„Umierająca Ziemia” – Jack Vance

UMIERAJĄCA ZIEMIA

1.
TURJAN Z ZAMKU MIIR

Turjan siedział w swoim gabinecie, z nogami na taborecie, wygodnie oparty plecami i łokciami o ławę. Po drugiej stronie pomieszczenia znajdowała się klatka i Turjan przyglądał się jej z pełnym smutku rozdrażnieniem. Stworzenie w klatce patrzyło na niego wzrokiem, w którym kłębiły się nieopisane emocje.

Mogło wzbudzać współczucie – wielka głowa na małym, patykowatym korpusie, mętne, kaprawe oczka, anemiczny nos jak guziczek. Miało otwarty, wypełniony śliną pysk, a jego skóra połyskiwała woskowatą różowością. Mimo widocznych wad, był to jak dotąd najdoskonalszy wytwór Turjanowych kadzi.

Turjan wstał i znalazł miskę z papką. Łyżką na długim trzonku podsunął stworzeniu trochę pod pysk. Wargi stwora nie objęły jednak łyżki i maź spłynęła po błyszczącej skórze, skapując na skrzypiącą konstrukcję.

Turjan odstawił miskę, wstał i powoli podszedł do swojego taboretu. Stworzenie nie przyjmowało pokarmu już od tygodnia. Czy pod tym idiotycznym obliczem kryło się jakieś zrozumienie, jakaś wola wymarcia? Turjan patrzył, a białoniebieskie oczy zamknęły się, wielka głowa opadła i uderzyła o podłogę klatki. Kończyny przeszedł krótki dreszcz i było po wszystkim. Nie żyło.

Turjan westchnął i wyszedł z pracowni. Kręconymi schodami wspiął się aż na dach swego zamku, Miir, położonego nad rzeką Derną. Na zachodzie słońce zwieszało się tuż nad starą ziemią; rubinowe słupy promieni, ciężkie i bogate jak wino, świeciły skośnie między sękatymi pniami starożytnego lasu, padając na pokryte torfem poszycie leśne… Słońce zachodziło zgodnie ze starym rytuałem, noc ostatnich dni zapadała nad lasem; miękka, ciepła ciemność nadchodziła szybko, a Turjan stał, rozpamiętując śmierć ostatniego stworzenia.

Rozmyślał też o jego poprzednikach: stworzeniu, które wyglądało, jakby składało się wyłącznie z oczu, pozbawionej kości istocie z odsłoniętą powierzchnią pulsującego mózgu, pięknym osobniku żeńskim z wypadającymi jelitami, zanurzonymi w odżywczej cieczy jak poszukujące pokarmu włókienka, stworzeniach wyglądających jak przenicowane… Turjan westchnął przejmująco. W jego metodach tkwił błąd, brakowało jakiegoś podstawowego elementu w procesie syntezy, matrycy porządkującej komponenty wzorca.

Siedział patrząc w ciemność, aż pamięć podsunęła mu wspomnienie nocy sprzed kilku lat, kiedy to stał przy nim Mędrzec.

– Wieki temu – mówił Mędrzec, wpatrując się w jakąś nisko zawieszoną gwiazdę – czarnoksięstwo znało tysiące czarów, a czarnoksiężnicy zaspokajali wszystkie zachcianki. Dziś, gdy Ziemia umiera, ludzkość zna ich tylko koło setki, a i te poznaliśmy ze starożytnych ksiąg… Istnieje wszakże człowiek imieniem Pandelume, który zna wszystkie czary, wszystkie zaklęcia, sztuczki, runy i cuda, które rządziły przestrzenią i kształtowały ją. – Zamilkł, pogrążony w myślach.

– A gdzie mieszka ten Pandelume? – spytał po chwili Turjan.

– Żyje w krainie Embelyon – odparł Mędrzec. – Ale nikt dziś nie wie, gdzie leży ta kraina.

– Jak więc można go znaleźć?

Mędrzec uśmiechnął się lekko.

– Gdyby to było koniecznie, istniałby czar pozwalający przenosić się w to miejsce.

Milczeli przez chwilę, po czym Mędrzec odezwał się, patrząc na las.

– Pandelume’a można spytać o wszystko, i Pandelume odpowie – pod warunkiem, że pytający wykona zadanie, którego Pandelume zażąda. A nie żąda rzeczy łatwych.

Potem Mędrzec pokazał Turjanowi czar, o którym wspomniał; odkrył go w starożytnej teczce i trzymał w tajemnicy.

Turjan zszedł do swojej pracowni, wspominając tę rozmowę; pracownia była długą, niską salą o kamiennych ścianach i z takąż podłogą wytłumioną grubym rdzawym dywanem. Tomy, w których znajdowały się zaklęcia Turjana, leżały na długim stalowym stole lub były chaotycznie poutykane na półkach. Były to księgi zebrane przez licznych czarnoksiężników z przeszłości, niechlujne wolumeny folio zebrane przez Mędrca, oprawne w skórę księgi opisujące sylaby setek potężnych czarów, tak skutecznych, że mózg Turjana mógł spamiętać tylko cztery naraz.

