„Wir” – Peter Watts (fragment II)

Kaskada

Achilles Desjardins siedział w swoim boksie, obserwując, przewijające się przez jego mózg, małe apokalipsy.

Lodowcowi szelfowemu Rossa znów grozi obsunięcie. Nic nowego. Już od ponad dekady podpierał go Południowy Atlas, pompując coraz więcej gazu w pęcherze wielkości miast, powstrzymujące lodowiec przed oderwaniem się i skąpaniem w wodzie. Stare dzieje, konsekwencje wydarzeń z zeszłego wieku. Desjardins nie był przystosowany do rozpoznawania oddalonych w czasie katastrof, specjalizował się w tych rozprzestrzeniających się szybko.

Pół tuzina farm wiatrowych na południowej Florydzie zniknęło z sieci. Padły ofiarą tych samych trąb powietrznych, których moc próbowały okiełznać. Łańcuch spadków napięcia ciągnął się na północ, wzdłuż wybrzeża Atlantyku, niczym upadające kostki domina. Przyjdzie za to słono zapłacić, nie wspominając nawet o Quebeku, gdzie zniszczenia były jeszcze większe (a Hydro-Q niedawno znów podwyższyło stawki). Desjardins rozprostował palce w niecierpliwym wyczekiwaniu. Ale nie! Router przekazał tę sprawę ekipie z Buffalo.

Niespodziewana fala gówna w Houston. Z jakiegoś powodu otworzyły się zastawki awaryjne w sieci stawów ściekowych, przez co zgromadzone w nich fekalia trafiły do kanałów burzowych, prowadzących do Zatoki Meksykańskiej. Coś takiego miało mieć miejsce jedynie w czasie huraganu – powietrze, które wiruje z prędkością czterdziestu metrów na sekundę, pozwala zamieść pod dywan całkiem sporo gówna, a dziś, niestety, w Teksasie było spokojnie. Desjardins mógłby założyć się, że wyciek okaże się w jakiś sposób powiązany z awarią farm wiatrowych. Rzecz jasna, nie było żadnego wyraźnego związku. Jak zawsze. Ciągi przyczyn i skutków rozprzestrzeniały się po świecie niczym siateczka fraktalnych pęknięć, nieskończenie skomplikowanych i niemal niemożliwych do przewidzenia. Wytłumaczenia z perspektywy czasu to była zupełnie inna bajka.

Lecz Router nie przydzielił mu też Houston.

Przydzielił mu falę zarządzanych nagle kwarantann, których epicentrum znajdowało się na oddziale oparzeń Szpitala Ogólnego w Cincinnati. Było to dość niezwykłe. Szpitale stanowiły wypoczynkowy raj dla odpornych na leki superwirusów, zaś oddziały oparzeń były wręcz luksusowymi apartamentami. Epidemia w szpitalu? To żaden kryzys. To status quo.

Coś, co wywołało alarm przekraczając tak paskudną granicę, musiało być naprawdę przerażające.

Desjardins nie był patologiem. Nie musiał być. W całym wszechświecie istniały jedynie dwie nauki warte zgłębiania: termodynamika oraz teoria informacji. Krwinki w naczyniach włosowatych, buntownicy na ulicy Głównej, podróżnicy zarażeni nowym wirusem z Rezerwatu Amazońskiego – życie i jego skutki uboczne – wszystko to stanowiło tak naprawdę tę samą kwestię. Jedyne różnice tkwią w skali i w etykietce. Kiedy do tego dojdziesz, nie będziesz już musiał wybierać między epidemiologią a kontrolą ruchu lotniczego. Nagle będziesz mógł robić obie te rzeczy. Będziesz mógł robić w zasadzie wszystko.

Cóż, poza oczywistym…

Nie żeby mu to przeszkadzało. Bycie chemicznie przykutym do własnego sumienia nie było nawet w połowie tak złe, jak mogłoby się wydawać. Chroniło przed wiecznym przejmowaniem się konsekwencjami.

