„W odbiciu” – Jakub Małecki

1

Nie potrafię mówić o Pielgrzymie.

Umiem o nim myśleć.

Prawdziwego Pielgrzyma widzę już tylko w głowie. Ten, o którym usiłuję mówić, natychmiast wymyka mi się i zmienia w inne osoby. W pijaka. W ojca. W męża. W czyjegoś syna, przyjaciela, kochanka. W dobrze zbudowanego, wytatuowanego trzydziestolatka z zakolami. I zaraz potem w chudego włóczęgę o spiczastym nosie.

Mnożąc kolejne jego wizerunki, niewyraźne i ułomne, jeszcze bardziej się od niego oddalam, jakbym podchodził z obiektywem aparatu zbyt blisko i nie widział już nic, prócz rozmytego fragmentu jego skóry lub ubrania.

Chcę ująć w słowa prawdziwego Pielgrzyma z mojej głowy, ale ten drwi ze mnie, staje przed lustrem utkanym z moich kolejnych nieudolnych zdań, a w odbiciu pojawia się nie jedna postać, lecz wiele. Żadna z nich nie jest Pielgrzymem.

Mówią, że każda historia ma wiele odbić, ale życiorys Pielgrzyma przypomina lej: wszystkie możliwe warianty zbiegają się ku jedynemu finałowi. Mógłby szamotać się i szarpać z własnym życiem, mógłby wyginać je ku rzeczom wzniosłym lub całkiem błahym, krzesać z siebie bezinteresowne dobro lub zupełną podłość, a i tak nic by tym nie zmienił.

Miał kiedyś żonę i córkę, pracę i pieniądze – na tyle mało, by nie podróżować i na tyle dużo, by uniknąć wstydu pożyczania przed pierwszym, miał dni wypełnione chrzęstem przelewanej w betoniarce masy i noce, kiedy zmęczonymi ramionami obejmował ciepłe ciało kobiety, miał zimy szare jak urabiany przez niego beton, te zimy, podczas których tygodniami nie widywał słońca, i miał lata, spędzane na dachach zalewanych żarem, miał poranki pachnące kawą, czarne, znienawidzone poranki i wieczory, odbijające się na twarzy lśniącą poświatą telewizora, miał wszystko i nic nie miał. Potrzebował więcej.

Potrzebował wieczornego piwa, jednego, a potem dwóch – po pracy i tuż przed snem, potrzebował sobotniej wódki, ze znajomymi, a później bez znajomych, potrzebował setki wypijanej w ukryciu na przystanku i kolejnej, szybkiej, uspokajającej setki zamiast codziennych kanapek z tyrolską, potrzebował zapomnienia, chwilowej czerni w głowie, by nie myśleć i nie czuć, wreszcie zapragnął czerni zupełnej.

Zaczęło się jak zawsze: przegrał pierwszą rundę z wódką, ta go znokautowała, a potem chwyciła i wyniosła z domu, najpierw na tydzień, później na miesiąc, aż w końcu i na dobre. Mieszkanie samo się nie spłaci, córka nie ubierze, a podręczniki nie przybiegną na papierowych nogach z księgarni – Kasia w końcu nie wytrzymała. Nikomu nie powiedziała, a mimo to wszyscy wiedzieli. Że pojechała na wieś do schorowanych rodziców. Że wsiadła w pociąg, wydając ostatnie drobne na bilet normalny plus ulgowy w drugiej klasie osobowego i przez całą drogę przeklinała los, który postawił na jej drodze Pielgrzyma.

A co on robił? Mógłbym pójść o zakład, że leżał w jakiejś piwnicy i trzymał butelkę wina czy pierś Gurlagi, jednej z tych osiedlowych szantrap, których trzeźwy człowiek nawet nie dostrzega. A jego żona tłumaczyła Darii, że „Tatuś musiał wyjechać” i tłukła się pociągiem do zmęczonego ojca i chorej matki, którzy łudzili się nadzieją na spokojną starość. Jechała tam z walizami wstydu i ciuchów z lumpeksu, licząc, że wyżywi ich pan Bóg, albo chociaż KRUS.