Turjan odnalazł pachnącą stęchlizną teczkę i zaczął przewracać ciężkie karty, aż znalazł czar, który pokazał mu Mędrzec: Wezwanie Gwałtownej Chmury. Patrzył na znaki, które aż emanowały niezwykłą siłą; wyglądały, jakby sterczały z kart, jakby chciały uciec z mrocznego odosobnienia, w którym tkwiły.

Turjan zamknął książkę, odsyłając czar w zapomnienie. Włożył krótką, błękitną pelerynę, zatknął za pas ostrze, założył na nadgarstek amulet z runą Laccodela. Potem usiadł i wybrał z księgi czary, które chciał zabrać ze sobą. Nie wiedział, jakie czyhają na niego niebezpieczeństwa, wybrał więc trzy czary ogólnego stosowania: Doskonały Rozpylacz Pryzmatyczny, Płaszcz Maskujący Fandala i Czar Powolnej Godziny.

Wspiął się na gzyms swego zamku i stał, w świetle dalekich gwiazd, wdychając powietrze odwiecznej Ziemi. Ile razy ktoś przed nim wciągał już w płuca to powietrze? W ilu krzykach bólu to powietrze wydychano, w ilu westchnieniach, śmiechach, okrzykach wojennych, krzykach radości, ile razy wciągano je w gwałtownym wdechu…?

Noc dobiegała końca. Przez las przebijało się błękitne światło. Turjan przyglądał mu się przez chwilę, po czym przyjął odpowiednią postawę i wykrzyczał Wezwanie Gwałtownej Chmury.

Wszystko wokół ucichło, po czym rozległ się szept, który stopniowo rósł w wycie potężnego wiatru. Pojawiło się pasmo bieli, które przekształciło się w słup kłębiącego się czarnego dymu. Z wiru dobiegł go potężny, szorstki głos.

– Na twe żądanie przybył ten instrument, dokąd pragniesz się udać?

– Cztery kierunki, potem jeden – odparł Turjan. – Pragnę zostać przeniesiony żywym do Embelyonu.

Chmura zawirowała i pochwyciła go, cisnęła do góry nogami na jakaś nieokreśloną odległość.

Ciskało nim w czterech kierunkach, potem w jednym, aż wreszcie potężny podmuch wyrzucił z chmury i cisnął bezwładnie do Embelyonu.

Turjan wstał, przez chwilę chwiejąc się niepewnie na nogach, półprzytomny. Zmysły powróciły i rozejrzał się dookoła.

Stał na brzegu stawu z przezroczystą wodą. Pod nogami miał błękitne kwiaty, a za plecami zagajnik wysokich, błękitno-zielonych drzew, których listowie na pewnej wysokości ginęło we mgle. Czy Embelyon leżał na Ziemi? Drzewa przypominały ziemskie, kwiaty wyglądały znajomo, powietrze miało taką samą konsystencję. W miejscu tym było jednak coś dziwnego; coś trudnego do uchwycenia. Być może przyczyną było dziwaczne zamglenie horyzontu, może jakaś cecha powietrza, świetlistego i mętnego jak woda. Najdziwniejsze jednak było niebo; plątanina wielkich zmarszczek i innych, przecinających je, załamujących się w tysiące snopów barwnego światła, promieni, które w powietrzu tworzyły niesamowite koronki, tęczowe sieci, w barwach wszystkich klejnotów. Turjan patrzył, a nad nim płynęły promienie barwy bordowej, topazu, bogatego fioletu, świetlistej zieleni. Dostrzegł, że kolory kwiatów i drzew były tylko chwilową funkcją barw nieba, gdyż teraz kwiaty miały barwę łososiową, a drzewa – sennego fioletu. Kwiaty ściemniały, przybierając odcień miedzi, potem oblały się fioletem, ociepliły barwami od kasztanowej do szkarłatnej, a drzewa nabrały barwy morskiego błękitu.

– Kraina-Nikt-Nie-Wie-Gdzie – mruknął do siebie Turjan. – Czy rzuciło mnie wysoko, czy nisko, czy w przedczasy, czy w czasy po istnieniu naszego świata?

Spojrzał w stronę horyzontu i wydało mu się, że widzi czarną zasłonę unoszącą się w mroku, otaczającą okolicę ze wszystkich stron.

Usłyszał zbliżający się tętent; odwrócił się i zobaczył czarnego konia wyciągającego głowę w stronę stawu. Konia dosiadała młoda kobieta o potarganych czarnych włosach. Miała na sobie luźne białe bryczesy do kolan i żółtą pelerynę, powiewającą na wietrze. W jednej ręce trzymała wodze, w drugiej dzierżyła miecz.

Turjan ostrożnie odsunął się na bok; na jej pobladłej twarzy malowało się coś na kształt gniewu, a w oczach paliła się gorączka. Kobieta ściągnęła wodze, odwróciła konia w miejscu, ruszyła w stronę Turjana, mierząc w niego mieczem.

Turjan odskoczył i wyciągnął nóż. Skoczyła na niego, odparował cios, pochylił się i drasnął ją w ramię. Pociekła kropla krwi. Wycofała się, zaskoczona, wspięła w strzemionach, sięgnęła po łuk i nałożyła strzałę na cięciwę. Turjan skoczył ku niej, uchylił się przed gwałtownym ciosem jej miecza, chwycił ją w pasie i zrzucił z konia.

Walczyła z szalonym zacięciem. Nie chciał jej zabić, więc walczył bez większego zaangażowania. W końcu unieruchomił ją, wykręcając jej ręce za plecami.