Zasady pozostawały takie same, ale diabeł tkwił w szczegółach. Nie zaszkodzi zabrać ze sobą bioeksperta. Zadzwonił do Jovellanos.

– Alice, przydzielili mi jakiś patogen z Cincinnati. Chcesz się ze mną zabrać?

– Pewnie. O ile nie będzie ci przeszkadzać, że ktoś z wolną wolą może zagrozić twoim priorytetom.

Puścił to mimo uszu.

– Coś paskudnego pokazało się na jednym ze skanerów zarazków. Ich komputer natychmiast zamknął całą placówkę i rozesłał pierdylion sygnałów alarmowych do potencjalnych nosicieli. Z tego co wiem, oni też zostali odizolowani. Wektory drugorzędne padają właśnie teraz, gdy rozmawiamy. Prześledzę alarmy, a ty dowiedz się jak najwięcej o wirusie.

– Jasne.

Wklepał kilka komend. Wyświetlacz w jego boksie przygasł do przyjemnych, nierozpraszających odcieni szarości o niskim kontraście, jaskrawe barwy podstawowe zalały jego wkładki optyczne. Wir. Wchodził do Wiru. NMDA, ostrożnie dawkowane psychotropy, zmienione połączenia w osiemnastu procentach kory płata potylicznego, dla optymalnego rozpoznawania wzorców – wszystko to było tu niemalże bezużyteczne. Co da ci refleks przyspieszony o marne dwieście procent, kiedy pewne istoty żyją tak szybko, że co dziesięć sekund przechodzą specjację?

Pewnie niewiele. Tak czy inaczej, lubił podejmować wyzwanie.

Przywołał schemat miejscowej metabazy w czasie rzeczywistym – promień liczący sobie 128 węzłów skupiał się na serwerze Szpitala Ogólnego w Cincinnati. Wyświetlacz pokazywał odległości logiczne, nie odległości rzeczywiste. Jeden dodatkowy serwer w łańcuchu mógł sprawić, że system z sąsiedztwa wydawałby się bardziej odległy niż system z Budapesztu.

Na ekranie zapłonęły niewielkie ogniska, kolorystyka zależała od ich wieku. Szpital w Cinci, starożytne epicentrum liczące sobie ponad dziesięć minut, pysznił się na samym środku, jarząc się tak intensywną czerwienią, że sprawiał wrażenie wyświetlanego
w podczerwieni. Dalej znajdowały się nieco młodsze zapalenia w oranżu i żółci – koncerny farmaceutyczne, inne szpitale, krematoria, przyjmujące dostawy z Cinci w krytycznych ramach czasowych. Jeszcze dalej, upstrzoną plamami powierzchnię rosnącej wciąż strefy znaczyły jasne, białe gwiazdy. To wektory drugo- i trzeciorzędne, przedsiębiorstwa, laboratoria, korporacje oraz osoby, które ostatnio miały kontakt z przedsiębiorstwami, laboratoriami, korporacjami oraz osobami, które z kolei miały…

Komputer Ogólnego w Cinci rozesłał ostrzeżenie przed epidemią do wszystkich swoich przyjaciół z Wiru. Każdy z nich powielił je i rozesłał dalej, niczym rozprzestrzeniające się syreny alarmowe. Żaden z pośredników nie był człowiekiem. Jak do tej pory ludzie nie mieli najmniejszego udziału w całym procesie. W tym rzecz. Ludzie nie działaliby dość szybko, by odciąć tysiące placówek jeszcze przed porą lunchu.

Ludzie przestali narzekać na równie ekstremalne metody działania tuż po pandemii encefalopatii w ’38.

Jovellanos zgłosiła się:

– Fałszywy alarm.

– Co?

W prawym dolnym rogu jego pola widzenia pojawił się obraz:

XXX DARMOWA WI22YNA XXX

HARDCORE BoNDAGE

TYSICE GORCYCH S IMW

BDSM NEKRO FETysZE

PEDOsNUFF

XXX mu34.03 MIE UKO CZONE 11 LAT BY WEJ55 XXX

– To właśnie uruchomiło alarm – poinformowała go Jovellanos. – To zrzut ekranu ze szpitalnego radaru.