Nie wiem, jak jej się później ułożyło, słyszałem tylko, że ucieczka z miasta ostatecznie ją złamała, że Kasia nie podniosła się już po ciosie, który zadał jej mąż. Wiem natomiast, co robił Pielgrzym – urzynał się w trupa.

W każdej rodzinie znajdzie się podobny przypadek mężczyzny, który nie daje sobie rady z życiem i trzeźwością. Oni wszyscy kończą niedobrze, ale Pielgrzym skończył najgorzej. Tak to przynajmniej teraz wygląda.

2

Głównym bohaterem życiorysu Pielgrzyma nie jest sam Pielgrzym, lecz jego alkoholizm. W moim własnym życiorysie bohatera głównego zabrakło; motywem przewodnim jest tu brak motywu przewodniego.

Zdarza mi się czasem niemal fizycznie odczuwać tę nijakość, to rozdrobnienie, które przez całe życie popycha mnie ku rozmaitym zajęciom i pasjom, te zaś z początku porywają mnie i wstrząsają, dając jednocześnie siłę, aż w końcu dławię się nimi i porzucam dla innych, albo wręcz przeciwnie – uczepiam się ich na siłę i bez przekonania.

Dziesięcioletni, znosiłem do domu kapsle, puszki i naklejki z wafli Kukuruku, z pasją kolekcjonowałem szeleszczące skarby z gum Turbo i okruchy komiksów z balonowego Kaczora Donalda, później zwróciłem się ku nalepkom z chipsów i plastikowym kółeczkom promującym Gwiezdne wojny, te z kolei wyparte zostały zeszytowymi powieściami Maya i kupowanym za pierwsze kieszonkowe lśniącym numerom „Magic Basketball”; zaraz jednak odkryłem w sobie fascynację podkładkami pod piwo, a w szufladzie spiętrzyły się stosy magnetofonowych kaset i barwnych okładek „Popcornu”.

Rwałem się ku wszystkim możliwym kursom, po kilku spotkaniach porzucałem je, upojony perspektywą uczestnictwa w kolejnych, zbierałem góry przedmiotów i wyrzucałem je. Wiele namiętności zatarło mi się w pamięci, przytłoczone kolejnymi. Niektóre zostawiły po sobie ślad.

Tatuaż na łydce to jeden z nich, innym jest blizna nad kolanem, zdobyta podczas skoku na deskorolce, w szafie starzeje się zbyt ciasne już kimono i kruszeją gumowe paski okularów – pamiątki po miłości do basenu, przenośne dyski zawalone są obejrzanymi filmami, regały pełne czasopism nieotwieranych od lat, w portfelu prawo jazdy na motocykl, samochód i ciężarówkę z przyczepą, w głowie mgliste wspomnienie sportowych szaleństw i pijackiej brawury, w piersi – czarne worki płuc. Palę do dziś.

Pielgrzym zawsze był Pielgrzymem, choć nikt nie wie, dlaczego, za to mnie nigdy nie obdarzono przezwiskiem – gdyby tak się stało, nazywaliby mnie Zbieraczem lub Kolekcjonerem.

Obecną pasją Kolekcjonera są bunkry.

Wspólnie z Waflem przeczesaliśmy już jedenaście fortów położonych na obrzeżach miasta – te wielkie, zanurzone w pagórkach pomieszczenia, setki metrów korytarzy, połączone ze sobą podziemne budynki, wielopiętrowe schrony, tunele, schody, szczury i nietoperze. Bunkry, tak, to mnie teraz trzyma najmocniej. Za miesiąc, być może, nie będę już o nich pamiętał.

Odnalazłem niedawno kolejny: piękny, potężny fort przy Piaskowej, i z przyjemnością odbywałem odważne wędrówki palcem po monitorze laptopa, podniecony przeglądałem zdjęcia i zapoznawałem się z historią tego miejsca, oczyma wyobraźni dostrzegałem tunele i wodę skraplającą się po cegłach ścian, wąskie przejścia, którymi trzeba się czołgać, gwoździe, szmaty i butelki u stóp, pełne skorodowanych przedmiotów pomieszczenia i belę światła wypływającą z latarki, by to wszystko odsłaniać.

Moc wrażeń. Kolekcjonowałem je w głowie.