„Ziemia, powietrze, ogień i… budyń” – Tom Holt (fragment I)


Rozdział I

Łagodny, rozmyty blask jutrzenki. Mała, samotna wyspa u wylotu stromego fiordu. Błysk przecina otulającą wszystko mgłę znad morza; głuchy brzęk stali o stal mąci złowieszczą ciszę.

U brzegu kołysze się łódka. Ślady dwóch par nóg na piasku wiodą przez plażę w cienką trawę. Dwaj mężczyźni stoją twarzą w twarz i za milczącym obopólnym porozumieniem nabierają tchu. Obaj są wyczerpani, włosy mają nastroszone od potu. Jeden, dzierżący miecz, wygląda lękliwie zza krawędzi pociętej i potrzaskanej tarczy; drugi opiera się ciężko na drzewcu topora.

Równocześnie robią krok do przodu i natychmiast naprężają się jak napięte cięciwy. Człowiek z mieczem stawia niską zasłonę, jego przeciwnik dźwiga długi topór duński i czeka, analizując obronę rywala. Prawdopodobnie coś zauważa, bo rzuca się naprzód, bierze zamach i uderza toporem znad głowy, w ostatniej chwili kierując cios nieco w bok. Jasna, zakrzywiona krawędź ostrza trafia w brzeg tarczy, ale ześlizguje się i topór wchodzi głęboko w ziemię; dostrzegając nieoczekiwaną szansę, człowiek z mieczem wysuwa tarczę do przodu i zamaszystym ruchem wznosi prawe ramię do druz­gocącego ukośnego cięcia…

– Zaraz – burczy człowiek z toporem. – Spalony.

Jego przeciwnik z wysiłkiem wstrzymuje cios.

– Wcale nie! – protestuje.

– Spalony – stanowczo powtarza człowiek z toporem. – Zobacz, gdzie masz nogi.

Człowiek z mieczem zerka w dół, próbuje cofnąć lewą nogę.

– Widziałem – mówi człowiek z toporem.

– No dobrze – wzdycha jego przeciwnik. – Może formalnie…

– Takiego wała formalnie! Spalony to spalony. Wolny dla mnie.

– Niech ci będzie – godzi się niechętnie człowiek z mieczem. – Choć jak mamy się czepiać takich drobiazgów…

Z nadludzkim wysiłkiem człowiek z toporem wydobywa głowicę topora z murawy, bierze zamach nad głową i zatacza błyszczącym ostrzem szeroki łuk, podczas gdy jego wróg stoi w zupełnym bezruchu za swoją zniszczoną tarczą. Topór uderza w jej krawędź, przecina stalową obręcz i wchodzi głęboko w drewno, zatrzymując się tuż przy lewej dłoni człowieka z mieczem. Ten w odpowiedzi pociąga w bok tarczę wraz z tkwiącą w niej głowicą topora, niemal rozbrajając przeciwnika…

– A ty znowu swoje – zauważa człowiek z toporem.

– No co? – Następny szybki rzut oka. – Ożeż choroba. Wszystko przez to, że zmienili przepis LUT. A dopiero rozgryzłem, o co chodziło w starym.

– Nie ma czego rozgryzać – pada zimna odpowiedź. – Jeśli lewa noga stoi dalej niż siedem i pół centymetra przed umbo tarczy, jest spalony. Proste. Czteroletnie dziecko by zrozumiało.

– Tak, no cóż. – Człowiek z mieczem nie jest zadowolony, ale opuszcza lewą rękę na tyle, by jego przeciwnik mógł wyswobodzić topór. – Nie rozumiem, co było złego w starej regule. Mogliby wreszcie dać sobie spokój z majstrowaniem w przepisach…

– Następny wolny dla mnie – zauważa człowiek z toporem i uśmiecha się. – Jak dotąd nie za dobrze ci idzie, co?

Człowiek z mieczem odwzajemnia uśmiech.

– Zważywszy, że miałeś sześć wolnych, a nadal stoję, wygląda na to, że nie mnie jednemu. Jeśli chcesz mojej rady, za mocno uderzasz. Odpręż się, rozluźnij, pozwól, żeby topór sam robił swoje, nie staraj się go do niczego zmuszać.

Człowiek z toporem krzywi się i próbuje znowu. Tym razem, może dlatego, że jest zmęczony i poirytowany, chybia zupełnie. Jego przeciwnik chichocze.

– Skoro już o przepisach mowa – podejmuje temat człowiek z toporem, raz jeszcze wyciąga ostrze z ziemi i cofa się, przyjmując pozycję obronną – co z punktem 46, ustęp 3, zakaz zbędnych rozmów?

– I kto to mówi! – obrusza się człowiek z mieczem. – Przyganiał kocioł…

Zanim dokończył zdanie, człowiek z toporem bierze następny zamach, uginając kolana i mierząc nisko, w kostki przeciwnika. Człowiek z mieczem jednak bezbłędnie odgaduje jego zamiary i wysoko podskakuje, tak że ostrze przechodzi nieszkodliwie pod jego nogami. Lądując, jedną stopą przydeptuje drzewce topora, wyrywając go z rąk rywala, i nie czekając, aż stanie pewnie na nogach, zamierza się mieczem; człowiek z toporem odchyla się, wygina plecy w łuk i cudem unika klingi, ale traci równowagę. Na chwilę jakby zawisa w powietrzu, bezradnie wymachując rękami, po czym zwala się na plecy. Ledwie upada, a już człowiek z mieczem zadaje następny cios; przeciwnik rozpaczliwie odchyla się w bok, jednak niewystarczająco daleko, bo szpic klingi rozcina mu skórę na czole, tuż nad brwiami.