– Spokój, suko! – krzyknął. – Bo stracę cierpliwość i ogłuszę cię.

– Rób, co chcesz – wydyszała dziewczyna. – Życie i śmierć to bracia.

– Czemuż usiłowałaś mnie zabić? – spytał. – Nie atakowałem cię przecież.

– Jesteś złem, jak całe istnienie. – Emocje sprawiły, że delikatnie mięśnie na jej szyi zadrżały. – Gdybym miała moc, zmiażdżyłabym cały wszechświat na krwawą miazgę i wdeptała go w gnój.

Zaskoczony Turjan rozluźnił ucisk i prawie udało jej się wydostać, ale pochwycił ją w porę.

– Powiedz mi, gdzie znajdę Pandelume’a?

Dziewczyna zamarła, jakby z wyczerpania, odwróciła głowę i spojrzała na Turjana.

– Szukaj w całym Embeloynie. Ja ci nie pomogę.

Gdyby nie była tak wrogo nastawiona, pomyślał, byłaby naprawdę piękna.

– Powiedz, gdzie mogę znaleźć Pandelume’a – powtórzył – bo w przeciwnym razie znajdę dla ciebie inne zastosowanie.

Przez chwilę milczała, a w jej oczach płonęło szaleństwo, po czym odezwała się dźwięcznym głosem.

– Pandelume mieszka przy strumieniu, kilka kroków stąd.

Turjan puścił ją, odbierając jej miecz i łuk.

– Jeśli oddam ci broń, odejdziesz w swoją stronę w pokoju?

Obrzuciła go niechętnym spojrzeniem, bez słowa wskoczyła na konia i odjechała w stronę drzew.

Turjan patrzył, jak znika pośród snopów światła w barwach klejnotów, po czym ruszył we wskazanym przez kobietę kierunku. Po chwili zbliżył się do długiego, niskiego dworzyszcza z czerwonego kamienia, stojacego pod ścianą ciemnych drzew. Turjan zatrzymał się w pół kroku.

– Wejdź! – usłyszał. – Wejdź, Turjanie z Miir!

Turjan ze zdumieniem wkroczył więc do dworu Pandelume’a. Znalazł się w ozdobionej gobelinami izbie; nie było tam żadnych mebli poza jedną kanapą. Nikt nie wyszedł mu na powitanie. W przeciwległej ścianie były drzwi i Turjan podszedł do nich, przypuszczając, że tak powinien postąpić.

– Stój, Turjanie – przemówił znów głos. – Nikomu nie wolno spojrzeć na Pandelume’a. Takie jest prawo.

Turjan zatrzymał się na środku pomieszczenia i przemówił do niewidzialnego gospodarza.

– Przybyłem z misją, Pandelume – rzekł. – Od jakiegoś czasu usiłuję hodować w kadziach istoty ludzkie. Nie udało mi się dotąd, bo nie znam czynników, które wiążą i porządkują wzorce. Musisz znać macierz główną, więc przybyłem prosić cię o radę.

– Z chęcią ci pomogę – odparł Pandelume. – Wiąże się z tym jednak pewien aspekt. Wszechświatem rządzą symetria i równowaga i ten stan zrównoważenia objawia się w każdym aspekcie istnienia. Musimy zatem zachować równowagę w ramach naszej transakcji, pomogę ci więc, jeśli odwzajemnisz mi się przysługą o takiej samej wartości. Kiedy ukończysz to niewielkie zadanie, udzielę ci informacji, byś mógł postąpić tak, by uzyskać całkowitą satysfakcję.

– Jakaż miałaby to być przysługa? – dopytywał się Turjan.

– W krainie Ascolais, niedaleko zamku Miir, mieszka pewien człowiek. Nosi on na szyi amulet wyrzeźbiony z błękitnego kamienia. Odbierz mu ten amulet i przynieś go mnie.

Turjan zastanowił się przez chwilę.

– Doskonale – odparł w końcu. – Zrobię, jak każesz. Kim jest ten człowiek?

Pandelume odpowiedział cicho.

– Książę Kandyw Złoty.

– Ach – rzekł Turjan – nie zadałeś sobie choć odrobiny trudu, by ułatwić mi zadanie. Ale wykonam je najlepiej, jak umiem.

– Wspaniale – rzekł Pandelume. – A teraz udzielę ci kilku wskazówek. Kandyw nosi amulet ukryty pod koszulą. Kiedy w pobliżu pojawia się wróg, amulet staje się widoczny na jego piersi; taka jest potęga tego czaru. Bez względu na wszystko, nie patrz na amulet, ani zanim go zabierzesz, ani później, pod groźbą straszliwych konsekwencji.

– Rozumiem – odparł Turjan. – Postąpię zgodnie z tą sugestią. A teraz chciałbym zadać pytanie; pod warunkiem, że uzyskanie odpowiedzi nie zobowiąże mnie do ściągnięcia z powrotem do Ziemi Księżyca albo odzyskania eliksiru, który niechcący rozlałeś na morzu.

Pandelume zaśmiał się głośno.

– Pytaj – rzekł – a ja odpowiem.

Turjan sformułował pytanie.

