podniósł się na nogi, przyjemnie mokry na całym ciele. Strząsnął włosy z oczu, po czym brodząc w wodzie, ruszył śladem Madhusree. Nim wreszcie się z nią zrównał, woda sięgała mu do żeber; wtedy sam położył się na jej powierzchni i zaczął płynąć u boku siostry.

− W porządku?

Nie raczyła mu odpowiedzieć, ledwie zmarszczyła twarz na zniewagę ukrytą w pytaniu.

− Nie płyń za daleko. − Gdy byli sami, obowiązywała zasada, że Prabir musiał być w stanie dosięgnąć nogami dna. Było to odrobinę irytujące, lecz perspektywa holowania ku bezpieczeństwu wrzeszczącej i miotającej się Madhusree nie była czymś, za czym jakoś wyjątkowo mocno tęsknił.

Prabir nie wziął ze sobą maski, lecz roztaczający się pod nim widok był i tak dość wyraźny sponad wody. Gdy zatrzymał się na chwilę, oczekując na rozejście się wywołanych przez siebie turbulencji i piany, mógł niemal zliczyć zaścielające dno pojedyncze ziarnka piasku. Od rafy wciąż dzieliło ich ze sto metrów, lecz pod nimi pojawiły się ciemnofioletowe rozgwiazdy, gąbki, a nawet pojedyncze anemony, poprzyklejane do fragmentów koralowca. Dostrzegł tam również jedną stożkowatą żółtobrązową muszlę, niemal równie dużą jak jego zaciśnięta pięść, i zanurkował, by bliżej się jej przyjrzeć. W wodzie znów wszystko mu się rozmazało i prawie musiał dotknąć twarzą dna, by dostrzec, że muszla jest zamieszkana. Wypuścił kilka bąbelków w kierunku znajdującego się w jej wnętrzu bladego mięczaka, a kiedy tamten skrył się w środku, zmieszany Prabir wycofał się stamtąd, początkowo, zanim się wyprostował, przez kilka kroków idąc tyłem na rękach. Dziurki w nosie miał pełne morskiej wody; hałaśliwie je wydmuchał, a następnie docisnął język do kłującego podniebienia. Czuł się, jakby ktoś wcisnął mu do nosa rurkę.

Madhusree wyprzedziła go o dobre dwadzieścia metrów.

− Hej! − Zwalczył wzbierającą w nim trwogę, bowiem ostatnim, czego teraz potrzebował, była siostra wpadająca w panikę. Ruszył za nią, płynąc długimi, wolnymi pociągnięciami ramion i zrównując się z nią dość szybko, co go uspokoiło. − Chcesz może wracać, Maddy?

Nie odpowiedziała, lecz przez jej twarz przemknął grymas niepewności, jakby utraciła wszelką wiarę, że jest w stanie zrobić cokolwiek innego niż tylko nieprzerwanie płynąć przed siebie. Prabir zmierzył spojrzeniem głębokość wody; nawet nie było sensu próbować stawać na dnie. Nie mógł po prostu jej schwycić, by brodząc w wodzie, zanieść w kierunku brzegu, równocześnie ignorując jej wrzaski, okładanie pięściami i wyrywanie mu włosów.

Płynął tuż przy niej, starając się tak pilotować, by zawróciła łukiem w kierunku brzegu, nieustannie uważając, bardziej od niej, by nie wpłynęli na siebie. Być może gdyby ją po prostu złapał i obrócił o sto osiemdziesiąt stopni, niby udając, że się bawią, zbytnio by jej tym nie zaniepokoił ani nie wyprowadził z równowagi. Pracując w wodzie samymi tylko nogami, z uśmiechem na twarzy sięgnął w jej kierunku, lecz wydała z siebie skomląco-kwilący odgłos, jakby jej tym jakoś zagroził.

− Ćśśśś. Przepraszam. − Poniewczasie doszło do niego, że sam czuje się dokładnie tak samo, jak kiedy szedł po zwalonym pniu, przerzuconym nad jakimś strumykiem czy grząskim gruntem, a jedno z rodziców traciło cierpliwość i sięgało w jego kierunku, próbując go schwycić. Nic nie działało bardziej zniechęcająco. Ale on sam zamierał tylko wtedy, gdy ktoś go obserwował, pospieszając, by ruszał dalej. Sam mógł wszystko – swobodnie i od niechcenia – nawet zawrócić wysoko nad ziemią. Madhusree zdawała sobie sprawę, że musi zawrócić, lecz podobny manewr był zbyt zniechęcający, aby go rozważać.

− Patrz! Tam! Przy rafie! To wodny człowiek! − wykrzyknął podekscytowany Prabir.

Madhusree niepewnie podążyła wzrokiem we wskazanym przez niego kierunku.

− Tam na wprost. Tam, gdzie załamują się fale. − Prabir wyobraził sobie postać unoszącą się ze spienionej fali, wykradającą wodę z każdego załamującego się postrzępionego grzbietu. − Na razie widać mu tylko głowę i ramiona, lecz wkrótce pojawi się cała reszta ciała. Patrz tylko, jego ramiona już wyrywają się na wolność! − Wyobraził sobie wyłaniające się z fali, ociekające wodą przezroczyste kończyny zakończone zaciśniętymi pięściami. − Widziałem go już wcześniej, na plaży − wyszeptał. − Wykradłem mu jedną z muszli. Zdawało mi się, że ujdzie mi to płazem… No ale sama wiesz, jacy oni są. Jeśli im coś weźmiesz, zawsze cię dopadną.

Widać było po jej twarzy, że zaintrygowana głowi się nad jego słowami.