– Taka rana liczy się podwójnie – triumfuje człowiek z mieczem. – Czyli…

– Zaraz, zaraz – wzdycha człowiek z toporem. – Ty nic nie wiesz, co?

Człowiek z mieczem zasępia się straszliwie, ale nie rusza się z miejsca.

– Co znowu?

– Punkt 27 – odpowiada człowiek z toporem, zadowolony z siebie. – Ustęp 14. Mam cię!

Brwi człowieka z mieczem zbiegają się jak tulące się do siebie owce.

– Przypomnij mi.

– Z przyjemnością. Reguła nogi postawnej.

– Och…

– No właśnie. Przy zadawaniu ciosu przeciwnikowi, który leży bądź stracił równowagę, noga postawna musi przez cały czas pozostawać w kontakcie z ziemią. Z ziemią, podkreślam; nie z drzewcem topora przeciwnika. – Uśmiecha się nieprzyjemnie. – Następny wolny dla mnie.

Człowiek z mieczem cmoka językiem.

– To rób, co masz robić – mamrocze. – I tym razem nie ściągaj tak ramion. Jeszcze sobie nogę utniesz.

Z chmurną miną, od której ścięłaby się rtęć, właściciel topora dźwiga się z ziemi.

– Chwila, moment! – oponuje jego przeciwnik. – Co ty robisz?

– A jak myślisz?

Człowiek z mieczem promienieje jak słońce.

– Punkt 17, ustęp 8. Atakujący wykonuje wolny w pozycji, w jakiej był w momencie faulu. – Oblizuje wargi. – Wolny dla mnie – dodaje wesoło.

– Nie ma takiego przepisu.

– Właśnie że jest.

– Nie ma.

– Jest. – Twarz człowieka z mieczem stanowi studium zdumienia i wściekłości. – Zarzucasz mi kłamstwo?!

Właściciel topora kiwa głową.

– Tak.

– Odszczekaj to, bo ci zęby powybijam… Och, szlag by to – dodaje człowiek z mieczem. Jego przeciwnik chichocze i powoli wstaje.

– Wniesienie nowego wyzwania – mówi radośnie. – Punkt 92 regulaminu. Obecna walka zostaje anulowana, zaczynamy od nowa.

Człowiek z mieczem wydaje gniewny pomruk.

– Specjalnie to zrobiłeś – mamrocze. – Podstępem skłoniłeś mnie do rzucenia nowego wyzwania.

– Tak – przyznaje właściciel topora. – To w pełni zgodne z przepisami – dodaje. – Chcesz, to sprawdź.

– Szykuj się – mruczy człowiek z mieczem, lodowato uprzejmy.

Jego przeciwnik bierze topór, spluwa w dłonie.

– Możesz zaczynać – odpowiada.

Człowiek z mieczem chwilę się waha; naraz rzuca się w bok, markując cios w lewe kolano, który płynnie przechodzi w skierowane ku górze cięcie na odlew. Przeciwnik w ostatniej chwili paruje uderzenie rękojeścią, ale ostrze miecza przecina ją gładko na pół, pozostawiając mu w ręku trzydziestocentymetrowe drzewce bez głowicy. Zanim może się ruszyć czy choćby powołać na punkt 38 regulaminu, człowiek z mieczem odchyla się na piętach do tyłu, wyskakuje naprzód…

I wbija miecz głęboko w gęsty kłąb wirującej szarej mgły, która natychmiast się rozwiewa.

– Och, na litość boską! – krzyczy człowiek z mieczem. – Oszukujesz!

Ostatnie smużki mgły wiją się w powietrzu jak larwy i na chwilę rozbłyskują żółtozłocistym ogniem, tworząc słowa „To złóż skargę” wypisane dwudziestocentymetrowymi runami. Mężczyzna ciska miecz na ziemię i skacze po nim. Nagle marszczy brwi, schyla się i podnosi garść drobnej ziemi, którą wyrzuca w powietrze w miejscu, gdzie ukazały się litery. Ziarenka rozbłyskują jasnym, skrzącym się blaskiem, ukazując zarys drzwi lub bramy z nadprożem, zawiasami i wielką okrągłą gałką.

– No dobra – burczy człowiek z mieczem; chowa broń do pochwy, chwyta zarys gałki i gwałtownym ruchem przekręca ją o ćwierć obrotu…

I znika z tej linii czasu na zawsze.

Paul Carpenter właśnie śnił wyjątkowo paskudny sen – uciekał w nim przez gęsty, zarośnięty jeżynami las przed pluszowym misiem, którego miał w wieku sześciu lat – kiedy obudziło go pukanie do drzwi. Usiadł prosto, otworzył oczy i zorientował się, że zasnął w fotelu przed telewizorem. Samo to nie było szczególnie zaskakujące, bo latem nigdy nie puszczali nic ciekawego. Komu chciałoby się odwiedzić go o tej porze nocy?

Po omacku odszukał pilota, wyłączył telewizor i wstał. Znowu odgłos kłykci uderzających w drewno. Telewizję oglądał ze ściszonym dźwiękiem, więc to nie mógł być sąsiad z góry skarżący się na hałas, a akwizytorzy rzadko tracili siły na wspinaczkę słabo oświetlonymi schodami na trzecie piętro. Prawą ręką otworzył drzwi, lewą przetarł rozespane oczy.

– Cześć – usłyszał znajomy głos.

– Wujek Ken.