– Jakieś szczegóły?

– Radar pobiera wymazy z filtrów wentylacyjnych i hoduje je, poszukując różnych paskudztw. Ta konkretna partia w dwie sekundy osiągnęła rozmiary od zera do trzydziestu procent. Co jest, rzecz jasna, niemożliwe, nawet w przypadku szpitalnych patogenów.

Ale system tego nie wiedział. Jakiś wirus banerowy zrzucił swój ładunek w pamięci wzrokowej, a radar wykonywał tylko swoją pracę, poszukując ciemnych plam na jasnym tle. Któż miałby winić go za bycie analfabetą?

– I tyle? Jesteś pewna? – dopytywał Desjardins.

– Sprawdziłam odczyty dodatkowe. Nie ma żadnych wykrywalnych toksyn, białek, nic. System po prostu wolał nie ryzykować, tylko doszedł do wniosku, że coś, co rozmnaża się tak szybko musi stanowić zagrożenie i tyle.

– A Cinci o niczym nie wie?

– Jasne, że wie. Domyślili się niemal natychmiast. Gdy do nich zadzwoniłam, rozesłali już polecenie odwołania alarmów.

Desjardins przyjrzał się schematowi. Na obrzeżach wciąż rozkwitały świetliste punkciki.

– Z tego, co widzę, wciąż się włączają – powiedział. – Sprawdź jeszcze raz, dobrze?

Mogli zawsze obejść kwarantannę poprzez transmisje medialne. Mogli nawet skorzystać z telefonów, jeśli zaszłaby taka potrzeba, ale zajęłoby to kilka godzin, a w międzyczasie dziesiątki, setki placówek zostałyby kompletnie sparaliżowane. Cinci rozesłało już kontrsygnały, by odwołać alarmy. Dlaczego w takim razie jądro schematu Desjardinsa nie rozbłysło zielenią, co świadczyłoby o zakończeniu polecenia zaniechania sukcesem?

– Rozesłali je – potwierdziła po chwili Jovellanos. – Ale alarmy nie reagują. Nie sądzisz chyba…

Chwileczkę.

Jedna z gwiazd na schemacie właśnie zgasła. Potem kolejna. I jeszcze trzy. Dwadzieścia. Sto. Wszystkie były białe. Wszystkie znajdowały się na obrzeżach.

– Alarmy znikają. – Powiększył obraz węzłów, których światła pogasły. – Ale tylko przy krawędzi. W okolicy jądra bez zmian.

Polecenia zaniechania nie mogły przeskoczyć tak daleko w tak krótkim czasie. Desjardins wyłączył filtry. Widział teraz więcej niż tylko odrębne alarmy i maleńkie programiki porozsyłane by je odwołać. Widział pakiety danych i pliki wykonywalne. Widział zwierzynę. Widział.

– Mamy rekiny – powiedział. – Żerują w PSN-1433. Ale rozprzestrzeniają się coraz dalej.

Arpanet.

Internet.

Globalna Sieć. Miano to nie było wyrazem arogancji w czasach, gdy rzeczywiście mieli tylko jedną.

Termin cyberprzestrzeń przetrwał nieco dłużej – tyle, że określenie przestrzeń przywodzi na myśl rozległą, pustą panoramę, świetlistą galaktykę ikon i awatarów, halucynogenny świat ze snu w czterdziestoośmiobitowej skali kolorów. W słowie cyberprzestrzeń nie wyczuwało się krwawej jatki. Nie było w nim żadnych aluzji do epidemii ani do drapieżników, istot, których życie trwało ułamek sekundy, bezustannie rzucających się sobie do gardeł. Termin cyberprzestrzeń stał się wyrazem tęsknej fantazji, jak hobbit czy zróżnicowanie biologiczne, jeszcze zanim na scenę wkroczył Desjardins.