– Gdy zbliżałem się do twego domostwa, jakaś szalona kobieta usiłowała mnie zabić. Obroniłem się, więc odjechała rozwścieczona. Kim ona jest i dlaczego tak się zachowuje?

W głosie Pandelume’a pojawiło się rozbawienie.

– Ja także mam tu kadzie, w których nadaję kształt różnym formom życia. Stworzyłem tę dziewczynę, T’sais, lecz nie dopilnowałem całego procesu i doszło do błędu podczas syntezy. Wyszła więc z kadzi ze skrzywieniem w mózgu, z powodu którego to, co my uznajemy za piękne, jej wydaje się odrażające i brzydkie, a to, co my uważamy za brzydkie, jest dla niej niewyobrażalnie odrażające, w stopniu, którego pojąć nie sposób. Uważa świat za miejsce pełne goryczy, a ludzi traktuje z najwyższą wrogością.

– A więc tak brzmi odpowiedź – mruknął Turjan. – Godna pożałowania nieszczęśnica!

– A teraz – oznajmił Pandelume – powinieneś już ruszać w drogę do Kaiin, los ci sprzyja. Za chwilę otworzysz te drzwi; wejdź tam i stań na wzorze runicznym na posadzce.

Turjan wykonał polecenie. Sąsiednie pomieszczenie było okrągłe, zwieńczone wysoką kopułą, a przed świetliki sączyło się zmienne światło Embelyonu. Stanął na wzorze z runów, a Pandelume znów przemówił.

– A teraz zamknij oczy, gdyż muszę wejść i dotknąć cię. Zważ, że nie wolno ci rzucić nawet jednego spojrzenia.

Turjan zamknął oczy. Usłyszał dźwięk kroków z tyłu.

– Wyciągnij dłoń – powiedział głos.

Turjan wykonał polecenie i poczuł w dłoni ciężki przedmiot.

– Gdy twa misja się zakończy, zmiażdż ten kryształ, a znajdziesz się w tym pomieszczeniu.

Chłodna dłoń dotknęła jego ramienia.

– Za chwilę zaśniesz – rzekł Pandelume. – A obudzisz się już w mieście Kaiin.

Ręka znikła. Dookoła był tylko półmrok. Turjan stał i czekał na skok. Powietrze nagle wypełniło się dźwiękami: stukanie, brzęczenie wielu małych dzwoneczków, muzyka, głosy. Turjan zmarszczył czoło, ściągnął usta. Co za dziwne dźwięki w surowym wnętrzu domostwa Pandelume’a!

W pobliżu rozległ się głos kobiety.

– Spójrz, Santanilu, zobacz człowieka-sowę, który zamyka oczy ku swej uciesze!

Mężczyzna roześmiał się i nagle umilkł.

– Chodź. Ten człowiek jest osamotniony i może zachowywać się agresywnie. Chodź.

Turjan zawahał się i otworzył oczy. W Kaiin, mieście białych murów, panowała noc i trwało jakieś święto. W powietrzu unosiły się pomarańczowe latarnie, kołysane podmuchami wiatru. Z balkonów zwieszały się girlandy kwiatów i klatki z błękitnymi robaczkami świętojańskimi. Ulicami płynęły pijane winem tłumy, odziane w przedziwne kostiumy. Oto żeglarz z Melantyny, tu wojownik Zielonego Legionu Waldarana, tam znów ktoś ze starożytnych czasów, z zabytkowym hełmem na głowie. W niewielkim prześwicie obwieszona girlandami kurtyzana z Przybrzeża Kaczyków tańczyła do dźwięków fletu taniec czternastu jedwabnych ruchów. W cieniu balkonu barbarzyńska dziewczyna ze Wschodniej Almerii obejmowała mężczyznę o uczernionej skórze, przebranego w skórzaną uprząż deodanda z lasu. Jakże rozradowani w gorączkowej uciesze byli ci ludzie z umierającej Ziemi; jakże blisko była nieskończona noc, kiedy czerwone Słońce wreszcie zamruga i poczernieje.

Turjan wmieszał się w tłum. W tawernie zamówił herbatniki i popił je winem, po czym ruszył w stronę pałacu Kandywa Złotego.

Pałac wyłonił się przed nim nagle; ze wszystkich okien sączyło się światło. Władcy miasta oddawali się hulankom i ucztowaniu. Jeśli Książę Kandyw jest pijany i nieostrożny, rozmyślał Turjan, zadanie nie powinno być zbyt trudne. Wkraczając otwarcie mógł jednak zostać rozpoznany, gdyż znało go wielu mieszkańców Kaiin. Wyrecytował więc Płaszcz Maskujący Fandala i znikł z oczu zebranym.

Przemknął pod arkadą i wkroczył do wielkiego salonu, gdzie władcy Kaiin radowali się tak samo, jak tłumy na ulicach. Turjan stąpał po tęczowym jedwabiu, aksamicie, satynie, obserwując z rozbawieniem zabawę. Na tarasie kilka osób przyglądało się zalanemu wodą zagłębieniu, w którym przechadzała się, rzucając spojrzenia, para schwytanych deodandów, o skórze jak oleisty strumień; inni ciskali rzutkami do rozciągniętego młodej wiedźmy z Gór Kobaltowych. W alkowach ukwiecone dziewczęta oferowały syntetyczną miłość staruszkom o świszczącym oddechu, gdzie indziej goście leżeli ogłupieni proszkiem snów. Turjan nie widział nigdzie księcia Kandywa. Wędrował po pałacu, komnata po komnacie, aż w ostatniej sali na górze natknął się na złotobrodego księcia, rozwalonego na kanapie z dziewczyną w masce, która miała zielone oczy i włosy ufarbowane na odcień bladej zieleni.