− Nie mogę mu jej oddać − wyjaśnił siostrze Prabir. − Nie mam jej teraz przy sobie, jest w moim baraku.

Przez krótką chwilę zdawało się, że Madhusree chce zaprotestować, że coś takiego nie może przecież poważnie stać na przeszkodzie; Prabir mógł przecież ot, najzwyczajniej w świecie, obiecać, że zwróci muszlę później. Lecz wtedy musiało jej wpaść do głowy, że podobna istota nie byłaby wcale ani tak cierpliwa, ani ufna.

Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Jej brat znalazł się w kłopotach.

Wodny człowiek zniżył swe ramiona i naparł na powierzchnię wody, wyrywając na wolność z całą dostępną sobie siłą kolejny fragment ciała. Wyjąc z bólu narodzin, odsłaniając błyszczące zęby.

Prabir nerwowo zawrócił.

− Muszę stąd uciec, nim uwolni nogi. Kiedy już zobaczysz, jak biegnie, będzie za późno. Nikt jeszcze nie przeżył, by to opisać. Poprowadzisz mnie z powrotem do brzegu? Wskażesz mi, jak się tam dostać? Nie jestem w stanie myśleć. Nie mogę się poruszyć. Jestem zbyt przerażony.

Odgrywał swoją scenę tak przekonująco, że szczękały mu zęby. Miał tylko nadzieję, że nie przesadził; Madhusree mogła bowiem bez najmniejszych nawet wyrzutów sumienia wyryć mu w skórze głębokie bruzdy, ignorując zupełnie jego krzyki protestu, lecz równie dobrze, z czego doskonale zdawał sobie sprawę, potrafiła wpaść w niedający się opanować wybuch niepocieszonego płaczu, gdy coś sprawiało mu cierpienie lub wywoływało rozpacz.

Lecz teraz wpatrywała się ze spokojem w wodnego człowieka, oceniając niebezpieczeństwo. Odkąd pojawiła się ta istota, Madhusree płynęła w miejscu i zdążyła już okręcić się w wodzie, rozglądając się na boki. Teraz po prostu nakierowała się w stronę brzegu i zaczęła płynąć, zapominając o wszelkich trudnościach.

Nie lada wyczynem było udawać panikę, a równocześnie trzymać się za jej plecami, gdyż miała mniej więcej czterokrotnie krótsze ramiona. Prabir zerknął nad ramieniem i wykrzyknął: − Szybciej, Maddy! Już widzę jego żebra! − Wodny człowiek spoglądał na nich ze złością, z ukosa, już przeobrażając się w coś na kształt gorliwej parodii przykucniętego, gotowego do biegu sprintera. Kołysząc się w tył i w przód na koniuszkach szeroko rozstawionych palców, wyciągał z fal kolejne fragmenty klatki piersiowej. Prabir obserwował, jak istota głęboko wciąga powietrze, pozbywając się w ten sposób wody z płuc przez szklistą skórę, przygotowując na świat, w którym rządziło powietrze.

Madhusree zaczynała uderzać o wodę otwartymi dłońmi, tak właśnie w jej przypadku objawiało się zmęczenie. Prabir podejrzewał, że wkrótce uda mu się stanąć na dnie, lecz przedwczesna interwencja, nim naprawdę był do niej zmuszony, nie wydawała mu się na miejscu.

− Uda mi się, prawda? Dam radę? Muszę tylko powoli oddychać i cały czas trzymać złożone palce.

Madhusree rzuciła w jego kierunku zirytowane spojrzenie, mówiące „nie traktuj mnie protekcjonalnie”, po czym zaczęła przesadnie rozszarpywać dłońmi wodę. Po chwili jednak wreszcie przyjęła ofiarowaną jej radę i wystrzeliła do przodu.

Prabir zatrzymał się w miejscu i odwrócił, by dokładnie się przyjrzeć rzekomemu prześladowcy. Ostatni etap nieodmiennie sprawiał trudności; równoczesne podparcie się, połączone ze staraniem, by wyciągnąć spod siebie znajdujące się z tyłu nogi, należało do kłopotliwych. Prabir przymknął oczy i wyobraził sobie, że sam jest wodnym człowiekiem. Przykucając niżej, z przedramionami na falach, ile tylko miał siły, naprężył ciało, aż jego mięśnie wyrzuciły z siebie widoczną falę morskiej wody. Ostatecznie został nagrodzony i poczuł ciepło powietrza na zagięciu kolan i łydkach. Jego prawa stopa wydostała się na wolność; jej podeszwa opierała się lekko o powierzchnię wody, łaskotana wzburzoną wodą, jakby każdy jej maleńki grzbiet był pojedynczym źdźbłem trawy.

Otworzył oczy. Wodny człowiek powstawał, gotów wyrwać się do przodu, w miejscu przytrzymywała go już zaledwie jedna stopa, wciąż unieruchomiona pod powierzchnią fali.

Prabir krzyknął i zaczął płynąć za Madhusree. W przeciągu kilku sekund zdał sobie sprawę, że rozpoczął się pościg. Ale nie miał dość odwagi, by się obejrzeć: jeśli zobaczyłeś biegnącego wodnego człowieka, było już po tobie.

Gwałtowność jego pociągnięć sprawiła, że Madhusree odwróciła się; zgubiła rytm i zaczęła się miotać. Prabir dogonił ją dokładnie w chwili, gdy jej głowa zanurzyła się pod wodę; zagarnął ją w ramiona i sięgnął stopami ku dnu. Jego palce uderzyły w piasek, z Madhusree bezpiecznie przytuloną do piersi.

