„Wieczna wojna” – Joe Haldeman (fragment)

Dla Bena i – zawsze – dla Gay

SZEREGOWIEC MANDELLA

1

– Dzisiaj pokażemy wam osiem sposobów bezgłośnego zabijania ludzi.

Mówiący to mężczyzna był sierżantem, nie wyglądającym nawet na starszego o pięć lat ode mnie. Tak więc jeśli kiedykolwiek zabił człowieka w walce, bezgłośnie czy nie, musiał to zrobić w kołysce.

Znałem już osiemdziesiąt sposobów zabijania ludzi, ale większość z nich była dość hałaśliwa. Wyprostowałem się na krześle, przywołałem na twarz wyraz uprzejmego zainteresowania i zasnąłem z otwartymi oczami. Wszyscy pozostali zrobili to samo. Nauczyliśmy się, że na tych wieczornych wykładach nigdy nie mówią niczego ważnego.

Obudził mnie szmer projektora. Pokazali krótki film demonstrujący „osiem cichych sposobów zabijania”. Niektórzy z aktorów musieli być po praniu mózgu, ponieważ naprawdę ich zabito.

Po filmie dziewczyna siedząca w rzędzie przede mną podniosła rękę. Sierżant skinął na nią, więc wstała i wystąpiła naprzód. Całkiem niezła, tylko o trochę zbyt masywnej szyi i barkach. Każdy tak wygląda po kilku miesiącach noszenia ciężkiego plecaka.

– Sir. – Aż do promocji musieliśmy zwracać się dosierżantów „sir”. – Większość tych sposobów, wyglądała, no… dość głupio.

– Na przykład.

– Weźmy zabijanie kogoś ciosem saperki w nerki. Chcę powiedzieć, że chyba nigdy nie jest tak, żeby ktoś był uzbrojony tylko w saperkę, a nie miał pistoletu czy noża? I czy nie lepiej po prostu walnąć go w łeb?

– Może mieć na głowie hełm – odparł rezolutnie.

– Ponadto, Taurańczycy pewnie nawet nie mają nerek!

Wzruszył ramionami.

– Zapewne nie mają.

Był rok 1997 i nikt nigdy nie widział Taurańczyka; nie znaleziono choćby kawałka większego od przysmażonego chromosomu.

– Jednak ich fizjologia jest zbliżona do naszej, więc musimy założyć, że są równie skomplikowanymi organizmami jak my. Muszą mieć jakieś słabe punkty, czułe miejsca. Musicie je znaleźć. To ważne – rzekł, wskazując palcem na ekran. – Tych ośmiu skazańców zarżnięto dla was, ponieważ musicie dowiedzieć się, jak zabijać Taurańczyków, i umieć to robić zarówno megawatowym laserem, jak i tarczą szlifierską.

Usiadła z powrotem, niezbyt przekonana.

– Są jakieś pytania?

Nikt nie podniósł ręki.

– Dobra. Baa-czność!

Leniwie podnieśliśmy się z krzeseł, a on spojrzał na nas wyczekująco.

– Pieprz się, sir – ryknął znużony chór.

– Głośniej!

– PIEPRZ SIĘ, SIR!

Jeden z głupszych wojskowych sposobów podbudowywania morale.

– Już lepiej. Nie zapomnijcie, jutro przed świtem macie manewry. Pobudka o 3.30, wymarsz o 4.00. Każdy przyłapany w łóżku o 3.40 straci jedną belkę. Rozejść się.

Zapiąłem uniform i poszedłem po śniegu do kantyny, na filiżankę wywaru z soi i skręta. Zawsze wystarczało mi pięć czy sześć godzin snu i to były jedyne chwile, jakie miałem tylko dla siebie, przez moment daleko od armii. Przez kilka minut czytałem wiadomości odbierane przez faks. Załatwili kolejny statek, gdzieś w rejonie Aldebarana. To było jakieś cztery lata temu. Szykowali karną ekspedycję, ale przelot do celu zajmie flocie kolejne cztery lata. Do tej pory Taurańczycy obsadzą wszystkie przejścia planetarne.