Bardziej współczesnymi określeniami były cebula oraz metabaza. Na stare warstwy wciąż nakładano nowe, wolne, choćby tylko przez chwilę, od zatorów i korków, będących problemem ich poprzedników. Z każdym kolejnym pokoleniem rósł rząd wielkości – większa szybkość, więcej przestrzeni, więcej mocy. Informacje pędziły kablami światłowodowymi, rotaksanowymi albo z kwantowego tworzywa, tak cienkiego, że poddawano w wątpliwość jego istnienie. Najpierw wszczepiano bestii nowy szkielet co dekadę, potem co kilka lat. Teraz co kilka miesięcy. Trwał nieskończony postęp władzy i gospodarki, co prawda nie tak gwałtowny, jak w legendarnych czasach Moore’a, ale i tak dostatecznie szybki.

A w ślad za poszerzającymi się granicami gnało potomstwo praw o wiele starszych niż prawa Moore’a.

Tak naprawdę liczy się wzorzec. Nie dobór materiałów budowlanych. Życie to informacja, którą kształtuje selekcja naturalna. Węgiel jest jedynie modą, a kwasy nukleinowe zaledwie nieobowiązkowymi dodatkami. Elektrony potrafią to wszystko, jeśli zakoduje się je we właściwy sposób.

Wszystko rozbija się o wzorzec.

Wirusy stały się przyczyną powstania filtrów, filtry stały się przyczyną powstania polimorficznych kontragentów, polimorficzne kontragenty stały się przyczyną rozpoczęcia wyścigu zbrojeń. Nie wspominając o robakach, botach i zdeterminowanych, autonomicznych łowcach danych – tak niezbędnych dla legalnego handlu, tak istotnych dla dobrobytu każdej instytucji, lecz jednocześnie tak wymagających, potrzebujących dostępu do pamięci chronionej. A po drugiej stronie tego wszystkiego geeki Sztucznej Inteligencji, zajmujące się swoimi Rdzeniowymi Wojnami, modelami z Tierry i algorytmami genetycznymi. Prędzej czy później, wszyscy musieli mieć dość niekończącego się przeprogramowywania swoich sługusów przeciwko innym. Czemu nie wbudować im kilku genów, generatora przypadkowych cyfr, albo i dwóch dla urozmaicenia, i pozwolić, by dobór naturalny załatwił sprawę?

Rzecz jasna, problem z doborem naturalnym jest taki, że zmienia rzeczy, których dotknie.

Problem z doborem naturalnym w środowiskach sieciowych jest taki, że rzeczy zmieniają się szybko.

Gdy Achilles Desjardins stał się prawołamaczem, termin cebula wychodził już powoli z użycia. Rzut oka do jej wnętrza wystarczał, by zrozumieć dlaczego. Jeśli, obserwując wszechobecne akty cudzołóstwa, drapieżnictwa i specjacji, udało się nie dostać epilepsji od tempa zmian, stawało się oczywiste, że istniała tylko jedna, naprawdę odpowiednia nazwa: Wir.

Oczywiście ludzie ciągle tam wchodzili. A co innego mieliby robić? Ośrodkowy układ nerwowy cywilizacji już od ponad wieku tkwił we wnętrzu węzła gordyjskiego. Nikt nie zamierzał wyciągać wtyczki z powodu owsików.

A teraz część alarmów z Ogólnego w Cinci błąkała się po Wirze z wiszącymi na wierzchu flakami. Oczywiście miejscowa zwierzyna zwietrzyła już ich trop. Desjardins zagwizdał przez zęby.

– Widzisz to, Alice?

– Uhm.

Gdzieś w odległej, zamierzchłej przeszłości, jakieś pięć, dziesięć minut temu, coś przypuściło atak na jeden z alarmów. Próbowało ukraść kod albo dosiąść go, albo po prostu przejąć pamięć, z której korzystał. To nieistotne. Najprawdopodobniej nie wyszła mu próba symulacji kodu wyłączenia, przez co uczynił swój cel ślepym na wszelkie sygnały, obojętnie czy uwierzytelnione czy nie. Zapewne uszkodził go też i na inne sposoby.