Bieg przez wodę był koszmarnie powolny, lecz Prabir zmuszał swe monstrualnie ciężkie ciało do nieustannego parcia naprzód. Drżąc z każdym krokiem, przebiegł przez sam środek kępy brązowej trawy morskiej; nie drżał dlatego, że źdźbła były ostre czy oślizgłe, zawsze miał jednak wrażenie, że coś mogło się między nimi czaić. Madhusree trzymała się go kurczowo, bez najmniejszego nawet słowa skargi, znieruchomiała, niemal sparaliżowana, ze wzrokiem utkwionym za jego plecami. Skóra ścierpła mu na głowie. Zawsze mógł ogłosić, że cała zabawa dobiegła końca, że nic ich nie goniło, że wszystko sobie wymyślił. Madhusree w jego ramionach była pasażerem, odpornym na wszelkie obowiązujące zasady, lecz gdyby odwrócił się teraz i spojrzał za siebie, prosty fakt, że samemu udałoby mu się ocaleć, przekonałby ją poza wszelką wątpliwość, że wodny człowiek nigdy nie był prawdziwy.

Ale nie chciał przecież popsuć siostrze zabawy.

Gdy dotarł na plażę, nogi niemal złożyły się pod nim, lecz zebrał się w sobie i wykonał jeszcze kilkanaście kroków; sił dodał mu sam fakt, że znalazł się na suchym lądzie. Dopiero wtedy przykucnął, stawiając Madhusree na nogach, nim odwrócił się, by usiąść na plaży, z twarzą skierowaną do morza i opuszczoną głową, by łatwiej było mu złapać oddech.

Kręciło mu się w głowie z powodu nagle zakończonego wysiłku, a całe pole widzenia miał poznaczone ciemnymi powidokami. Lecz był niemal pewien, że dostrzegł mokry, lśniący wilgocią ślad na wypalonym słońcem piasku, zaledwie o krok od krawędzi wody, który wyparował stamtąd na jego oczach.

− Chcę do mamy − spokojnie obwieściła Madhusree.

Prabirowi nie wolno było wchodzić do baraku, w którym rodzice badali motyle. A wszystko dlatego, że w jego przypadku nie działała szczepionka na malarię, miał więc tuż pod skórą jednego z ramion wszczepioną niewielką kapsułkę, dzięki której wypacał z siebie środek odstraszający moskity. Sam zapach tej substancji prawdopodobnie nie mógłby zaszkodzić motylom, lecz mógłby wpłynąć na ich zachowanie, a jakiekolwiek ryzyko poważnego skażenia hodowli rodziców wystarczyłoby, by unieważnić wszelkie dokonywane przez nich obserwacje.

Położył Madhusree na ziemi w odległości kilku metrów od wejścia do tego baraku, skąd siostra sama chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku głosu matki. Prabir nasłuchiwał, jak ten stawał się coraz głośniejszy.

− Gdzie się podziewałaś, skarbie? Gdzie byłaś

Madhusree zaczęła przekazywać chaotyczny monolog dotyczący wodnego człowieka. Prabir, stojąc w miejscu, wystarczająco długo nadstawiał uszu, by mieć pewność, że siostra w swej opowieści nie pomawiała go w żaden sposób, po czym przeszedł, by usiąść na ławce stojącej przed jego barakiem. Był środek poranka, plaża nagrzała się i stała nieprzyjemnie gorąca, lecz większa część kampongu pozostawała w cieniu aż do południa. Prabir wciąż doskonale pamiętał dzień sprzed niemal trzech lat, w którym przybyli na tę wyspę z kilkunastoma robotnikami z Kai Besar, mającymi pomóc im w wykarczowaniu roślinności i zmontowaniu domków baraków z gotowych segmentów. Wciąż jednak nie miał pewności, czy mężczyźni po prostu sobie nie żartowali, określając pierścień sześciu budynków mianem kampongu, czyli „wioski”, lecz nazwa się przyjęła

Ze skraju obozu dobiegł go znajomy odgłos zamieszania; na gałęzi muszkatołowca wylądowały dwa gołębie owocożery. Niebiesko-białe ptaki były większe od kurczaków i mimo iż na swój pulchny sposób były odrobinę bardziej opływowe, to sama ich umiejętność uniesienia się w powietrze należała, przynajmniej w oczach Prabira, do rzeczy niezwykłych. Jeden z ptaków rozpostarł swój komicznie wręcz rozciągliwy dziobek wokół owocu muszkatołowca o rozmiarach niewielkiej moreli; drugi przyglądał się temu bez żadnego wyrazu, gruchając i klekocząc, nim wreszcie zsunął się z gałęzi i ruszył poszukać pożywienia na własną rękę.

Prabir zaraz po uwolnieniu się od siostry planował wprowadzić w życie swój pomysł pomiaru wysokości, lecz w drodze z plaży przyszło mu do głowy kilka związanych z nim komplikacji. Po pierwsze, wcale nie miał pewności, że zdoła rozróżnić brzeg odległej wyspy bądź fragment jej klifu od, powiedzmy, wzniesienia leżącego gdzieś w głębi lądu, widocznego na horyzoncie z powodu swej wysokości. Być może, gdyby udało mu się przekonać ojca, by ten pożyczył swoją lornetkę, byłby je wtedy w stanie odróżnić, lecz tu pojawiał się kolejny, jeszcze poważniejszy problem. Refrakcja wywołana atmosferycznym gradientem temperatury – ten sam efekt, który powodował, że słońce, zbliżając się do horyzontu, zdawało się puchnąć – załamywałaby dokładnie to samo światło, które miał zamiar wykorzystać w roli jednego z boków trójkąta pitagorejskiego. To oczywiste, że ktoś najprawdopodobniej wymyślił już sposób umożliwiający uwzględnienie tego w obliczeniach i bez żadnych większych trudności mógłby znaleźć w sieci odpowiednie równania, a następnie zaprogramować je na swoim notepadzie, lecz nawet gdyby zdołał odszukać wszelkie konieczne dane dotyczące temperatury – z jakiegoś regionalnego modelu meteorologicznego czy z termowizyjnych obrazów pochodzących z satelitów pogodowych – tak naprawdę nie rozumiałby, co robi; zaledwie wykonywałby ślepo instrukcje.