W kwaterze wszyscy już spali i główne światła były wyłączone. Cała kompania tkwiła tu, od kiedy wróciliśmy z dwutygodniowego szkolenia na Księżycu. Rzuciłem ciuchy do szafki, sprawdziłem grafik i stwierdziłem, że śpię w koi 31. Do licha, tuż pod grzejnikiem. Najciszej jak umiałem wślizgnąłem się za zasłonę, żeby nie budzić osoby śpiącej obok. Nie widziałem, kto to, ale nic mnie to nie obchodziło. Wsunąłem się pod koc.

– Spóźniłeś się, Mandella – ziewnął ktoś.

– Przepraszam, że cię zbudziłem – szepnąłem.

– W porząsiu.

Obróciła się na bok i wtuliła się we mnie. Była ciepła i dość miękka. Poklepałem ją po biodrze, mając nadzieję, że robię to po bratersku.

– Dobranoc, Rogers.

– Dobranoc, ogierze.

Odpowiedziała takim samym gestem, tylko bardziej sugestywnym.

Dlaczego zawsze trafiasz na zmęczone, kiedy jesteś gotowy i na chętne, kiedy ty jesteś znużony. Pogodziłem się z nieuniknionym.

2

– Dobra, przyłóżcie się do tego, cholera! Grupa wzdłużnika! Ruszać się, ruszcie swoje przeklęte tyłki!

Około północy przyszedł ciepły front i śnieg zmienił się w błoto. Permaplastowy dźwigar ważył pięćset funtów i był piekielnie nieporęczny, nawet jeśli nie był oblodzony. We czwórkę, po dwoje na każdym końcu, nieśliśmy plastikowy dźwigar w zesztywniałych palcach. Moją partnerką była Rogers.

– Uwaga! – wrzasnął facet za mną, co oznaczało, że ciężar wymknął mu się z rąk. Chociaż nie stalowy, wzdłużnik był dostatecznie ciężki, żeby zmiażdżyć stopę. Wszyscy puścili i odskoczyli. Padając, obryzgał nas błotnistą mazią.

– Do diabła, Petrov – powiedziała Rogers. – Dlaczego nie pójdziesz do Czerwonego Krzyża albo gdziekolwiek? Ta kurewska belka wcale nie jest tak kurewsko ciężka.

Większość dziewcząt wyrażała się oględniej. Rogers miała niewyparzony jęzor.

– Dobra, ruszać się, kurwa, z tymi wzdłużnikami! Grupa klejarzy! Dalej, dalej!

Nadbiegł nasz dwuosobowy zespół klejarzy, dźwigając wiadra.

– Chodźmy, Mandella. Zaraz odmrożę sobie jaja.

– Ja też – powiedziała dziewczyna z uczuciem, choć bez sensu.

– Raz, dwa, trzy!

Ponownie podnieśliśmy ciężar i chwiejnie poszliśmy w kierunku mostu. Był w trzech czwartych ukończony. Wyglądało na to, że drugi pluton nas wyprzedzi. Nie obchodziłoby mnie to, ale ten pluton, który pierwszy postawi swój most, poleci do domu.Pozostałym zostaną cztery mile błota i ani chwili wypoczynku przed capstrzykiem.

Donieśliśmy dźwigar na miejsce, rzuciliśmy go z łomotem i przymocowaliśmy uchwyty łączące go z podporami. Zanim skończyliśmy mocować, żeńska połowa grupy klejarzy już zaczęła nakładać epoksyd. Jej partner czekał po drugiej stronie dźwigara. Grupa od nawierzchni stała przy moście; każdy trzymał nad głową, jak parasolkę, kawałek lekkiego sprężonegopermaplastu. Byli czyści i nie przemoczeni. Głośno zastanowiłem się, czym sobie na to zasłużyli, a Rogers podsunęła kilka ciekawych, choć mało prawdopodobnych możliwości. Zajęliśmy stanowisko przy następnym dźwigarze, kiedy szef kompanii (nazywał się Dougelstein, ale mówiliśmy na niego „Dobra”) dmuchnął w gwizdek i ryknął:

– Dobra, chłopcy i dziewczynki, dziesięć minut przerwy. Kto ma, ten pali.