Intuicja czy może jakiś czar ostrzegł Kandywa, gdy Turjan prześliznął się przez fioletowe kotary. Książę podskoczył na równe nogi.

– Odejdź! – nakazał dziewczynie. – Idź stąd, szybko! Psota nadciąga gdzieś blisko i muszę zetrzeć ją w proch magią!

Dziewczyna wybiegła z komnaty w pośpiechu. Ręka Kandywa sięgnęła do szyi; wyjął ukryty amulet. Turjan osłonił oczy dłonią.

Kandyw wypowiedział potężne zaklęcie, które pozbawiło przestrzeń wszelkich zniekształceń. Czar Turjana przestał więc działać i Turjan stał się znów widoczny.

– Turjan z Miir podkrada się w moim pałacu! – warknął Kandyw.

– Ze śmiercią czekającą na ustach – odparł Turjan. – Odwróć się, Kandywie, bo wymówię zaklęcie i przebiję cię mieczem.

Kandyw wykonał ruch, jakby miał wykonać polecenie, zamiast tego jednak wykrzyczał sylaby budujące wokół niego Wszechpotężną Kulę.

– A teraz wezwę straże, Turjanie – ogłosił Kandyw wzgardliwie – i zostaniesz rzucony deodandom w zbiorniku.

Kandyw nie wiedział, że na rzeźbionej bransolecie, jaką Turjan nosił na nadgarstku, znajduje się najpotężniejsza runa, znosząca działanie wszelkiej magii. Nadal osłaniając wzrok przed amuletem, Turjan przekroczył Kulę. Kandyw wytrzeszczył wielkie, błękitne oczy.

– Wezwij straże – mruknął Turjan. – Znajdą twoje ciało podziurawione liniami ognia.

– Twoje ciało, Turjanie! – wrzasnął książę, bełkocząc zaklęcie. Rozjarzone druty Doskonałego Rozpylacza Pryzmatycznego wyprysły z Turjana we wszystkich kierunkach. Kandyw przyglądał się szaleńczemu deszczowi ognia z drapieżnym uśmieszkiem, lecz wyraz jego twarzy szybko zmienił się w konsternację. O szerokość palca od skóry Turjana ogniste strzałki zamieniały się w szare obłoczki dymu.

– Odwróć się, Kandywie – powtórzył Turjan. – Twoja magia jest bezużyteczna w obliczu runy Laccodela.

Kandyw zrobił jednak krok w kierunku dźwigni na ścianie.

– Stój! – krzyknął Turjan. – Jeden krok i Spraj rozszczepi cię na tysiąc kawałków!

Kandyw zatrzymał się nagle w bezsilnej wściekłości i Turjan wykonał szybki krok do przodu, sięgnął do szyi Kandywa, chwycił amulet i zdjął go szarpnięciem. Amulet skrył mu się w dłoni, lecz przez sekundę między palcami pojawiło się lśnienie błękitu. Turjan poczuł straszliwy mętlik w głowie, jakby usłyszał pomruk namiętnych głosów. Po chwili wzrok mu się wyostrzył. Odsunął się od Kandywa i schował amulet do sakiewki.

– Czy teraz mogę się bezpiecznie odwrócić? – spytał Kandyw.

– Kiedy tylko zapragniesz – odparł Turjan ściskając sakiewkę. Kandyw dostrzegł, że Turjan jest zajęty, niedbałym krokiem podszedł do ściany i położył rękę na dźwigni.

– Turjanie – oznajmił – jesteś zgubiony. Zanim wymówisz choć sylabę, otworzę zapadnię w podłodze i zaczniesz spadać z wysoka, w ciemności. Czy twoje czary cię przed tym ochronią?

Turjan zatrzymał się w pół ruchu i utkwił wzrok w czerwono-złotej twarzy Kandywa, po czym nieśmiało spuścił wzrok.

– Ach, Kandywie – jęknął – przechytrzyłeś mnie. Czy będę mógł odejść wolno, jeśli oddam ci amulet?

– Rzuć mi go pod nogi – odparł tryumfalnie Kandyw. – Razem z runą Laccodela. Wtedy zdecyduję, czy okazać ci łaskę.

– Runę też? – spytał Turjan tonem pełnym nut żałości.

– W przeciwnym razie już po to tobie.

Turjan sięgnął do sakiewki i chwycił kryształ, który otrzymał od Pandelume’a. Wysunął go i przycisnął do głowicy miecza.

– Ha, Kandywie – rzekł – rozgryzłem twoją sztuczkę. Po prostu chcesz mnie wystraszyć tak, bym się poddał. Oprę się temu!

Kandyw wzruszył ramionami.

– W takim razie giń.

Nacisnął dźwignię. Podłoga rozwarła się i Turjan zniknął w czeluści. Gdy jednak Kandyw popędził w dół, by obejrzeć jego ciało, nie znalazł nic i spędził resztę nocy w kiepskim nastroju, topiąc złość w winie.