Nieoczekiwanie wpadło mu w ucho jego imię, wyłapane w niezbyt słyszalnym mruczeniu dochodzącym z baraku motyli – wypowiedziane nie przez Madhusree, która ledwie była je w stanie wymówić, lecz przez ojca. Nadstawił uszu, starając się rozróżnić słowa, które po nim nastąpiły, lecz gołębie owocożery nie chciały zamilknąć. Rozejrzał się wokół, starając się znaleźć coś, czym mógłby w nie rzucić, po chwili jednak doszedł do wniosku, że wszelkie próby przepłoszenia ptaków najprawdopodobniej okazałyby się wyjątkowo hałaśliwym, a co gorsza długotrwałym procesem. Podniósł się z ławki i na palcach podkradł na tyły budynku, gdzie przyłożył ucho do ściany z włókna szklanego.

− Jak on sobie poradzi, gdy wrócimy do Indii i będzie musiał iść do prawdziwej szkoły, by spędzić sześć godzin dziennie w normalnej klasie, skoro teraz ledwie jest w stanie usiedzieć spokojnie przez pięć minut? Im szybciej się przyzwyczai, tym będzie to dla niego mniejszym szokiem. Jeśli będziemy z tym czekać, aż skończymy tu nasze badania, to będzie miał wtedy… ile? Jedenaście, dwanaście lat? Wtedy już się nad nim nie zapanuje!

Prabir domyślał się, że ojciec mówił już od jakiegoś czasu. Zawsze bowiem rozpoczynał on wszelkie spory beznamiętnie, jakby dyskutowany temat był mu zupełnie obojętny. Dopiero po kilku minutach do jego głosu wkradał się słyszalny tam w chwili obecnej poziom rozdrażnienia i irytacji.

Matka parsknęła śmiechem typu „i kto to mówi?”.

− Sam miałeś jedenaście lat, gdy po raz pierwszy posadzono cię w szkolnej ławie!

− Zgadza się, i już wtedy było to dla mnie wystarczająco trudne. Ale ja przynajmniej byłem wcześniej otoczony przez innych ludzi. Myślisz, że Prabir dzięki łączom satelitarnym nawiązuje tu teraz zdrowe kontakty międzyludzkie?

Po tych słowach nastąpiła tak długa cisza, że Prabir zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem matka nie odpowiedziała ojcu tak cicho, że po prostu tego nie usłyszał. Lecz wtedy doszły go kolejne jej słowa, wypowiedziane płaczliwym tonem:

− Gdzie w takim razie? Kalkuta jest za daleko, Rajendra. W ogóle nie będziemy go widywać.

− To tylko trzy godziny samolotem.

− Tak, ale z Dżakarty!

− A jak inaczej mam ci określać odległość? − Ojciec odpowiedział jej całkiem rozsądnie. − Jeśli dodasz jeszcze czas konieczny do wydostania się z naszej wyspy, wtedy każde miejsce na kuli ziemskiej zabrzmi, jakby leżało za daleko!

Prabir poczuł dezorientującą mieszaninę tęsknoty za domem i strachu. Kalkuta. Pięćdziesiąt razy tyle mieszkańców i ruchu ulicznego co Ambon, a wszystko ściśnięto tam na zaledwie pięciokrotnie większym obszarze. Nawet gdyby znów zdołał się przyzwyczaić do ciągłej obecności tłumów, perspektywa bycia „w domu” bez rodziców i siostry zdawała się gorsza niż porzucenie go w jakimkolwiek innym miejscu – równie nierzeczywista i wewnętrznie niepokojąca jak przebudzenie się pewnego ranka i odkrycie, że cała jego rodzina najzwyczajniej w świecie wyparowała.

− Cóż, Dżakarta nie wchodzi w rachubę.

Po tym stwierdzeniu zapadła cisza; być może ojciec kiwał teraz potakująco głową. Temat ten przerabiali już wcześniej: na całym obszarze Indonezji nieustannie raz za razem rozpalały się ogniska przemocy skierowanej przeciwko etnicznie chińskiej „klasie kupieckiej” – i mimo iż indyjska mniejszość była w porównaniu z tamtymi tak znikoma, że niemal niewidoczna, jego rodzice, jak się zdawało, byli przekonani o grożącym mu niebezpieczeństwie pobicia za każdym razem, gdy podnoszono ceny. Prabir miał problem z uwierzeniem w tak dziwaczne zachowanie, lecz widok ubranych w jednakowe stroje, zdyscyplinowanych dzieci, śpiewających patriotyczne pieśni na wycieczkach w okolicach Ambon, sprawiał, że był wdzięczny za wszystko, co trzymało go z dala od indonezyjskich szkół.

− A co powiesz na Darwin? − Ojciec przyjął pojednawczy ton.