– Wiem. Mogę wejść?

Ziewnięcie przedarło się przez zasieki ustawione przez Paula i wyrwało na wolność, zanim mógł temu zapobiec, ale wujek Ken nie był z takich, których obraża ziewanie czy w ogóle cokolwiek, co nie kaleczy do krwi. Prześliznął się pod pachą Paula (co nie było wybitnym osiągnięciem dla człowieka o jego mikrej posturze) i podreptał do salonu jak spłoszona jaszczurka. Kiedy Paul go dogonił, wujek już poczęstował się jego dobrą whisky słodową – prezent urodzinowy sprzed dwóch lat – i siedział w jedynym wygodnym fotelu. Paul zgarbił się lekko i przycupnął na drugim.

– Nie wiedziałem, że jesteś w mieście, wujku – powiedział.

– Domyśliłem się – odparł wujek Ken. – W przeciwnym razie trzymałbyś gorzałę pod kluczem i zamknąłbyś drzwi na łańcuch. Masz wołowinę peklowaną?

Wołowina peklowana. Po chwili namysłu Paul pokręcił głową.

– Hm. Żaden kłopot, może być cokolwiek. Ser, szynka, ozór. Byle chleb nie był za grubo posmarowany masłem. Aha, i jakiś owoc byłby do tego w sam raz.

Paul uśmiechnął się ponuro, poszedł do kuchni i zrobił dwie kanapki z przemysłowym kurczakiem. Na brzegu talerza położył jabłko, które trzymał na jutro; potem, żeby oszczędzić sobie następnego kursu, otworzył lodówkę (Szlag by to, powiedział w duchu, światełko znowu siadło) i wyjął ostatnią puszkę piwa.

– Dzięki – powiedział wujek Ken, odciągając zawleczkę z jego jak zawsze zaskakującą gracją. Wzrostu metr pięćdziesiąt w kowbojkach, o kiełbasianych palcach i praktycznie okrągły, mimo to zawsze potrafił wykonywać nawet najprostsze czynności z elegancją i wytwornością gejszy nalewającej herbatę. – Nie napijesz się ze mną?

Paul pokręcił głową.

– To jak, przyjechałeś na występy czy co? – zapytał, usiłując przybrać wesoły ton.

– Dobrze by było – odparł wujek Ken z pełnymi ustami.

Paul znał prawdopodobną odpowiedź na swoje pytanie, zanim je zadał. Przez ostatnie dwadzieścia lat wujek Ken zarabiał na nędzne życie jako komik występujący w mało znanych, szybko plajtujących klubach i barach w całym kraju, od czasu do czasu zmuszany brać urlop na pracę w branży budowlanej i gastronomicznej oraz w detalicznym handlu paliwem. To dopiero ironia: mama Paula wybrała go na ojca chrzestnego swego jedynego syna, bo w tamtym czasie był nieopisanie porządnym aktuariuszem, a przy okazji najnudniejszym człowiekiem, jakiego znała. Czy to stres związany z chrztem i zrzutką na pamiątkowy mały kufel z imitacji cyny sprawił, że coś w nim pękło i wujek Ken przerzucił się na swoje obecne tułacze życie, Paul nie miał pojęcia. Nie spędzało mu to snu z powiek.

Przyglądanie się, jak ktoś inny pożera zapasy żywności, które miały człowiekowi wystarczyć do wypłaty, to nie jest najlepsza zabawa, jaką można sobie urządzić przy zapalonym świetle, i Paul nie mógł nie poczuć lekkiej irytacji. Jednak małostkowość w tej kwestii nie mogła mu przywrócić jego chleba i kurczaka w plastrach, przybrał więc na usta wygrzebany skądś uśmiech i uprzejmie spytał chrzestnego o jego zdrowie i ogólne samopoczucie.

– Nie jest za dobrze – odparł wujek Ken. – W styczniu miałem trzy występy w Peterborough, poszło całkiem nieźle, publika nie za duża, pewnie to, że tydzień wcześniej lokal zalały ścieki z pękniętej rury, nie pomogło. Na jakiś czas dołączyłem do grupy artystów eksperymentalnych; ciekawa gromadka, był jeden facet, który spawał kątowniki, podczas gdy jego panna śpiewała średniowieczne cantus planus i grała na cytrze, inna dziewczyna żonglowała żyletkami wbitymi w jabłka… odeszła z grupy w Redcar… byli też dwaj goście, którzy robili za żywe posągi, a tak dobrze im to wychodziło, że publiczność nigdy się nie połapała, że nie byli prawdziwi, chłopak, który chodził boso po ogrodzeniu pod napięciem, no i oczywiście ja. Planowaliśmy pojechać do Kanady na Festiwal Sztuki w Saskatchewanie, ale nie było nas stać na bilet. A co u ciebie?

Paul wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Och, nic ciekawego.

– Jak ostatnio słyszałem, miałeś dostać nową pracę.

Paul skinął głową.

– To prawda. Jestem tam już dziewięć miesięcy.

– Podoba ci się?

– Nie bardzo.

Wujek Ken wzruszył ramionami.

– To daj sobie z tym spokój. Jesteś młody, bez zobowiązań, znajdź sobie coś, co naprawdę chcesz robić, i to rób. Jak ja.

Paul powoli pokręcił głową.

– Fajny pomysł, ale nie mogę.

– Znaleźć czegoś, co lubisz robić?

– Odejść z pracy. Długa historia – dodał, tłumiąc następne ziewnięcie. – Wszystko sprowadza się do tego, że utknąłem tam na dającą się przewidzieć przyszłość. Przykre, ale tak jest.