Sięgnął do kieszeni i wcisnął guzik włączający ogrzewanie naszych skafandrów.

Przysiedliśmy z Rogers na naszym końcu dźwigara i wyjąłem papierośnicę. Miałem mnóstwo skrętów, ale nie wolno ich było palić do capstrzyku. Oprócz tego miałem tylko mniej więcej trzycalowy niedopałek cygara. Przypaliłem je od krawędzi papierośnicy; po kilku pierwszych pociągnięciach nie było już takie złe. Rogers też pociągnęła, dla towarzystwa, ale skrzywiła się i oddała mi niedopałek.

– Byłeś na uczelni, kiedy cię powołano? – zapytała.

– Taak. Właśnie zrobiłem magisterium z fizyki. Chciałem uzyskać uprawnienia do nauczania.

Posępnie skinęła głową.

– Ja studiowałam biologię…

– Tak myślałem – wtrąciłem i uchyliłem się przed pacyną błota. – Na którym roku?

– Skończyłam sześć, włącznie z magisterium. – Pociągnęła butem po ziemi, tworząc wzgórek o konsystencji zamarzającej brei. – Dlaczego, kurwa, musiało się tak stać?

Wzruszyłem ramionami. Na to pytanie nie było odpowiedzi, a na pewno nie zasługiwało na uwagę wyjaśnienie, jakim karmiono nas w SZ ONZ. Intelektualna i fizyczna elita planety, ruszająca strzec ludzkości przed taurańskim zagrożeniem. Sojowa papka. Wszystko to było jednym wielkim eksperymentem. Zobaczmy, czy uda się sprowokować Taurańczyków do działań naziemnych.

Dobra dmuchnął w gwizdek o dwie minuty za wcześnie, zgodnie z przewidywaniami, ale Rogers, ja i dwoje pozostałych siedzieliśmy sobie jeszcze przez minutę, czekając, aż zespoły klejarzy i nawierzchniowców skończą pokrywać nasz dźwigar Siedząc tak z wyłączonym ogrzewaniem skafandrów szybko zaczęliśmy marznąć, jednak nie ruszaliśmy się – dla zasady.

Ćwiczenia przy wyłączonym ogrzewaniu nie miały żadnego sensu. Typowo wojskowy idiotyzm. Pewnie, tam, dokąd polecimy, będzie zimno, jednak nie aż tak, by wszędzie zalegał śnieg i lód. Niemal z reguły na planetach przejść przez cały czas temperatura oscylowała w granicach dwóch stopni od zera absolutnego – ponieważ kolapsary nie świecą – więc jeśli poczujesz, że ci zimno, to będzie znaczyło, że jesteś już trupem.

Dwanaście lat wcześniej, kiedy byłem dziesięciolatkiem, odkryto skok kolapsarowy. Wystarczy z odpowiednią prędkością skierować jakiś przemiot w kolapsar, aby znalazł się gdzieś w odległej części galaktyki. Nie trwało długo, a znaleziono wzór pozwalający przewidzieć, gdzie się wyłoni: podróżuje po linii „prostej” (w rozumieniu teorii Einsteina), po jakiej podążałoby, gdyby nie napotkało po drodze kolapsara – dopóki nie natrafi na następne pole kolapsarowe, w którym pojawia się ponownie, podążając z prędkością, jaką rozwijało w momencie wejścia w pierwszy kolapsar. Czas podróży między dwoma kolapsarami równy jest zeru.

Fizycy teoretyczni mieli mnóstwo roboty: musieli ponownie zdefiniować pojęcie równoczesności, a potem rozłożyć na czynniki ogólną teorię względności i stworzyć ją od nowa. Natomiast bardzo szczęśliwi byli politycy, którzy teraz mogli wysłać cały statek kolonistów na Fomalhauta za mniejsze pieniądze, niż kiedyś kosztowało umieszczenie paru ludzi na Księżycu. Było mnóstwo ludzi, których politycy chętnie widzieliby na Fomalhaucie, przeżywających tam wspaniałą przygodę, a nie wzniecających zamieszki na Ziemi.