Prabir dobrze pamiętał to miasto; spędzili tam dwa miesiące podczas narodzin Madhusree. Było to spokojne, czyste i dobrze prosperujące miejsce – a skoro jego angielski i tak był o wiele lepszy od indonezyjskiego, łatwiej było mu tam porozumieć się z ludźmi niż w Ambon. Lecz wciąż nie było to miejsce, gdzie chciałby zostać zesłany.

− Być może. − Znów nastąpiła cisza, przerwana nagłym entuzjastycznym pytaniem matki: − A co powiesz na Toronto? Moglibyśmy go tam wysłać do mojej kuzynki!

− Teraz to ty opowiadasz straszne głupoty. Ta kobieta jest obłąkana.

− Och, jest zupełnie nieszkodliwa! I wcale nie sugeruję, by pozostawić edukację Prabira w jej gestii; po prostu umówimy się z nią jakoś co do mieszkania z utrzymaniem. Wtedy przynajmniej nie trafi do internatu pełnego zupełnie obcych osób.

− On nawet nigdy jej nie widział na oczy! − Ojciec aż zabulgotał.

− Mimo wszystko Amita wciąż jest rodziną. A na dodatek, skoro jest jedyną krewną, która się do mnie odzywa…

Rozmowa nieoczekiwanie zeszła na temat rodziców matki. Prabir słyszał to już wielokrotnie wcześniej, więc po kilku minutach ruszył powoli w kierunku lasu.

Musiał znaleźć jakiś sposób, by poruszyć przy nich ten temat i jasno przedstawić im swoje odczucia, nie zdradzając równocześnie faktu, że podsłuchiwał. I będzie musiał to zrobić szybko; jego rodzice posiadali niemal niczym nieograniczoną zdolność do przekonywania samych siebie, iż działają w jego najlepszym interesie i dla jego dobra, a kiedy już podejmą decyzję, nie będzie w stanie zrobić niczego, by ich powstrzymać. Przypominało to wymyśloną ad hoc religię − kościół pod wezwaniem „robimy to tylko dla twojego własnego dobra”. Sami spisali wszelkie przykazania, a następnie protestowali, że nie mają wyboru i muszą ich przestrzegać.

− Zdrajcy − wymruczał pod nosem. To była jego wyspa; to jemu zawdzięczali, że ich obecność była tu w ogóle tolerowana. Jeśli on stąd odejdzie, zginą w przeciągu tygodnia: już zajmą się wtedy nimi tutejsze istoty. Madhusree mogła się starać ich ochronić, lecz nigdy nie można było mieć pewności, po czyjej dokładnie stała stronie. Prabir wyobraził sobie załogę promu czy statku przywożącego zapasy, która ostrożnie wkracza na teren kampongu, po tym, jak rodzice nie stawili się na umówionym spotkaniu, czemu towarzyszyła jeszcze kilkudniowa cisza radiowa, by znaleźć tam jedynie Madhusree, chodzącą po obozie kołysząco niezdarnym krokiem, z przyklejonym do twarzy fałszywym uśmiechem, otoczoną brudnymi miskami, w których pozostały jeszcze resztki posiłków ze smażonych motyli, podanych z tajemniczym, słodko pachnącym mięsem.

Prabir wlekł się z mozołem, mrucząc pod nosem przekleństwa, z każdym krokiem coraz bardziej świadom wzrastającego nachylenia powierzchni oraz ciemnych skał tu i ówdzie wystających z ziemi. Nie zastanawiając się nad tym, bezwiednie wylądował na ścieżce prowadzącej w kierunku środka wyspy. W przeciwieństwie do tej prowadzącej z plaży do obozu, wykarczowanej przez robotników z Kai, której utrzymanie w dobrym stanie należało teraz do jego obowiązków – ta była wyłącznie dziełem przypadku, odsłoniętych kamienistych miejsc i naturalnych odstępów pomiędzy rosnącymi tu drzewami i paprociami.

Poruszanie się w górę ostro nachylonej stromizny nie należało do łatwych, lecz szedł osłonięty cieniem lasu, a pot ściekający mu z łokci i spływający po nogach odbierał jako niemal chłodny. Jaszczurki o niebieskich ogonach błyskawicznymi, ledwie dostrzegalnymi zrywami umykały mu z drogi, lecz fioletowe chrząszcze tygrysie, wielkie niczym jego kciuk, wolnym zygzakiem wiły sobie drogę po jednym z przewróconych pni drzew, a wszędzie wokół pełno było wielkich czarnych mrówek; gdyby tylko jego zapach nie był dla nich równie ohydny jak dla niego zapach tych chrząszczy, w przeciągu minuty zostałby w całości pokryty ich ukąszeniami. Gdzie tylko się dało, trzymał się odsłoniętej ziemi, ale tam, gdzie nie było to możliwe, wybierał raczej podszycie niż wulkaniczną skałę, gdyż mniej dawało to popalić jego stopom. Ziemia była pokryta malutkimi błękitnymi kwiatkami, oliwkowozielonymi pnączami, niskimi paprociami o zwisających liściach; niektóre z roślin były niesamowicie twarde w dotyku, lecz tylko z rzadka posiadały kolce. Miało to sens: nic przecież nawet nie próbowało ich tu skubać, traktując jako pożywienie.

Ziemia pod jego stopami stawała się coraz bardziej stroma i kamienista, a otaczający go las z każdym krokiem coraz rzadszy. Pomiędzy drzewami przedzierało się coraz więcej słońca, a podszycie stawało się wyschnięte i szorstkie. Prabir żałował, że nie zabrał ze sobą kapelusza, którym mógłby teraz osłonić twarz, a może nawet i butów; ciemne skały były w większości wygładzone ciągłym działaniem warunków atmosferycznych, lecz niektóre z nich posiadały niebezpieczne krawędzie.