Wujek Ken się zasępił.

– Masz złe podejście. W twoim wieku byłem taki sam; skończyłem studia, zdobyłem kwalifikacje, ludzie mieli wobec mnie oczekiwania, którym musiałem sprostać, i tak dalej. Przez to straciłem najlepsze lata mojego życia, odwalając kretyńską, podłą robotę, której nienawidziłem. Lepiej wyruszyć w świat, przeżywać przygody, odkrywać nieznane nowe lądy i w ogóle.

Paul się zaśmiał. Zabrzmiało to jak trzask łamanego suchego badyla.

– Och, w pracy mam tego wszystkiego pod dostatkiem. Właśnie przygody i nieznane nowe lądy są problemem, nie bezmyślna rutyna i takie tam. Z bezmyślną rutyną sobie poradzę… – Urwał i pokręcił głową. – Zresztą, co cię będę zanudzał. Powiedz, ta dziewczyna, co żonglowała jabłkami…

– Możesz mi o tym opowiedzieć, jak chcesz.

– Wiem, ale nie chcę. Czyli co, nosiła rękawice czy po prostu miała wyjątkowo twardą skórę dłoni?

– Właśnie że chcesz.

– Nie.

Wujek Ken patrzył na Paula srogo zza swoich niesamowicie grubych okularów. Oglądane pod niewłaściwym kątem nadawały jego oczom wygląd wielkich jaj ugotowanych na twardo.

– Znałem cię, jak cię na świecie nie było – powiedział – i jest coś, o czym chcesz komuś opowiedzieć, ale się wahasz, bo myślisz, że to głupio zabrzmi albo że ci nie uwierzę. Mam rację, prawda?

– Tak – przyznał Paul. – Ale nie chcesz tego słuchać. Naprawdę. Wierz mi.

– Bzdura. – Wujek Ken nalał sobie następną whisky i skręcił niezwykle cienkiego papierosa. – Jestem dobrym słuchaczem.

– Tak, ale nie chcesz…

– Chcę.

– Nie, naprawdę… – Paul urwał i pomyślał chwilę. – No dobrze. Przerwij mi, kiedy będziesz gotów przyznać, że miałem rację, co nastąpi zaraz. A jeśli zamierzasz tu palić…

– Do rzeczy.

Dlatego Paul opowiedział mu wszystko: jak dostał posadę młodszego urzędnika w firmie o nazwie J.W. Wells & Co w londyńskim City, nie wiedząc, czym się właściwie zajmowała; jaki szok przeżył na wieść, że jest to jedna z sześciu wiodących firm czarodziejów rodzinnych i komercyjnych w Wielkiej Brytanii, specjalizująca się w branży rozrywkowej i medialnej, górnictwie, minerałach, budownictwie, rozwiązywaniu sporów, magii stosowanej i zwalczaniu szkodników; jak niemal od razu próbował odejść i wkrótce się dowiedział, że powodem, dla którego nie chcieli mu na to pozwolić, było to, że jego rodzice sfinansowali swoją wczesną emeryturę na Florydzie pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży go wspólnikom JWW, którym zależało na nim, bo dar do magii przechodził w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie w takim stopniu, że i jemu musiał się udzielić; jak na krótko znalazł prawdziwą miłość u boku Sophie, koleżanki z pracy, tuż przed tym, jak hrabina Judy di Castel’Bianco, dziedziczna Królowa Elfów odpowiadająca w firmie za kontakty z branżą rozrywkową i public relations, uprowadziła ją i na stałe wymazała z jej pamięci uczucia do Paula; jak uczył się wykrywania złóż minerałów u pana Tannera, który był półgoblinem ze strony matki, bohaterstwa i zabijania smoków u Ricky’ego Wurmtotera, wspólnika odpowiedzialnego za zwalczanie szkodników, i liznął trochę magii stosowanej u pana Wellsa juniora (zanim pan Wells senior zmienił go w kserokopiarkę); jak właśnie zaczął pobierać lekcje teorii przemieszczania czasoprzestrzennego u Theodorusa Van Spee, byłego profesora czarnoksięstwa klasycznego na uniwersytecie w Leiden i wynalazcy przenośnego składanego miejsca parkingowego; aha, i jak umarł, i to dwa razy (tylko za drugim razem niezamierzenie) i przez jakiś czas był złożony w depozycie na koncie firmy w Banku Umarłych…

– Ostrzegałem – powiedział Paul. – Ale nie chciałeś słuchać.

Brwi wujka Kena powędrowały tak wysoko, że wyskoczyły ponad krawędzie jego okularów jak kudłate ślimaki surfujące na wyjątkowo wielkiej fali.

– Muszę przyznać, że jestem zaskoczony.

– Zaskoczony – powtórzył Paul.

Wujek Ken skinął głową.

– I nieco zawiedziony. Sądziłem, że wyperswadowałem twojemu ojcu ten pomysł, kiedy się urodziłeś. To nie fair wobec małego, tłumaczyłem mu; to, że potrafi robić te wszystkie rzeczy, niekoniecznie znaczy, że będzie tego chciał. Chociaż szczerze przyznam, nigdy mu za bardzo nie ufałem.

Po ostatnich dziewięciu miesiącach Paul był przekonany, że nic już nie jest w stanie go zaszokować.

– Wiedziałeś?!