Statkom zawsze towarzyszyła automatyczna sonda, podążająca kilka mil z tyłu. Wiedzieliśmy o istnieniu planet przejścia, tych resztek wirujących wokół kolapsarów; zadaniem sondy było wrócić i powiadomić bazę, gdyby statek lecący z prędkością 0,99 prędkości światła rąbnął w jedną z nich. Do takiej katastrofy nigdy nie doszło, ale pewnego dnia kolejna sonda wróciła uszkodzona – i sama. Przeanalizowano jej dane i okazało się, że jakiś kosmolot ścigał i zniszczył statek kolonistów. Zdarzyło się to opodal Aldebarana, w układzie Taurusa, jednak ponieważ słowo „Aldebarańczycy” jest trochę przydługie, nazwano wrogów „Taurańczykami”. Od tej pory statki kolonistów ruszały pod eskortą uzbrojonych jednostek. Te uzbrojone okręty często wyruszały same, aż w końcu Grupa Kolonizacyjna przekształciła się w Siły Zbrojne ONZ. Z naciskiem na  „Siły”.

Potem jakiś błyskotliwy członek Zgromadzenia Generalnego zdecydował, że powinniśmy wysłać w pole oddziały piechoty, żeby strzegła planet wokół najbliższych kolapsarów. To doprowadziło do uchwalenia ustawy o powszechnej służbie wojskowej i powstania najbardziej elitarnej armii w historii wojskowości. I tak znaleźliśmy się tutaj, pięćdziesięciu mężczyzn i pięćdziesiąt kobiet o IQ powyżej 150, niezwykle zdrowych i silnych, brodząc w glinie i błocie środkowego Missouri, zastanawiając się, w jaki sposób umiejętność stawiania mostów może przydać nam się na planetach, na których jedynym płynem jest sporadycznie spotykana kałuża ciekłego helu.

3

Blisko miesiąc później wyruszyliśmy na ostatnie ćwiczenia – manewry na planecie Charon. Chociaż to pobliskie peryhelium, mimo to leży dwa razy dalej od Słońca niż Pluton.

Przewoził nas przerobiony „barakowóz”, przeznaczony dla dwustu kolonistów wraz z ich sadzonkami i inwentarzem. Jednak nie myślcie, że było przestronnie, skoro leciało nas o połowę mniej. Większość wolnej przestrzeni zajmowały dodatkowe zbiorniki paliwa, broń i amunicja.

Cała wycieczka trwała trzy tygodnie: przez połowę drogi przyspieszanie do 2 g, a potem deceleracja. Nasza największa prędkość, z jaką przemknęliśmy obok Plutona, wynosiła w przybliżeniu jedną dwudziestą prędkości światła – za mało, aby dała o sobie znać teoria względności.

Trzy tygodnie dźwigania dwukrotnie większego ciężaru ciała niż zwykle to nie piknik. Trzy razy dziennie wykonywaliśmy krótką gimnastykę, a pozostały czas staraliśmy się spędzać w pozycji horyzontalnej. Mimo to mieliśmy kilka przypadków złamań i poważnych zwichnięć. Mężczyźni musieli zakładać suspensoria, żeby nie poodpadały im członki. Sen przychodził z trudem; przerywany koszmarami o duszeniu się i zgniataniu, okresowymi zmianami pozycji dla podtrzymania krążenia krwi i zapobiegania odleżynom. Jedna z dziewcząt była tak zmęczona, że ledwie obudziła się, kiedy żebro przebiło jej skórę.