Turjan znalazł się ponownie w okrągłym pomieszczeniu dworzyszcza Pandelume’a. Wielobarwne światło Embelyonu sączyło się przez świetliki nad jego ramieniem – szafirowy błękit, nagietkowa żółć, krwista czerwień. W domu panowała cisza. Turjan odsunął się od runy na posadzce i spojrzał z niepokojem w stronę drzwi w obawie, że Pandelume, nieświadom jego obecności, wejdzie do pomieszczenia.

– Pandelume! – krzyknął. – Wróciłem!

Nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Dworzyszcze spowijała cisza. Turjan żałował, że nie znajduje się na otwartym powietrzu, gdzie zapach magii byłby mniej intensywny. Spojrzał na drzwi; jedne prowadziły do sieni, drugie niewiadomo dokąd. Drzwi po prawej musiały prowadzić na zewnątrz, więc położył dłoń na klamce, by je otworzyć. Zawahał się. A jeśli się myli i w ten sposób zobaczy, jaki kształt przybrał Pandelume? Może rozsądniej byłoby poczekać?

Przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Stanął plecami do drzwi i otworzył je.

– Pandelume! – zawołał.

– Gdzieś z tyłu do jego uszu dobiegł cichy, przerywany dźwięk, jakby wytężony oddech. W nagłej panice Turjan cofnął się do okrągłego pomieszczenia i zamknął drzwi.

Uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie wykazanie się cierpliwością, i usiadł na podłodze.

Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegł stłumiony okrzyk. Turjan zerwał się na równe nogi.

– Turjanie? Jesteś tam?

– Tak, przyniosłem amulet.

– A teraz zrób szybko, co mówię – wysapał głos. – Nie patrząc, zawieś amulet na szyi i wejdź.

Turjan, zachęcony naglącym tonem, zamknął oczy i zawiesił sobie amulet na piersi. Sięgnął do drzwi i otworzył je.

Na sekundę zapanowała cisza o niepokojącej intensywności, a potem rozległ się przerażający pisk, tak dziki i demoniczny, że Turjan odniósł wrażenie, jakby jego mózg zaskowytał. Powietrze rozdzierały potężne skrzydła, rozlegało się syczenie i zgrzyt metalu. Pośrodku stłumionego wycia w twarz Turjana uderzył lodowaty wiatr i nagle wszystko ucichło.

– Jestem ci ogromnie wdzięczny – rzekł spokojnie. – Kilka razy znalazłem się już w podobnych tarapatach, a bez twojej pomocy nie odparłbym tej piekielnej istoty.

Czyjaś dłoń zdjęła amulet z szyi Turjana. Po chwili ciszy z daleka dobiegł go głos Pandelume’a.

– Możesz otworzyć oczy.

Turjan wykonał polecenie. Znajdował się w pracowni Pandelume’a; znajdowały się tam, między innymi, kadzie podobne do tych, których sam używał.

– Nie będę ci dziękował – mówił dalej Pandelume. – Jednak aby zachować równowagę, zaoferuję ci przysługę za przysługę. Nie tylko poprowadzę twoje dłonie, gdy będziesz pracować przy kadziach, lecz także nauczę cię innych cennych rzeczy.

I w ten sposób Turjan został czeladnikiem Pandelume’a. Całymi dniami i w opalizującym świetle nocy Embelyonu pracował pod zdalnym nadzorem Pandelume’a. Opanował tajemnicę przywróconej młodości, wiele czarów, jakich używali starożytni, oraz dziwną abstrakcyjną tradycję, którą Pandelume’a nazywał „matematyką”.

– W tej koncepcji kryje się cały wszechświat – wyjaśnił Pandelume. – Sama w sobie jest bierna i nie ma związku z czarami, lecz objaśnia każdy problem, każdą fazę istnienia, wszystkie sekrety czasu i przestrzeni. Twoje czary i runy opierają się na tej mocy i zostały skodyfikowane w oparciu o ogromną ukrytą mozaikę magii. Nie jesteśmy w stanie zgłębić struktury tej mozaiki, nasza wiedza ma charakter dydaktyczny, empiryczny, arbitralny. Fandal ujrzał przez chwilę ten wzorzec i udało mu się sformułować wiele czarów, które noszą jego imię. Przez wieki usiłowałem przeniknąć przez tę zamgloną szybę, lecz moje badania spełzły na niczym. Ten, kto odkryje wzorzec, pozna całą magię i stanie się niewyobrażalnie potężnym człowiekiem.

Turjan poświęcił się więc badaniom i opanował kilka prostszych procedur.

– Jest w tym jakieś niezwykłe piękno – wyznał Pandelume’owi. – To nie jest nauka, to jakaś sztuka, w której równania rozpadają się na składniki jak harmonijne akordy, i zawsze dominuje symetria, prosta lub złożona, lecz zawsze z krystalicznym spokojem.