Drzewa zniknęły zupełnie. Wdrapywał się na goły, niczym nieporośnięty obsydianowy stok wulkanu. Po zaledwie kilku minutach na otwartej przestrzeni miał skórę wyprażoną na wiór; tylko na przedramionach mógł poczuć niewielkie, zbyt małe, by uformować widoczne krople, rytmiczne uderzenia potu, które pojawiały się tam i wyparowywały w mgnieniu oka. Kiedy szedł przez las, szorty przemokły mu od potu do suchej nitki; teraz ich materiał zesztywniał niczym tektura i wydzielał intrygujący, jakby wyprany zapach. Nim jeszcze wyruszył z siostrą na plażę, spryskał się kremem z filtrem przeciwsłonecznym; miał nadzieję, że kąpiel w morzu wszystkiego z niego nie zmyła. Jego wszczep na moskity powinien również posiadać w swym składzie jakiś środek chemiczny absorbujący promieniowanie UV, co oszczędziłoby mu kłopotu związanego z zewnętrznym stosowaniem podobnych środków.

Nadejdzie rewolucja.

Niebo wyglądało teraz, jakby ktoś użył mocnego środka, aby je wybielić; gdy uniósł twarz ku słońcu, przypominało to zaglądanie do wnętrza pieca hutniczego – zamknięcie oczu nic nie dawało, musiał dopiero osłonić twarz ramionami. Lecz gdy wyszedł nad obszar lasu na tyle, że korony najwyższych drzew nie zasłaniały mu już widoku, wydał z siebie wysuszony okrzyk euforii. Rozciągające się przed nim w dole morze wyglądało, jakby obserwował je z lotu ptaka. Plaża wciąż była zasłonięta drzewami, mógł tylko dostrzec okalające wyspę płycizny, rafę i leżącą już za nią głębię.

Nigdy jeszcze nie wspiął się aż tak wysoko. I mimo iż był niemal stuprocentowo pewny, że jego rodzina wcale nie była pierwszymi osobami, które postawiły stopę na tej wyspie, z pewnością żaden z wyrzuconych tu wcześniej na brzeg marynarzy nie namęczyłby się, by wyjść tutaj i napawać oczy widokiem, skoro w tym samym czasie mógłby w leżącym poniżej lesie zajmować się struganiem nowej łodzi, prawda?

Prabir przesunął wzrokiem po horyzoncie. Osłonięcie oczu przed ostrym blaskiem słońca pozwoliło na powstanie strużki potu, która spłynęła mu po brwi do oczu, co częściowo go oślepiło. Przetarł je chusteczką, i tak już zamarynowaną zarówno morską wodą, jak i potem, powstałym podczas godzinnej wędrówki przez las; efekt, jaki dzięki temu uzyskał, przypominał przetarcie powiek solą. Rozdrażniony, mrugając, wypłakał kilka łez, zerkając jednak raz za razem i ignorując odczuwany ból, dopóki nie miał pewności, że w zasięgu wzroku nie ma żadnego lądu.

Ruszył dalej w górę zbocza wulkanu.

Odwiedziny w kraterze znacznie przekraczały jego możliwości; nawet gdyby zabrał ze sobą wodę i buty, samo dojście do wnętrza było po prostu za strome. Na podstawie widocznego na obrazach satelitarnych ułożenia roślinności matka wyznaczyła, że wulkan jest uśpiony od przynajmniej kilku tysięcy lat, lecz Prabir wymyślił sobie, że lawa krąży w nim tuż pod samą powierzchnią krateru, jedynie czekając na wydostanie się na powierzchnię. Najprawdopodobniej były tam orły żarliki, dziobiące cienką skorupę, chcąc dostać się do płynnej skały. Nawet teraz, podczas wspinaczki, mogły mu krążyć nad głową; skoro jaśniały równie mocno jak słońce, nie rzucały cienia.

Co pięć minut przystawał, sprawdzając, czy na horyzoncie nie pojawił się żaden ląd, żałując, że podczas wcześniejszych podróży promem nie zwracał większej uwagi na układ pobliskich wysp; horyzont był tak rozmazany, że Prabir obawiał się, iż zwykła ławica chmur zbliżającej się odległej burzy mogła wprowadzić go w błąd. Przeciął sobie prawą stopę, lecz skoro nie było to zbytnio bolesne, unikał bliższego przyjrzenia się ranie, obawiając się, że jej widok mógłby go przekonać do przełożenia całej wyprawy. Podeszwy stóp miał na tyle grube, by gorąco skał uznawać za znośne, lecz nie był w stanie na nich ani usiąść, by odpocząć, ani nawet podeprzeć się o nie dłońmi.

Kiedy wreszcie między niebem a morzem pojawiła się niekoniecznie jednoznacznie wyglądająca szara smuga, Prabir po prostu uśmiechnął się i przymknął oczy. Nie zostało mu nawet tyle siły, by poczuć należyty triumf, nie wspominając już o pozwoleniu sobie na najmniejszą nawet manifestację zwycięstwa. Chwilę pokołysał się w nierzeczywistym upale, uznając swoją głupotę, jaką było przyjście tu zupełnie nieprzygotowanym, lecz wciąż wypełniało go wyzywająco bezczelne zadowolenie z tego, czego dokonał. Po chwili znalazł kawałek skały o ostrych krawędziach i wydrapał nim linię w miejscu, w którym − najlepiej, jak tylko udało mu się to ocenić − ta odległa wyspa po raz pierwszy pojawiła mu się przed oczami.