Kilkakrotnie byłem już w kosmosie, więc kiedy wreszcie zakończyliśmy decelarację i przeszliśmy w stan nieważkości, poczułem jedynie ulgę. Jednak niektórzy z nas, oprócz krótkiego szkolenia na Księżycu, nigdy nie byli w przestrzeni, więc doznali gwałtownego ataku choroby lokomocyjnej. Posprzątaliśmy po nich, fruwając po pomieszczeniach z gąbkami i ssawkami, wsysając kulki częściowo strawionej „skoncentrowanej,wysokobiałkowej, wysokokalorycznej pasty mięsnej (z soi)”. Schodząc z orbity, mieliśmy doskonały widok na Charona. Jednak nie było tam wiele do oglądania. Po prostu mlecznobiała kula z kilkoma smugami. Wylądowaliśmy jakieś dwieście metrów od bazy. Wysunął się z niej hermetyczny rękaw, który połączył się z promem, tak że nie musieliśmy zakładać skafandrów. Ze szczękiem przemaszerowaliśmy do głównego budynku, niekształtnego pudła z szarego plastiku.

Ściany wewnątrz miały tę samą ponurą barwę. Reszta kompanii siedziała za stołami, zabijając czas rozmową. Obok Freelanda było wolne miejsce.

– Czujesz się lepiej, Jeff?

Nadal był trochę blady.

– Jeśli bogowie chcieli, żeby człowiek przeżył swobodne spadanie, to powinni go obdarzyć stalowym żołądkiem. – Westchnął ciężko. – Nieco lepiej. Dałbym wszystko za dyma.

– Taak.

– Ty znosisz to całkiem dobrze. Byłeś już w przestrzeni, prawda?

– Praca doktorska ze spawania w próżni. Trzy tygodnie na orbicie okołoziemskiej.

Usiadłem i po raz tysięczny sięgnąłem po papierośnicę. Nadal jej tam nie było. Systemy podtrzymywania życia nie chciały męczyć się z nikotyną i ciałami smolistymi.

– Ćwiczenia były paskudne – narzekał Jeff – ale to gówno…

– Baa-czność!

Staliśmy bez ładu i składu, dwójkami i trójkami. Otworzyły się drzwi i wszedł jakiś major. Lekko zesztywniałem. Był najwyższym rangą oficerem, jakiego widziałem. Na kurtce munduru miał rząd baretek, włącznie z purpurowym paskiem świadczącym o tym, że był ranny podczas walki w szeregach dawnej amerykańskiej armii. Na pewno w Indochinach, ale tamte zarzewia wojny wygasły, zanim przyszedłem na świat. On nie wyglądał tak staro.

– Siadajcie, siadajcie – poparł słowa gestem. Potem oparł ręce na biodrach i z nikłym uśmieszkiem obrzucił nas spojrzeniem. – Witajcie na Charonie. Wybraliście sobie piękny dzień na lądowanie, na zewnątrz mamy letni skwar – temperaturę 8,15 stopnia powyżej zera absolutnego. Oczekujemy niewielkiej zmiany pogody za jakieś sto czy dwieście lat.

Niektórzy zaśmiali się bez przekonania.

– Lepiej cieszcie się tym tropikalnym klimatem tu, w bazie Miami; korzystajcie, póki możecie. Znajdujemy się w centrum słonecznej strony, a większość ćwiczeń odbędzie się po ciemnej stronie. Tam utrzymuje się chłodniejsza temperatura – około 2,08 stopnia. Powinniście traktować wasze dotychczasowe szkolenie na Ziemi i na Księżycu jako ćwiczenia wstępne, umożliwiające wamprzetrwanie na Charonie. Tutaj przejdziecie pełne przeszkolenie w zakresie używania broni i narzędzi oraz zajęcia taktyczne. I przekonacie się, że w tych temperaturach narzędzia nie zachowują się tak, jak powinny; broń nie chce strzelać. A ludzie poruszają się bardzo ostrożnie.

Spojrzał na notes, który trzymał w ręku.