Mimo innych zajęć, Turjan spędzał większość czasu przy kadziach i korzystając ze wskazówek Pandelume’a osiągnął mistrzostwo, do którego tak dążył. Dla rozrywki stworzył dziewczynę o egzotycznym wyglądzie, której nadał imię Floriel. Zapadł mu w pamięć kolor włosów dziewczyny, którą nakrył tej świątecznej nocy z Kandywem i nadał temu stworzeniu bladozielone włosy. Miała lekko opaloną skórę i szafirowe oczy. Turjan oniemiał z zachwytu, gdy wynurzyła się z kadzi, mokra i doskonała. Uczyła się szybko i błyskawicznie opanowała sztukę rozmowy z Turjanem. Była marzycielskiej i nostalgicznej natury, nie przejmowała się niczym, lecz wędrowała pośród kwiatów na łące lub siedziała w milczeniu nad strumieniem; była jednak miłą istotą, a jej łagodny charakter bawił Turjana.

Pewnego dnia jednak pojawiła się na swym koniu czarnowłosa T’sais, z oczami jak stal, ścinając kwiaty mieczem. Niewinna Floriel podeszła do niej, a wtedy T’sais krzyknęła:

– Zielonooka kobieto! Wszystkie twe cechy przerażają mnie, to dla ciebie śmierć!

Po czym ścięła ją jak kwiat, który stanął jej na drodze.

Słysząc tętent podków, Turjan wyszedł z pracowni, akurat, by ujrzeć cios. Zbladł z wściekłości, a na ustach zawisła mu klątwa straszliwej udręki. T’sais spojrzała na niego i przeklęła go, a na bladej twarzy w czarnych oczach dostrzegł jej własną udrękę i ducha, który sprawiał, że przeciwstawiała się losowi i trzymała się kurczowo życia. Starło się w nim wiele emocji, lecz w końcu pozwolił T’sais odjechać. Pogrzebał Floriel na brzegu rzeki i próbował o niej zapomnieć, pogrążając się w intensywnych badaniach.

Kilka dni później uniósł głowę znad swojej pracy.

– Pandelume! Czy jesteś w pobliżu?

– Czego sobie życzysz, Turjanie?

– Wspominałeś, że kiedy tworzyłeś T’sais, doszło do skrzywienia w jej mózgu. Teraz chciałbym stworzyć podobną do niej, równie energiczną, ale zdrową na duszy i umyśle.

– Skoro tego chcesz – odparł Pandelume obojętnym tonem i przekazał mu wzorzec.

Turjan zaczął więc budować siostrę T’sais i dzień po dniu patrzył, jak rośnie jej smukłe ciało i kształtują się dumne rysy.

Stała przed nim naga i mokra, bliźniaczka T’sais; jednak na twarzy T’sais malowała się nienawiść, a tu widać było spokój i radość; w oczach T’sais płonęła furia, a tu lśniły gwiazdy wyobraźni.

Turjan stał w zachwycie nad doskonałością swego stworzenia.

– Będziesz nosić imię T’sain – oznajmił – i już wiem, że będziesz częścią mojego życia.

Porzucił wszystkie inna zajęcia, by uczyć T’sain, a ona wchłaniała wiedzę w zdumiewającym tempie.

– Wkrótce wrócimy na Ziemię – powiedział jej. – Do mojego domu przy wielkiej rzece, w zielonej krainie Ascolais.

– Czy niebo na Ziemi także wypełniają kolory? – spytała.

– Nie – odparł. – Niebo na Ziemi ma kolor niezgłębionego ciemnego błękitu, i płynie po nim odwieczne czerwone słońce. Kiedy zapada noc, gwiazdy układają się we wzory, których cię nauczę. Embelyon jest piękny, ale Ziemia jest rozległa, a jej horyzont rozciąga się we wszystkich kierunkach ku tajemnicy. Gdy tylko Pandelume nam pozwoli, wrócimy na Ziemię.

T’sain uwielbiała pływać w rzece, a Turjan czasem przychodził, by ją ochlapać i puszczać po tafli wody kamienie, pogrążony w marzeniach. Ostrzegał ją przed T’sais, a ona obiecała, że będzie ostrożna.

Pewnego dnia, gdy Turjan był zajęty przygotowaniami do drogi, powędrowała daleko na łąki, myśląc tylko o grze kolorów na niebie, o majestacie wysokich drzew, o kwiatach, zmieniających się pod jej stopami; patrzyła na świat jak na cud, w sposób dany jedynie tym, którzy dopiero wyszli z kadzi. Pokonała kilka niskich wzgórz i weszła w ciemny las, gdzie dotarła do potoku z chłodną wodą. Napiła się dla ochłody i powędrowała wzdłuż brzegu, aż dotarła do niewielkiego domostwa.

Drzwi były otwarte, T’sain zajrzała więc, ciekawa, kto może tam mieszkać. Dom był jednak pusty; w środku było tylko schludne legowisko z trawy, stół, na którym stał kosz orzechów i półka z paroma przedmiotami z drewna i cyny.

T’sain odwróciła się, zamierzając udać się w dalszą drogę, i wtedy usłyszała złowieszczy tętent kopyt, zbliżający się szybko jak przeznaczenie. Czarny koń pojawił się za nią i zatrzymał. T’sain cofnęła się w stronę drzwi, przypominając sobie o ostrzeżeniach Turjana. T’sais zsiadła już z konia i ruszyła w jej stronę z mieczem w dłoni. Uniosła go, by zadać cios, ich oczy spotkały się i T’sais zamarła w zdumieniu.