Teraz ten biedny, pognębiony alarm – ranny, osamotniony, pozbawiony nadziei na odwołanie – błąkał się po Wirze, szukając wciąż swego celu. Najwyraźniej część programu jeszcze działała, bo rozmnożył się, łącznie z ranami i całą resztą, w następnym węźle. Kontakty pierwszorzędne, potem drugorzędne i trzeciorzędne – każdy węzeł był punktem replikacji geometrycznej.

Teraz w okolicy wałęsały się już tysiące małych żebraków. Nie były to już alarmy, raczej przynęta. Za każdym razem, gdy przechodziły przez węzeł, uruchamiały dzwonek, wzywający wszystkich bez wyjątku na obiad – Uszkodzone! Bezbronne! Pożywka dla Plików! Obudzą każdego uśpionego pasożyta i drapieżnika w zasięgu kopiowania, zwabią ich, zbiorą całe grupy zabójców…

Nie żeby same alarmy miały jakiekolwiek znaczenie. Były błędem od samego początku. Do życia powołała je zwykła pomyłka. Jednak w węzłach znajdowały się miliony innych plików, zdrowych i użytecznych, i choć wszystkie posiadały wbudowane systemy obronne – ostatnimi czasy nie umieszczano w Wirze niczego, co nie miałoby takiego czy innego pancerza – ile z nich będzie w stanie przetrwać miliardy najróżniejszych ataków ze strony miliardów wygłodniałych drapieżców, zwabionych w jedno miejsce zapachem świeżej krwi?

– Alice, chyba powyłączam niektóre węzły.

– Już się tym zajęłam – odpowiedziała kobieta. – Wysłałam alerty. O ile i one nie zostaną rozerwane na strzępy w drodze do celu, zaczną działać w ciągu siedemdziesięciu sekund.

Na schemacie, stożkowaty wycinek roił się od rekinów, próbujących przedostać się do jądra.

Nawet w najlepszym przypadku będą uszkodzenia. Cholera, niektóre robaki specjalizowały się w infekowaniu plików w czasie procesu archiwizacji. Przy odrobinie szczęścia może większość najistotniejszych danych zostanie zabezpieczona, zanim on naciśnie przycisk wyłącznika awaryjnego. Co oczywiście nie oznaczało, że tysiące użytkowników nie będzie miotać przekleństw pod jego adresem, kiedy ich sesje wygasną.

– O kurwa – szepnęła niewidoczna Jovellanos. – Killjoy, wycofaj się.

Desjardins oddalił obraz, wracając do widoku w niskiej rozdzielczości. Widział teraz niemalże jedną szóstą Wiru, feerię jaśniejących układów logicznych wtłoczonych w trzy wymiary.

Na horyzoncie szalał cyklon. Przetaczał się przez wyświetlacz z prędkością ponad sześćdziesięciu ośmiu węzłów na sekundę. Bańka Cincinnati znajdowała się dokładnie na jego drodze.

Burza wirujących mas lodu i powietrza. Burza złożona z czystych informacji. Czy poza powierzchownymi szczegółami jest jakaś znacząca różnica pomiędzy jedną a drugą?

Istnieje co najmniej jedna. W Wirze system pogodowy może rozprzestrzenić się na cały glob w ciągu równo czternastu minut.

Burze, tak wewnątrz, jak i na zewnątrz, zaczynają się mniej więcej ten sam sposób – strefy wysokiego ciśnienia, strefy niskiego ciśnienia, konflikt. Kilka milionów ludzi loguje się do węzła zbyt przeciążonego, by móc obsłużyć ich wszystkich albo rój pakietów danych, tropiących krok po kroku miriady swych celów, skupia się w danym momencie na zbyt małej liczbie serwerów. Fragment wszechświata nieruchomieje, a węzły w jego bezpośrednim otoczeniu zwalniają z piskiem.