– Oczywiście, przecież w twojej rodzinie to żadna tajemnica. – Wujek Ken zmarszczył brwi. – Aha, twój tata pewnie nic o tym nie mówił, skoro od samego początku zamierzał cię przehandlować; jak o czymś nie wiesz, nie możesz się o to burzyć. Ale mogłem mu powiedzieć, że to ci się nie spodoba. Kwestia temperamentu, rozumiesz. To oczywiste, że dar mieć musiałeś, skoro twój wujek Ernie był… Słyszałeś o twoim wujku Erniem?

– O tak – rzekł Paul. – Wiem o nim wszystko.

– Czyli sam rozumiesz. W gruncie rzeczy był w porządku, dopiero pod sam koniec coś się z nim porobiło. Byłby dumny, gdyby wiedział, że podtrzymujesz rodzinną tradycję.

– Wcale nie. Nie przepada za mną. Inna sprawa, że to przeze mnie utknął na zawsze w skarbcu Banku Umarłych, więc pewnie ma powód, żeby się dąsać. Ale, na litość boską, mogłeś mi powiedzieć.

Wujek Ken wzruszył ramionami.

– Nie mnie się w to wtrącać. Twoja mama nigdy by mi nie wybaczyła. Zresztą uwierzyłbyś mi, gdybym ci powiedział?

Paul westchnął i zwalił się na oparcie; zły pomysł, bo ten fotel trzymał się w jednym kawałku właściwie tylko siłą przyzwyczajenia.

– To mnie po prostu wkurza. Okazuje się, że cały świat wie o tej historii z magią, tylko ja jeden nie. I nikt mi nic nie powiedział – dodał z goryczą. – Dowiedziałem się o tym, dopiero jak któregoś dnia zostałem do późna w pracy i mało nie pożarły mnie gobliny.

– To ci nie grozi – stwierdził wujek Ken z poważną miną. – Wbrew temu, co mogłeś słyszeć, na ogół nie są niebezpieczne, jeśli się ich nie sprowokuje. I…

– Tak – warknął Paul – wiem, podobno sam jestem w części goblinem, a swoich zazwyczaj nie jedzą. Byłoby miło, gdyby ktoś mnie choć trochę przygotował na tę konkretną sensację. Nie żebym miał coś przeciwko nim w szczególności… no dobrze, kłamię, boję się ich jak diabli, ale taki sam problem mam z większością rzeczy na tym świecie. Mimo to…

– Nie zaprzątaj sobie tym głowy – wtrącił wujek Ken pospiesznie. – Opowiedz lepiej o tej twojej pannie. Sophie, tak jej na imię, prawda?

E tam panna, pomyślał Paul; puch marny, wietrzna istota.

– Już nie jest moja – powiedział ostro. – Mówiłem ci, hrabina Judy wymazała to wszystko z jej pamięci i koniec, to nie wróci. I tyle – dodał dzielnie. – To dość denerwujące, bo nadal musimy pracować razem, a ona też nie może odejść z firmy; kolejny przezorny zakup wspólników, rozumiesz.

Wujek Ken powoli kiwał głową.

– Zawsze miałeś z tym kłopot. Niech no tylko coś dłużej postoi w miejscu, a ty już się w tym zakochujesz. Oczywiście nie naprawdę. Bo wiesz, że nic nigdy z tego nie wyniknie i że ilekroć zaczynasz to okazywać, zawsze cię wyśmiewają albo przeganiają, więc nie ma zagrożenia… aha, rozumiem – dodał z szerokim uśmiechem. – Zaraz powiesz, że tym razem było inaczej.

Paul zrobił się czerwony jak burak.

– Prawdę mówiąc, dobrze się nam układało, dopóki hrabina Judy wszystkiego nie zepsuła. To znaczy, zamieszkaliśmy razem, snuliśmy plany na przyszłość…

– Cholerny świat – przerwał mu wujek Ken – nic dziwnego, że byłeś przerażony.

– Wcale nie byłem przerażony. – No cóż, pewnie, że był; i to bardziej niż wtedy, kiedy Ricky Wurmtoter wymierzył kuszę w jego serce, nacisnął spust i go zabił. – Było cudownie. Naprawdę się kochaliśmy. I wtedy…

– I wtedy, w ostatniej chwili, zwiałeś. – Wujek Ken uniósł dłoń, zanim Paul mógł mu przerwać albo znaleźć coś, co nadawałoby się na broń. – W tamtym momencie nie tak to odebrałeś, wiem. To musiało boleć jak skurczybyk. Pewnie czułeś się jak placek z łajnem na posłaniu z dzikiego ryżu. Ale tak naprawdę, w głębi ducha, wiedziałeś, że uciekłeś w samą porę, zanim runął dach. Nie oszukasz mnie, synu, za długo cię znam.

– To nie tak było. – Dlaczego tak się przejmował tym, że wujek Ken mu nie wierzył? – Zupełnie nie. Nie chciałem, żeby to się skończyło. Zrobiłbym wszystko…

Coś musiało być w jego głosie, jak mała kropelka krwi w akwenie pełnym rekinów. Wujek Ken uśmiechnął się blado.

– Ale nie zrobiłeś, prawda?

– Nie mogłem, to byłoby nie w… W ogóle to skąd o tym wiesz?

– Nie wiem. Ale zaraz mi powiesz.

Paul dał za wygraną.

– To było zaraz po tym, jak ją uratowaliśmy i dotarło do niej, co ta podła suka jej zrobiła. JWW robi taki eliksir miłości, wiesz, wypijasz go i zakochujesz się w pierwszej osobie, którą zobaczysz. Efekt murowany, sprzedają to od dwustu lat i nigdy nie zawiodło. W każdym razie Sophie zaofiarowała się, że to wypije, żeby wszystko znów było jak przedtem. Ale ja się nie zgodziłem.