Co za ekscytujący dla umysłu widok; pięknie bliźniaczki w identycznych bryczesach do pasa, o takich samych intensywnych oczach i rozwichrzonych włosach; identyczne smukłe, blade ciała, na obliczu jednej z nich nienawiść do każdego atomu we wszechświecie; na twarzy drugiej – radosna beztroska

T’sais udało się odzyskać mowę.

– Co to znaczy, wiedźmo? Wyglądasz jak ja, lecz wcale nie jesteś mną. Czyżby łaska szaleństwa przyćmiła mi widok świata?

T’sain potrząsnęła głową.

– Jestem T’sain. A ty jesteś moją bliźniaczką, T’sais, moją siostrą. I dlatego muszę cię kochać, a ty musisz kochać mnie.

– Kochać? Niczego nie kocham! Zabiję cię, a świat stanie się lepszy, gdy zabraknie na nim jednej złej istoty.

Uniosła znów miecz.

– Nie! – krzyknęła T’sain z bólem. – Dlaczego chcesz mnie skrzywdzić? Nic złego ci nie zrobiłam!

– Czynisz zło tylko dlatego, że istniejesz i obrażasz mnie, naśladując me szkaradne kształty.

T’sain zaśmiała się.

– Szkaradne? Nie. Jestem piękna. Turjan tak mówi. Zatem ty też jesteś piękna.

Twarz T’sais wyglądała jak marmur.

– Stroisz sobie ze mnie żarty.

– Nic podobnego. Naprawdę jesteś piękna.

T’sais opuściła miecz do ziemi. Na jej twarz pojawił się wyraz zamyślenia.

– Piękno? Co to jest piękno? Czyżbym była ślepa, czyżby jakiś demon zakłócał me widzenie? Powiedz mi, jak wygląda piękno?

– Nie wiem – odparła T’sain. – Dla mnie to coś bardzo zwyczajnego. Czyż gra kolorów na niebie nie jest piękna?

T’sais uniosła wzrok ze zdumieniem.

– Ta jaskrawa poświata? Jest albo ponura, albo przerażająca, w każdym razie wstrętna.

– Zobacz, jak delikatne są kwiaty, kruche i urokliwe.

– To pasożyty i obrzydliwie cuchną.

T’sain była zaskoczona.

– Nie wiem, jak ci wyjaśnić piękno. Chyba nic nie sprawia ci radości. Czy nigdy nie odczuwasz zadowolenia?

– Tylko zabijając i niszcząc. W takim razie to musi być piękne.

T’sain zmarszczyła brwi.

– Powiedziałabym, że to są rzeczy złe.

– Naprawdę w to wierzysz?

– Jestem tego pewna.

T’sais zastanowiła się.

– Skąd mam wiedzieć, jak mam postępować? Byłam pewna swego, a teraz ty mówisz mi, że moje uczynki są złe.

T’sain wzruszyła ramionami.

– Żyję od niedawna i nie jestem mądra. Ale wiem, że każdy ma prawo do życia. Turjan by ci to łatwo wyjaśnił.

– Kto to jest Turjan? – spytała T’sais.

– Jest bardzo dobrym człowiekiem – odparła T’sain – i ogromnie go kocham. Niedługo wrócimy na Ziemię, gdzie niebo jest nieprzebrane, głębokie i granatowe.

– Ziemia… Gdybym udała się na Ziemię, czy znalazłabym tam piękno i miłość?

– Niewykluczone, masz mózg zdolny do pojmowania piękna, a piękno takie jak twoje przyciągnie miłość.

– W takim razie nie będę już zabijać, choć wokół tyle nikczemności. Poproszę Pandelume’a, by wysłał mnie na Ziemię.

T’sain podeszła, otoczyła T’sais ramionami i ucałowała ją.

– Jesteś moją siostrą i kocham cię.

Twarz T’sais zastygła. Szarp, dźgaj, gryź, podpowiadał jej mózg, ale gdzieś ze strumienia jej krwi płynął głębszy prąd, z każdej komórki jej ciała, przepełniając ją nagłą falą przyjemności. Uśmiechnęła się.

– W takim razie… kocham cię, moja siostro. Nie będę już zabijać i znajdę, poznam piękno na Ziemi lub zginę.

T’sais wspięła się na konia i ruszyła na Ziemię, szukając miłości i piękna.

T’sain stała w drzwiach, patrząc, jak jej siostra znika w barwnym powietrzu. Za nią rozległ się krzyk. To nadciągał Turjan.

– T’sain! Czy ta szalona wiedźma skrzywdziła cię? – Nie czekał nawet na odpowiedź. – Dość tego! Zabiję ją czarem i nie będzie już czuła bólu.

Odwrócił się, by wypowiedzieć straszliwe zaklęcie ognia, lecz T’sain położyła mu dłoń na ustach.

– Nie, Turjanie, nie wolno ci tego zrobić. Przyrzekła, że nie będzie już zabijać. Udaje się na Ziemię, szukać tego, czego nie może znaleźć w Embelyonie.

I razem patrzyli, jak T’sais znika na tle wielobarwnej łąki.

– Turjanie? – odezwała się T’sain.

– Czego sobie życzysz?

– Czy kiedy znajdziemy się na Ziemi dasz mi czarnego konia, podobnego do tego, na jakim jeździ T’sais?

– Oczywiście – odparł Turjan i śmiejąc się ruszyli w stronę domostwa Pandelume’a.