Pojawia się informacja, że pokrewny pakiet, Węzeł 5213 to totalne zoo. Trasa zastępcza wiedzie przez 5611, tamtędy jest o wiele szybciej. W międzyczasie wściekła horda użytkowników, którzy utknęli w korkach, wyloguje się z niesmakiem. 5213 pustoszeje niczym Jezioro Wostok.

Teraz 5611 staje się nagle kompletnie zapchany. Epicentrum korka przeskakuje o 488 węzłów w lewo, a burza wciąż nadciąga.

Ta konkretna zamieć miała odciąć połączenia między Achillesem Desjardinsem a bańką Cincinnati. Zgodnie z wyświetlaczem taktycznym nastąpiłoby to w ciągu mniej niż dziesięciu sekund.

Poczuł ucisk w gardle.

– Alice.

– Pięćdziesiąt sekund – poinformowała go kobieta. – Na osiemdziesiąt procent zadziała za pięćdziesiąt sekund.

Wyłączyć węzły. Nakarmić rój. Albo – albo.

– Czterdzieści osiem… Czterdzieści siedem…

Odizolować. Zainfekować. Albo – albo.

Oczywisty wybór. Nawet nie potrzebował do tego Moralniaka.

Nie mogę czekać – powiedział.

Desjardins położył dłonie na panelu kontrolnym. Wklepał palcami kilka komend, ruchem gałek ocznych zaznaczył granice. Maszyny oceniły jego zamiary i podniosły obowiązkowy protest – Żartujesz sobie, prawda? Jesteś tego pewien? – po czym przekazały polecenia maszynom podległym.

Część Wiru pogrążyła się w mroku. Pośród zbiorowej świadomości rozlał się niewielki, czarny kleks. Desjardins zdążył jeszcze przelotnie zauważyć implozję, po czym na wyświetlaczu rozszalała się zamieć.

Zamknął oczy. Oczywiście nie robiło to najmniejszej różnicy – wkładki wyświetlały te same obrazy w polu widzenia, niezależnie od tego, czy na drodze znajdowały się powieki, czy też nie.

Jeszcze kilka lat. Kilka lat i w każdym węźle umieszczą inteligentny żel, a rekiny, ukwiały i trojany staną się tylko złym wspomnieniem. Kilka lat. Wciąż tylko obiecują.

Jednak jeszcze do tego nie doszło. Proces nie przebiegał nawet tak szybko, jak wcześniej. Desjardins nie miał pojęcia dlaczego. Wiedział jedynie, z popartą statystykami pewnością, że zabił dziś ludzi. Rzecz jasna, ofiary jeszcze chodziły po świecie. Żaden samolot nie spadł z nieba ani nie ustała akcja żadnego serca, tylko i wyłącznie dlatego, że Achilles Desjardins zniszczył kilka terabajtów danych. Żadna z tak istotnych kwestii nie była zależna od Wiru.

Jednak nawet staroświecka ekonomika mogła mieć wpływ na pewne rzeczy. Pewne dane zostały utracone, istotne transakcje anulowane. Tajemnice przemysłowe uległy uszkodzeniu albo zniszczeniu. Nie da się uniknąć konsekwencji. Będą bankructwa, utracone kontrakty, ludzie, którzy w jednej chwili staną się nędzarzami, wracającymi do domu chwiejnym krokiem. W ciągu miesiąca albo dwóch wzrośnie liczba przypadków przemocy w rodzinie i samobójstw w stu różnych społecznościach, niepołączonych ze sobą pod względem geograficznym, ale znajdujących się w odległości czterdziestu czy pięćdziesięciu węzłów od radaru Ogólnego w Cinci. Desjardins wiedział wszystko na temat efektów kaskady, natrafiał na nie każdego dnia pracy. W krótkim czasie każdego mogło to doprowadzić do szaleństwa.

Na szczęście i na to były odpowiednie substancje.

[Fragment I]