– Nie zgodziłeś się. Rozumiem.

– Bo to nie byłoby prawdziwe – zaprotestował Paul. – To byłoby tak, jakbym niepostrzeżenie dolał jej tego do kawy.

– Zrobiłbyś wszystko… ale nie zrobiłeś. Byłeś jak kurczak na taśmociągu, który patrzy prosto na skubarkę, kiedy nagle siada prąd. Ani myślałeś podskoczyć z radości i stwierdzić, że trafił ci się wygrywający los na loterii. Przyznaj, tak było.

Paul potrząsnął głową.

– Tak bywało kiedyś. Ale z Sophie było inaczej, a teraz…

Wujek Ken wybuchnął głośnym śmiechem.

– A teraz masz doskonałą wymówkę, wypisane przez Boga zwolnienie z wuefu po wsze czasy. Uwierz mi, to tak nie działa. Jak tylko zobaczysz panienkę, która nie będzie wyglądać jak krasnal ogrodowy z pypciami, wszystko zacznie się od nowa. No, Paul, bądź z sobą szczery. Pamiętasz Mandy Bolsover?

Paul się skrzywił.

– Wujku, miałem czternaście lat. Nie można kogoś winić za…

– Mandy Bolsover – powtórzył wujek Ken. – Kawał dziewuchy, kapitan drużyny kulomiotek. Przez całe półrocze usychałeś jak zatruta złota rybka, potem napisałeś list samobójczy i łyknąłeś cztery paracetamole. I słowem się do niej nie odezwałeś.

Paul spojrzał na niego wzrokiem, którym można by zeskrobać teflon z wahadłowca kosmicznego.

– W każdym razie to się więcej nie powtórzy, już się o to postarałem. Mówię serio.

– O dziwo, to samo mówię, ilekroć rzucam palenie – powiedział wujek Ken ze smutkiem. – Dwa lata temu całkiem nieźle mi poszło. Wytrzymałem trzydzieści sześć godzin, dwanaście minut i czternaście sekund. Te czternaście sekund to dlatego, że zapalniczka się zepsuła i musiałem polecieć do kuchni po zapałki, ale trzydzieści sześć godzin wytrwałem czystą siłą woli.

– Nie – powiedział Paul. – Bo w całej tej magii nareszcie znalazłem coś, co może się przydać do czegoś innego niż tylko zarabiania pieniędzy dla wspólników firmy. – Otworzył szufladę i wyjął złożoną kartkę papieru z oślimi uszami. – Proszę, sam zobacz.

Wujek Ken wziął kartkę i spojrzał na nią zmrużonymi oczami znad okularów.

– Co to ma być?

– Przepis. Oni pewnie nazwaliby to formułą, ale to coś chyba się po prostu gotuje. Skserowałem ten tekst z jednej z książek profesora Van Spee. To przeciwieństwo eliksiru miłości. Jeśli pijesz to co pół roku, na mur beton się nie zakochasz.

Wydawało się, że wujek Ken choć raz dla odmiany jest pod wrażeniem.

– Żartujesz!

– Wcale nie. I banalnie łatwo to upichcić, same proste składniki, oprócz crème fraîche, cokolwiek to jest…

– Mają to w Sainsbury’s – wtrącił wujek Ken. – Delia Smith dodaje to do wszystkiego. Pewnie napędza tym swój samochód. A to co? Dwa miligramy kryształków Van Spee.

– Ach, to. – Paul uciekł z oczami. – Hm, cóż, to trochę niezwykłe. Ale profesor Van Spee ma cały ich słoik w szufladzie biurka. Zdaje się, że to jakiś jego wynalazek. Raz, kiedy wiedziałem, że go nie ma, zakradłem się tam i trochę ich świsnąłem.

– Co ty powiesz! Nie bałeś się, że zauważy?

Szczerze mówiąc, Paulowi nawet nie przyszło to do głowy.

– Nie. Słoik był duży, a ja wziąłem tylko tyle, ile zmieściło się w buteleczce po aspirynie. No i minął już tydzień, a on nic.

– Cóż, w takim razie wszystko gra. Naprawdę zamierzasz to łyknąć?

– A żebyś wiedział. Przygotowałem już jedną porcję, ze wszystkim oprócz tego crème jak mu tam, zresztą to podobno dodaje się na końcu, jak mikstura postoi co najmniej tydzień. Został jeszcze jeden dzień, więc jeśli dostanę to crème coś tam w supermarkecie…

– Nie boisz się, że zmienisz się w żabę czy coś podobnego?

– Nie ma takiej możliwości. Przemiana ludzi to zupełnie inny rodzaj magii. I nie, nie wiem, czy ten specyfik można bezpiecznie pić, bo oczywiście nigdy jeszcze go nie robiłem. Ale warto zaryzykować. Miałeś całkowitą rację co do tego, jaki byłem kiedyś. Teraz jednak mam już tego wyżej uszu i w ten sposób położę temu kres.

Wujek Ken wstał.

– Gdzie słoik z ciastkami? – powiedział.

– Co?

– Słoik z ciastkami. Och, mniejsza z tym, sam znajdę. – Wujek Ken poszedł do kuchni i wrócił, coś chrupiąc. – Prawda jest taka, że zaniedbuję swoje obowiązki ojca chrzestnego. Dbanie o twój dobrobyt moralny, duchowy i tak dalej. Trzeba wziąć cię w karby, o tak, zanim schrzanisz sobie życie.