– W tej chwili jest was czterdzieści dziewięć kobiet iczterdziestu ośmiu mężczyzn. Dwa zgony na Ziemi, jedenprzypadek choroby psychicznej. Zapoznałem się z programem waszych ćwiczeń. Jestem zaskoczony, że tak wielu z was zdołało przez nie przebrnąć. Jednak nie ukrywam, że nie będę rozczarowany, jeśli tylko połowa z was – pięćdziesiąt procent – ukończy ten etap szkolenia. A jedyną alternatywą jest śmierć. Tutaj. Każdy z nas – włącznie ze mną – może wrócić na Ziemię dopiero po wykonaniu zadania. Przez miesiąc będziecie tu ćwiczyć. Potem polecicie do kolapsara Stargate, pół roku świetlnego stąd. Zatrzymacie się w bazie Stargate 1, na największej planecie przejścia, do czasu przybycia posiłków. Miejmy nadzieję, że nie potrwa to dłużej niż miesiąc; zaraz po waszym odlocie ma przybyć tu następna grupa.

– Kiedy opuścicie Stargate, udacie się do jakiegośstrategicznie ważnego kolapsara, założycie tam bazę i odeprzecie wroga, jeśli zaatakuje. Jeżeli nie, zaczekacie w bazie na dalsze rozkazy.

– Podczas ostatnich dwóch tygodni ćwiczeń będziecie budowali dokładnie taką samą bazę na ciemnej stronie planety. Będziecie całkowicie odcięci od bazy Miami; żadnej łączności, żadnych możliwości ewakuacji, żadnych dostaw żywności. Przed upływem tych dwóch tygodni sprawdzimy wasze umiejętności obrony przed atakiem zdalnie sterowanych pocisków. Będą uzbrojone.

Wydali na nas tyle forsy, żeby pozabijać nas podczas ćwiczeń?

– Cała załoga bazy na Charonie to żołnierze z doświadczeniem bojowym, mający po czterdzieści i pięćdziesiąt lat. Jednak myślę, że dotrzymamy wam kroku. Dwóch z nas będzie towarzyszyć wam przez cały czas i poleci z wami przynajmniej na Stargate. To kapitan Sherman Stott, wasz dowódca kompanii, orazsierżant Octavio Cortez. Panowie..?

Dwaj mężczyźni w pierwszym rzędzie wstali i obrócili się do nas. Kapitan Stott był odrobinę niższy od majora, ale ulepiony z tej samej gliny; zdecydowane rysy twarzy gładkiej jak porcelana, cyniczny uśmieszek, centymetr precyzyjnie przyciętej brody wokół
wydatnej szczęki, wygląd najwyżej trzydziestolatka. Na biodrze nosił wielki, staromodny pistolet na naboje prochowe.

Sierżant Cortez to całkiem inna historia – istny horror. Głowę miał ogoloną i zdeformowaną, spłaszczoną z jednej strony, gdzie wyraźnie amputowano spory kawałek czaszki. Bardzo smagłą twarz przecinała sieć zmarszczek i blizn. Brakowało mu połowy lewego ucha, a jego oczy miały tyle wyrazu, co przyciski maszyny. Nosił wąsy i brodę, które wyglądały jak chuda biała gąsienica owinięta wokół ust. U kogokolwiek innego jego chłopięcy uśmiech wyglądałby przyjemnie, tymczasem Cortez był chyba najbrzydszym, najpaskudniejszym stworzeniem, jakie widziałem w życiu. Mimo to, jeśli nie patrzeć na jego głowę, lecz wziąć pod uwagę dolne sześć stóp ciała, mógł pozować do plakatów reklamujących kurorty dla kulturystów. Ani Stott, ani Cortez nie nosili żadnych baretek. Cortez miał pod lewą pachą mały kieszonkowy laser, podwieszony na magnetycznym pierścieniu. Drewniana kolba broni była wyślizgana od częstego używania.

– A teraz, zanim oddam was pod czułą opiekę tych dwóch dżentelmenów, ostrzegam was jeszcze raz. Dwa miesiące temu na tej planecie nie było żywego ducha, tylko trochę sprzętu pozostawionego przez ekspedycję w 1991. Czterdziestu pięciu ludzi trudziło się przez miesiąc, wznosząc tę bazę. Dwadzieścia cztery osoby – przeszło połowa – zginęły w trakcie budowy. To najniebezpieczniejsza planeta, na jakiej kiedykolwiek próbował żyć człowiek, jednak te, na które podążycie, będą równie lub bardziej groźne. Wasi dowódcy spróbują utrzymać was przy życiu przez następny miesiąc. Słuchajcie ich… i bierzcie z nich przykład; oni przetrwali tu znacznie dłużej niż wy. Kapitanie?