Nie był w stanie zapisać tu wysokości tego miejsca; ta najprawdopodobniej wcale aż tak bardzo nie różniła się od pięciuset metrów, które w swej naiwności zgrubnie wykalkulował, ale musiał tu wrócić ze swoim notepadem, by z ekranu GPS-u odczytać dokładną liczbę. A wtedy będzie już mógł przeliczyć to sobie od tyłu, określając efekt refrakcji.

Sama linia jednak nie wystarczyła. Co prawda żadne powstałe na skałach w sposób naturalny znaki w niczym nie przypominały jego kreski, lecz nie można było powiedzieć, by ta jakoś szczególnie wpadała w oko; znacznie by więc ryzykował, myśląc, że kiedyś tu wróci i ją odnajdzie. Wyrycie inicjałów wydawało mu się wyjątkowo dziecinne, wydrapał więc datę: 10 GRUDNIA 2012.

Szczęśliwie oszołomiony ruszył z powrotem w kierunku lasu, rozcinając sobie dłoń, która dwukrotnie osunęła mu się po skale, lecz nawet nie zwrócił na to jakiejś większej uwagi. Nie tylko nazwał tę wyspę, lecz zaczął ją również mierzyć. Jego prawo do pozostania na niej stało się teraz niemal równie wielkie jak jego rodziców.

Gdy schodził w dół, z północy, którą miał za plecami, nadeszła popołudniowa burza. Prabir spojrzał w niebo, gdy pierwsze napuchnięte krople deszczu uderzyły w otaczające go skały, i na tle chmur dostrzegł oślepiające paciorki białego światła. Wtedy jednak orły żarliki wzniosły się ponad burzę, pozostawiając niebo w jednolitej barwie szarości.

Z głową odgiętą do tyłu pił deszcz, szepcząc raz za razem: „Teranezja”.

Wrócił do obozu około trzeciej po południu. Nikt nie zauważył jego nieobecności; kiedy nie miał zajęć szkolnych, mógł robić wszystko, na co mu przyszła ochota, miał zegarek, dzięki któremu, gdyby tylko zaszła taka potrzeba, mógł wezwać pomoc. Był wycieńczony i czuł się odrobinę niedobrze; poszedł więc prosto do swego baraku, gdzie z miejsca padł na hamak.

Obudził go ojciec, stojący przy hamaku w szarym świetle zmierzchu i cicho wymawiający jego imię. Prabir był zaskoczony; miał przecież pomagać przy przygotowywaniu wieczornego posiłku, lecz czuł już w powietrzu zapach gotowania. Dlaczego pozwolili mu tak długo spać?

Ojciec położył mu dłoń na czole.

− Jesteś trochę rozpalony. Jak się czujesz?

− W porządku, tato.

Prabir zacisnął pięści, ukrywając rozcięcia na dłoniach; nie były co prawda poważne, lecz nie chciał wyjaśniać teraz, skąd je ma – ani też, gdyby nie było innego wyjścia, kłamać na ich temat. Ojciec wydawał się niecodziennie poważny; czyżby miał zamiar tu i teraz obwieścić mu decyzję o wysłaniu go do szkoły z internatem?

− W Dżakarcie doszło do zamachu stanu − oznajmił ojciec. − W Ambon wprowadzono stan wojenny. − Z premedytacją narzucił swym słowom neutralny ton, jakby donosił o wydarzeniach, które nie miały absolutnie żadnego znaczenia. − Nie udało mi się połączyć z Tual, więc nie mam pojęcia, co dokładnie tam się dzieje. Lecz przez jakiś czas możemy nie być w stanie uzupełnić zapasów, tak więc założymy tu sobie niewielki ogródek. I chcemy, byś pomógł się nim zajmować. Zrobisz to?

− Tak. − Prabir przyjrzał się bacznie częściowo oświetlonej twarzy ojca, zastanawiając się, czy ten naprawdę oczekiwał, że syn zadowoli się tak minimalną relacją, dotyczącą panującej sytuacji. − Ale co tak dokładnie wydarzyło się w Dżakarcie?

Ojciec wydał z siebie znużony, zdegustowany dźwięk.

− Minister bezpieczeństwa wewnętrznego przy poparciu wojska ogłosił się „Tymczasowym Przywódcą Kryzysowym”. Prezydent znalazł się w areszcie domowym. Zawieszono też posiedzenia Doradczego Zgromadzenia Ludowego; około tysiąca ludzi nie przerywa czuwania przed ich budynkiem. Siły bezpieczeństwa na razie zostawiają ich w spokoju, a to już coś. − Zakłopotany pogładził wąs, po czym dodał niechętnie: − Ale właśnie gdy otrzymaliśmy te wiadomości, w Ambon odbywał się wielki marsz protestacyjny, który starała się powstrzymać policja. Kogoś zastrzelono i tłum ruszył, niszcząc budynki rządowe. Zgodnie z doniesieniami World Service zginęło czterdzieści sześć osób.

Prabir był sparaliżowany.

− To okropne.

− Właśnie. A dla wielu będzie to ostatnia kropla przepełniająca czarę goryczy. Poparcie dla ABRMS może teraz już tylko pójść w górę.

Prabir z wielkim trudem starał się czytać między wierszami wypowiedzi ojca.

− Myślisz, że zaczną zatapiać promy?