Paul obrzucił go wzrokiem, od wytartych kowbojek po sklejone taśmą okulary, na moment zatrzymując oczy na kieszeni wypchanej czekoladowymi herbatnikami, którymi wujek obficie się poczęstował w kuchni.

– Schrzanię sobie życie. Dzięki, wujku, twoja pomoc na pewno będzie bezcenna. Może jeśli wezmę się w garść i naprawdę się postaram, będę taki jak ty.

Wujek Ken pokręcił głową.

– Chciałbyś – stwierdził. – Ale nic nie szkodzi spróbować. Nie pożyczyłbyś piątaka, co? Do końca tygodnia oddam.

Paul bez słowa dał mu banknot.

– Dziękuję – rzekł wujek Ken. – Widzisz? Pracuję nad tobą dopiero pięć minut, a już zrobiłem z ciebie lepszego człowieka. À propos, nie masz może jakichś niepotrzebnych skarpetek? Bo właśnie…

– Górna szuflada komody, weź sobie – powiedział Paul ze znużeniem. – Wujku, nie jestem pewien, czy chcę być lepszym człowiekiem. Nie mógłbym po prostu dalej być łajzą?

Kiedy wujek Ken poszedł, Paul zrobił sobie grzankę z serem i przeprowadził szybki remanent w kredensie. Jego pierwsze niewprawne kroki na drodze do samodoskonalenia się kosztowały go dwie paczki herbatników, słoik kawy rozpuszczalnej, torebkę cukru napoczętą zaledwie tego ranka i wielki pojemnik budyniu w proszku. Kontynuując inwentaryzację w sypialni, stwierdził, że został moralnie i duchowo ubogacony ubytkiem trzech par skarpetek, dwóch koszul, trzech par spodni i nożyczek do paznokci. Natomiast jakimś cudem zyskał kanadyjską dziesięciocentówkę, którą znalazł na nagiej pustyni w miejscu, gdzie niegdyś bezpiecznie pasło się kilka par skarpetek niby bizony przed przybyciem Buffalo Billa. Chwilę na nią popatrzył, zmarszczył brwi i wrzucił ją z powrotem do szuflady.

Crème fraîche, pomyślał; Sainsbury’s. Wpadnę tam jutro w drodze z pracy i sprawa załatwiona, jedno zmartwienie mniej. Ciekawe, czy sprzedają też zamykane na klucz słoiki na ciastka?

Grzanka z serem smakowała plastikiem i tekturą. Później Paul położył się do łóżka. Na stoliku nocnym była książka. Leżała tam od kilku dni i co wieczór, zanim sięgał po omacku do pstryczka lampki, robił co w jego mocy, by przeczytać parę stron, bo profesor Van Spee powiedział mu, że to dla niego lektura obowiązkowa, jeśli chce mieć pojęcie o tym, co będą robić przez następne trzy miesiące. Niestety, książka sama w sobie wydawała się wyjątkowo silnym magicznym rekwizytem obdarzonym mocą usypiania każdego, kto choćby uchyli okładkę. Czas uciekał, a on jak dotąd zdołał tylko sześć razy przeczytać pierwsze półtorej strony. I wciąż ni w ząb tego nie rozumiał…

Niech świat widzialny, przeczytał po raz siódmy, będzie herbatnikiem. Na górze bezmiar czasu; na dole nieograniczona możliwość przestrzeni. Pomiędzy nimi budyniowe nadzienie ze wszystkiego, co gdzie indziej i kiedy indziej.

Świat spieszy się i gna na spotkanie końca. Świat jest wąski i w swoim szaleńczym pędzie przez entropię zwęża się ku ostremu szpicowi, na którym tańczą anioły. Tylko w oku cyklonu, przez które wielbłąd nie może przejść do Królestwa Niebieskiego, jest pole manewru, czas do namysłu, ulotna możliwość wątpienia. Jedynie w filozofii znajdziemy dziurkę od klucza w drzwiach przyszłości, przez którą można podejrzeć przeszłość.

Jest więc naszym zadaniem, aby znaleźć między górną a dolną nieuchronnością miejsce, w które można wsunąć paznokieć, tak aby je od siebie oddzielić choć na krótką chwilę. W tym celu weźmy pod rozwagę, że wszystko, co istnieje, powstało z pięciu żywiołów: ziemi, powietrza, ognia, wody…

Paul ziewnął. Czysty, totalny bełkot, stwierdził i zapadł w sen.

Właściwie nie zapadł; spłynął jak liść z drzewa w bezwietrzny dzień i kiedy wylądował, stał obok wąskiej szosy na ponurym wrzosowisku. Po drugiej stronie drogi ziemia opadała gwałtownie ku poszarpanym, posępnym skałom i gniewnemu stalowoszaremu morzu. W oddali słyszał wycie licznych potężnych silników pracujących na wysokich obrotach i zmieniających biegi. W górze krążyła mewa, która na jego widok zmieniła kierunek lotu.

Nie był sam. Obok niego stał niski, okrągły, łysy facet w okularach, który jednak albo go nie widział, albo udawał, że nie widzi. Paul był pewien, że wie, kto to jest; ale to było tak, jakby ten człowiek kontrolował tę część jego mózgu, która odpowiadała za rozpoznawanie ludzi, i nie pozwalał mu dopasować nazwiska do twarzy. W porządku; Paul złapał aluzję. Na chwilę odwrócił wzrok, tak jak to się zwykle robi, i kiedy odwrócił się znowu, faceta już nie było.