Kapitan wstał, a major opuścił salę.

– Baa-czność!

Ostatnia sylaba poderwała nas na nogi.

– Powiem to tylko raz, więc lepiej słuchajcie – warknął. – To jest pole bitwy, a na polu bitwy jest tylko jedna kara za nieposłuszeństwo czy niesubordynację.

Wyrwał pistolet z kabury i trzymał go za lufę, jak pałkę.

– To automatyczny pistolet kaliber 0.45 z 1911 roku – broń prymitywna, ale skuteczna. Sierżant i ja mamy rozkaz użyć broni w razie potrzeby. Nie zmuszajcie nas do tego, ponieważ zrobimy to. Zrobimy.

Schował pistolet do kabury. Zatrzask głośno szczęknął w głuchej ciszy.

– Razem z sierżantem Cortezem zabiliśmy więcej ludzi niż siedzi teraz w tej sali. Obaj walczyliśmy w Wietnamie po stronie Amerykanów i obaj ponad dziesięć lat temu wstąpiliśmy do Międzynarodowych Sił ONZ. Dla przywileju dowodzenia tą kompanią czasowo zrezygnowałem ze stopnia majora, a sierżant Cortez ze stopnia kapitana, ponieważ obaj jesteśmy frontowymi żołnierzami, a to jest pierwsze pole bitwy od 1987 roku. Pamiętajcie o tym, co wam powiedziałem. Sierżant Cortez poinstruuje was szczegółowo o waszych obowiązkach. Proszę prowadzić dalej, sierżancie.

Zrobił w tył zwrot i wymaszerował z sali. Podczas całej tej oracji wyraz jego twarzy nie zmienił się nawet na jotę. Sierżant poruszał się jak ciężka machina z mnóstwem łożysk kulkowych. Kiedy drzwi zamknęły się z sykiem, powoli obrócił się do nas i zdumiewająco łagodnym głosem powiedział:

– Spocznij, siadać.

Usiadł na stoliku. Mebel zatrzeszczał, ale wytrzymał.

– Kapitan może budzić strach i ja też, ale obaj chcemy dobrze. Będziecie ze mną w stałym kontakcie, więc lepiej przyzwyczajcie się do wyglądu mojej głowy. Kapitana pewnie już nie zobaczycie, chyba że na manewrach.

Dotknął swojej czaszki.

– A skoro mowa o głowie, nadal mam ją na karku, mimo wysiłków Chińczyków. Wszyscy starzy weterani, którzy zaciągnęli się na służbę ONZ, musieli spełnić te same kryteria, co wy. Tak więc podejrzewam, że wszyscy jesteście mądrzy i twardzi, jednak pamiętajcie, że kapitan i ja jesteśmy mądrzy, twardzi, a w dodatku doświadczeni.

Przekartkował plan zajęć, nie czytając go.

– Tak jak powiedział kapitan, podczas manewerów przewiduje się tylko jeden rodzaj kary. Najsurowszy. Jednak zazwyczaj nie będziemy musieli zabijać was za nieposłuszeństwo; Charon oszczędzi nam kłopotu. Po powrocie do bazy – to całkiem inna historia. Nie obchodzi nas, co robicie na kwaterach. Możecie przez cały dzień uganiać się za dupami i pieprzyć przez całą noc… Jednak kiedy zakładacie skafandry i wychodzicie na zewnątrz, macie być zdyscyplinowani w stopniu, jaki zawstydziłby centuriona. W pewnych sytuacjach jedna głupia pomyłka może zabić nas wszystkich. Pierwszą rzeczą, jaką was czeka, jest dopasowanie bojowych skafandrów. Zbrojmistrz czeka na kwaterach; zajmie się każdym po kolei. Idziemy.