− Nie, nie! − Ojciec zamrugał zaskoczony. − Nie jest aż tak źle. Nawet nie myśl w ten sposób! − Położył dłoń na ramieniu syna i potarł je uspokajająco. − Ale ludzie będą zdenerwowani. − Westchnął. − Wiesz przecież, jak za każdym razem, gdy chcemy stąd ruszyć i złapać prom, musimy zapłacić kapitanowi za nadłożenie drogi? Jesteśmy znacznie oddaleni od regularnej trasy pomiędzy Saumlaki i Tual; nasze pieniądze kompensują dodatkowe paliwo, jak również sprawiany przez nas kłopot, pozostawiając odrobinę do podziału pomiędzy wszystkich członków załogi.

Prabir pokiwał potakująco głową, mimo iż nigdy wcześniej tak właściwie nie uświadamiał sobie, że dają łapówki za przysługę, wydawało mu się, że raczej nabywają legalną usługę.

− Teraz to może się okazać trudne. Nikt nie będzie chciał wykonywać pozaplanowych przystanków w samym sercu pustkowia. Ale to nic; sami damy sobie radę, jak długo będzie trzeba. A to prawdopodobnie nawet wyjdzie nam na dobre, gdyż nie będziemy się rzucać w oczy. Skoro pozostaniemy na uboczu, nie wchodząc nikomu w drogę, nikt nie będzie nas tutaj niepokoił.

Prabir w milczeniu chłonął słowa ojca.

Ojciec przechylił głowę w kierunku drzwi.

− Chodźmy, lepiej się umyj. I nie wspominaj matce, że niepokoiłem cię takimi opowieściami.

− Nie, nie zrobiłeś tego, tato. − Prabir wyplątał się z hamaka. − Ale dokąd to wszystko zmierza?

− Co masz na myśli?

Prabir zawahał się.

− Aceh. Kalimantan. Irian Jaya. Nasza wyspa. − Przez wiele lat, gdy wspólnie słuchali wiadomości, ojciec wyjaśniał mu niektóre zagadnienia związane z historią regionu, a później Prabir, już na własną rękę, zaczął śledzić ten temat w sieci. Irian Jaya i Moluki zostały zaanektowane przez Indonezję zaraz po wycofaniu się Holendrów w połowie ubiegłego stulecia; obie prowincje w pewnym stopniu były chrześcijańskie i na obu istniały ruchy separatystyczne zdeterminowane, by podążać ku niepodległości drogą Wschodniego Timoru. Aceh, przy północno-zachodnim krańcu Sumatry, był czymś zupełnie innym – tamtejsi muzułmańscy separatyści uważali dotąd rząd za zbyt świecki – a Kalimatan z kolei, z długą, skomplikowaną historią migracji i podbojów, był jeszcze czymś zupełnie innym. Rząd w Dżakarcie mówił do tej pory uspokajająco o zapewnieniu „ograniczonej autonomii” wszystkim odległym prowincjom, lecz zaledwie przed kilkoma tygodniami na pierwsze strony gazet trafił tam ze swoim komentarzem minister bezpieczeństwa wewnętrznego, który wypowiedział się na temat potrzeby „eliminacji separatystów”. Prezydent nakazał mu powściągnąć swój język, lecz wojsko najwyraźniej doszło do wniosku, że dokładnie ten rodzaj słownictwa najbardziej przypada mu do gustu.

Ojciec przykucnął przy nim i zniżył głos.

− Chcesz wiedzieć, co myślę?

− Tak. – Prabir niemal zapytał: Dlaczego szepczemy? Ale znał powód. Utknęli na wyspie na najbliższy czas, należało więc wyjawić mu niektóre z powodów, dla jakich do tego doszło, lecz matka z pewnością poinstruowała ojca, by ponad wszystko nie ryzykował, że go przestraszy.

− Uważam, że imperium jawajskie zmierza do swego kresu. I podobnie jak wcześniej Holendrzy, Portugalczycy i Brytyjczycy, i oni będą wreszcie musieli nauczyć się żyć we własnych granicach. Ale nie przyjdzie to łatwo. Zbyt wiele znajduje się tu na szali: ropa, ryby, drewno. Nawet jeśli rząd wykaże ochotę, by po prostu wycofać się z prowincji sprawiających największe kłopoty, wciąż jeszcze pozostają ludzie zbijający ogromne pieniądze na koncesjach sięgających czasów Suharto. A w grupie tej znajduje się wielu generałów.

− Myślisz, że dojdzie do wojny? − Samo tylko wypowiedzenie tego słowa sprawiło, że żołądek Prabira zamienił się w sopel lodu, podobnie jak czynił to na widok pytona znajdującego się tuż przed nim na gałęzi drzewa. Nie tyle z powodu jakiegoś prawdziwego strachu o własne bezpieczeństwo, lecz z czystego przerażenia, wywoływanego wszelkimi niewidocznymi ofiarami śmiertelnymi, wynikającymi z samego faktu istnienia tego zwierzęcia.

− Myślę, że nastąpią zmiany − stwierdził ostrożnie ojciec. − I nie przyjdą łatwo.

Nieoczekiwanie zgarnął Prabira w ramiona, po czym uniósł go nad głowę.

− Och, jaki ty jesteś ciężki! − wyjęczał. − Zaraz mnie chyba zmiażdżysz! − Nie do końca był to żart; Prabir poczuł, jak ramiona ojca drżą z wysiłku. Lecz ten gładko wyszedł z nim z chatki, przykucając, by zmieścili się w wejściu, po czym powoli obrócił się wokół, niosąc śmiejącego się Prabira przez obóz, pod liśćmi palm i budzącymi się właśnie gwiazdami.