Wtedy zobaczył, że ktoś nadchodzi, i całe szczęście, że wiedział, że to tylko sen wywołany zjedzonym w złą godzinę wyschniętym serem, w przeciwnym razie nieznajomy mocno by go wystraszył. Był wysoki i potężny, z płomieniście rudymi włosami, które sterczały z jego głowy na wszystkie strony jak puch dmuchawca; owijał się wilgotną peleryną albo kocem, a w prawej ręce trzymał miecz.

Paul jęknął. Zraził się do mieczy po tym, jak musiał dzielić swoje przyciasne mieszkanie z wielkim mieczem w kamieniu, niewyjaśnionym i niechcianym prezentem od pana Wellsa seniora. Tamten miecz okazał się magicznym kluczem i Paul koniec końców się go pozbył, ale nim to się stało, kilka razy się skaleczył i naciągnął mięsień w plecach, próbując samodzielnie wywlec to żelastwo za drzwi. Od tego czasu, jak dla niego, każdy miecz oznaczał kłopoty: okropne, wywodzące się z JWW ingerencje dziwności w jego czas wolny, bez których zdecydowanie mógł się obejść. Nieznajomy jednak podszedł prosto do niego i w tej samej chwili zaczęło padać.

– Masz – powiedział z silnym obcym akcentem. – Mokniesz. Weź to.

Z tymi słowy wzniósł miecz wysoko nad głowę, zwolnił zapięcie albo wcisnął guzik czy coś takiego i miecz rozłożył się w najzupełniej normalny parasol golfowy. Paul podziękował, ale mężczyzna odszedł, nie oglądając się za siebie, aż w końcu rozpłynął się we mgle.

Nieważne, lepsze to niż moknąć. Silniki były już bardzo blisko i Paul spojrzał w głąb drogi. Ktoś stał obok jego ramienia; miała długie brązowe włosy, lekko kędzierzawe, ze złotymi pasemkami tak jasnymi, że były prawie srebrne.

– Pięć do jednego na kawasaki – powiedziała, a on z jakiegoś powodu pokręcił głową i odparł, że pierwszy będzie norton i że byłoby zwyczajną kradzieżą przyjąć jej pieniądze. Potem przemknęło przed nimi dziewięć motocykli i każdy przejeżdżający motocyklista machał ręką (do dziewczyny, nie do Paula). Paul widział, jak pęd powietrza rozwiewa im włosy, i wtedy stojąca obok dziewczyna stwierdziła, że jest jej winien pięć funtów.

– Przykro mi – rzekł – ale ostatniego piątaka oddałem wujkowi Kenowi.

– Aha. – Najwyraźniej uznała, że to go usprawiedliwia. – Cóż, lepiej wracajmy, zanim ktoś zauważy, że nas nie ma.

Paul ani razu nie obejrzał się za siebie, nie zobaczył więc jej twarzy. Co więcej, było bardzo istotne, by jej nie widział, i czuł się wręcz dumny z siebie, że nie uległ pokusie, by choć rzucić na nią okiem. Jej głos był zimny i twardy, co z nawiązką równoważyło fakt (nie miał pojęcia, skąd to wie), że była niezwykle piękna i miała piegowate ramiona jak marzenie. Super, powiedział sobie, lekarstwo działa, niech no ja tylko powiem Sophie…

Która w tej chwili stanęła przed nim, z mokrymi od deszczu włosami przyklejonymi do głowy, drobna, chuda i bardzo, ale to bardzo przemoknięta.

– Paul, na litość boską! – Ostentacyjnie nie patrzyła na rudowłosą dziewczynę obok niego. – Zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy dwadzieścia minut spóźnieni? No już, pospiesz się.

Ruszył za nią stromym zboczem pod górę, w kierunku ruin wieży wznoszącej się nad spowitą mgłą szarą zatoczką, w której kotwiczyły dwie drewniane łódki.

– Ostatni raz po ciebie przychodzę – ciągnęła, kiedy wdrapywali się po krętych, wąskich kamiennych schodach. Stopnie były wytarte i śliskie, oświetlone tylko szarym oparem wsączającym się przez otwory strzelnicze. – I naprawdę mam już serdecznie dość krycia cię tylko dlatego, że jesteś za leniwy, żeby czytać lektury obowiązkowe.

– Przepraszam – wymamrotał – ale jak tylko otwieram tę durną książkę, od razu mnie usypia.

Westchnęła.

– Ty błaźnie. Tak ma być. A teraz słuchaj uważnie…

I wtedy wszystko zalało go jak potop; nagle posiadł tyle umiejętności, poznał tyle odpowiedzi i wyjaśnień, pojął wszystko, co go zaskakiwało, zdumiewało i doprowadzało do szału, odkąd zaczął pracować w JWW, wszystkie te rzeczy, które zdawali się wiedzieć wszyscy oprócz niego, i zupełnie mu się to nie podobało… To było tak, jakby stał u stóp gigantycznego wulkanu, który z furią obudził się do życia, wyrzucając ogień, oświecenie i użyteczne, praktyczne informacje, wzory, specyfikacje, procedury, szczegółowe receptury, przejrzyste, precyzyjne instrukcje i wielki kłąb żółtego pyłu, który przesłonił słońce, jakby Bóg dla kawału postawił na górnej krawędzi drzwi do Nieskończoności wór budyniu w proszku, który z hukiem zleciał mu na głowę. W tym czasie Sophie krzyczała: „Crème fraîche, nie zapomnij o crème fraîche!”. I wtedy się obudził.